Z Hitlerjugend do ManCity

Droga, którą trzeba przejść żeby trafić z Hitlerjugend do Machesteru City (po drodze zdobywając Krzyż Żelazny i Order Imperium Brytyjskiego) jest tak kręta, że bardziej przypomina na pierwszy rzut oka przygody naszego Franka Dolasa niż prawdziwą historię. Tymczasem tak właśnie można streścić losy Berta Trautmanna, jednego z najlepszych bramkarzy w historii ligi angielskiej. Lew Jaszyn zapytany kiedyś o innych bramkarzy odpowiedział, że na świecie tylko dwóch można określić jako „World Class”- Jaszyna i właśnie Niemca z Manchesteru.

Trautmann urodził się w 1923 w Bremie w robotniczej rodzinie. W wieku 10 lat wstąpił do Jungvolku, takich młodszaków Hitlerjugend. Sprawdził się tam na tyle, że po roku wygrał zawody lekkoatletyczne a nagrodę wręczał mu sam prezydent von Hindenburg. Patrząc po zdjęciach Bernd już wtedy przypominał wzorcowe aryjskie dziecko i śmiało mógł pozować do propagandowych plakatów.

W czasie drugiej wojny światowej Trautmann od 1941 służył w Luftwaffe, początkowo jako radiooperator, następnie jako spadochroniarz. Zaczął karierę na froncie wschodnim, stacjonował w Polsce i na Ukrainie, dostał się do niewoli rosyjskiej, z której uciekł, po czym trafił na front zachodni, gdzie w czasie próby powrotu do Niemiec złapali go Amerykanie. Z frontu wschodniego Trautmann przywiózł pięć medali, w tym wspomniany Eisernes Kreuz i awans na Feldfebla (sierżanta). W niewoli u Aliantów Niemca początkowo zakwalifikowano jako „nazistę”- był w końcu ochotnikiem w armii i członkiem hitlerowskich młodzieżówek, później, kiedy przebywał już w Anglii pracując na farmie i grając lokalnie w piłkę jego „ranga” spadła. Z końcem wojny Trautmann odrzucił możliwość powrotu do Niemiec i postanowił zostać w Anglii. Wtedy też zaczęła się jego kariera piłkarska.

Pierwszym klubem Berta w Anglii był amatorski St Helens Town, gdzie nie tylko zbudował swoją reputację bardzo dobrego bramkarza, ale poznał też swoją przyszłą żonę, córkę jednego z działaczy- Margaret. W powojennej rzeczywistości nawet profesjonalnym, poważnym klubom brakowało często zawodników, nie było więc niespodzianką, że wyróżniającym się zawodnikiem lokalnego klubu zainteresowały się kluby First Division. W ten sposób Trautmann trafił do Manchesteru City, gdzie niedługo później podpisał swój pierwszy profesjonalny kontrakt.

Dalsza część jego losów pokazuje, że sport taki jak piłka nożna potrafi zjednoczyć właściwie wszystkich. Pojawienie się Niemca, weterana wojennego, nazisty w klubie First Division wywołało protesty w całym kraju. Ponad 20 000 kibiców City zorganizowało demonstrację, by wyrazić swoje oburzenie. Kapitan Obywateli Eric Westwood, weteran D- Day wprawdzie powiedział dziennikarzom, że w „szatni nie ma żadnej wojny”, ale prywatnie wyrażał swoją opinię o graniu ramię w ramię z „Krautem”. Wystarczyło jednak parę pierwszych meczów w City żeby zjednać sobie fanów z niebieskiej części Manchesteru. Trautmann od razu dał się poznać jako bardzo dobry bramkarz- nie tylko potrafił bronić jak najlepsi w tym fachu (obronił w karierze ponad 60% strzelanych przeciwko niemu rzutów karnych), ale też rozpoczynał ataki swojej drużyny dalekimi, celnymi wyrzutami ręką, co było wtedy nowinką. Problemem były mecze wyjazdowe, gdzie miejscomi kibice uznawali i traktowali go jak nazistę, wroga, z czym czasem radził sobie lepiej, czasem gorzej. Przyszedł mecz z Fulham w Londynie, gdzie skazywane na porażkę City przegrało tylko 0-1, co było przede wszystkim zasługą znakomitych parad niemieckiego bramkarza. Schodzący z boiska Trautmann otrzymał owację na stojąco od kibiców i zawodników obu drużyn- topór został zakopany, futbol zwyciężył.

W sezonie 1955/56 Manchester City dobrze radził sobie w lidze (ostatecznie kończąc na czwartym miejscu), dotarł też do finału Pucharu Anglii, gdzie czekało Birmingham City. Niedługo przed spotkaniem Trautmann odebrał nagrodę dla piłkarza roku w lidze angielskiej (pierwszy bramkarz i oczywiście pierwszy Niemiec z takim osiągnięciem). Dowodzone przez Dona Reviego, wtedy jeszcze napastnika, potem bardzo znanego menadżera City szybko objęło prowadzenie, niedługo potem Birmingham zdołało jednak wyrównać. W drugiej połowie około 70 minuty Citizens zdobyli dwie kolejne bramki i wtedy miało miejsce zdarzenie, które na zawsze zapewniło Bertowi miejsce wśród największych sław brytyjskiego futbolu. W 75 minucie Trautmann powstrzymał atak jednego z graczy Birmingham, został jednak przy tym mocno uderzony kolanem w głowę. Niemiec, pomimo tego, że słaniał się na nogach i wszystko widział jakby przez mgłę nie tylko zdołał dograć do końca (nie było wtedy zmian!), ale jeszcze wybronił kilka trudnych sytuacji. Wręczający medale książę Filip skomentował, że chyba z tą szyją coś jest nie tak, na pomeczowym bankiecie Trautmann nie mógł już ruszać głową, a po paru dniach prześwietlenie wykazało przemieszczenie kilku i złamanie jednego z kręgów szyjnych. Kolejny kręg zahaczył o ten złamany i to Trautmannowi uratowało życie. Przepraszam za banał, ale pisząc to nie wiem dlaczego mam przed oczami leżącego na boisku Neymara…

Po takiej kontuzji Trautmannowi nie udało się już niestety wrócić do najlepszej dyspozycji. Brakowało mu pewności siebie i szybkich decyzji, czyli tego, co zawsze było jednym z jego głównych atutów. Po zakończeniu kariery piłkarskiej w połowie lat ’60 Trautmann wrócił do Niemiec gdzie został trenerem, między innymi biorąc udział we wspieranych przez RFN programach rozwoju futbolu w tak egzotycznych miejscach jak Liberia czy Pakistan.

Bert Trautmann zmarł 5 lat temu w swoim domu w Hiszpanii. Czy ciekawsza była jego droga życiowa czy jego kariera- można dyskutować. Ale lepszego dowodu na to, że piłka nożna może zbliżyć do siebie nawet największych wrogów chyba nie ma.