15 Maj
2018

Wielki finał „małych” rozgrywek

Od lat trwa dyskusja na temat sensu istnienia Ligi Europy. Słabe drużyny, niski poziom, mała oglądalność i brak emocji, to tylko kilka z wielu argumentów, które wysuwają przeciwnicy rozgrywek. Od kiedy jednak stawką są nie tylko pieniądze, ale również udział w kolejnej edycji Ligi Mistrzów, kluby nie mogące liczyć na sukces w krajowej lidze chętnie walczą o „puchar pocieszenia”. Nie ma bowiem co porównywać najbardziej prestiżowych rozgrywek europejskich z następczynią Pucharu UEFA. Tytuł tekstu jest jednak nieco prowokacyjny, gdyż osobiście wzbraniam się przed deprecjonowaniem Ligi Europy. 

9. edycja zmagań pod nową nazwą zakończy się meczem finałowym w Lyonie. Naprzeciwko siebie staną Olympique Marsylia i Atletico Madryt. Drużyny o innych możliwościach i warunkach, lecz o jednym wspólnym celu – zwycięstwie. Trumf triumfowi jednak nie równy, gdyż Francuzi walczą o pełną pulę, czyli o szansę gry w Champions League, a klub z Hiszpanii głównie o prestiż i dostawienie kolejnego trofeum do pamiątkowej gabloty. Podopieczni Simeone mają bowiem zapewniony udział w Lidze Mistrzów dzięki miejscu w pierwszej czwórce La Liga (obecnie druga lokata).

Utarło się już, że poważna rywalizacja w Lidze Europy zaczyna się od fazy pucharowej lub nawet od ćwierćfinałów. Po wyłonieniu drużyn, które wychodzą z grup, do zabawy dołączają wygnańcy z Ligi Mistrzów, czyli ekipy, które zajęły trzecie miejsca w poszczególnych grupach tamtejszych rozgrywek. Jak wyglądały drogi finalistów do zwieńczenia sezonu w Lyonie?

Olympique Marsylia ma za sobą naprawdę długą podróż, która w żadnym razie nie była usłana różami. Swój udział rozpoczęli już w trzeciej rundzie eliminacji, w której pewnie pokonali belgijskie Oostende. Następnie pokonali Domzale, dzięki czemu trafili do grupy I, razem z Red Bull Salzburg, Konyasporem oraz Guimaraes. Nie było to najłatwiejsze zestawienie jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, iż Marsylczycy spotkali się z jego zwycięzcą, czyli klubem z Austrii, w półfinale rozgrywek. Sami zajęli drugie miejsce w grupie odnosząc 2 zwycięstwa, notując 2 remisy i ponosząc 2 porażki.

Patrząc na ich grę i dość przeciętne wyniki raczej mało kto wróżył im dotarcie do kluczowej fazy Ligi Europy. Cztery gole strzelone i tyle samo straconych, dwie czerwone kartki i brak lidera ciągnącego cały zespół. To nie mogło napawać optymizmem. Etap grupowy i pucharowy, to jednak dwie różne sprawy i postawa zawodników Rudiego Garcii jest na to doskonałym dowodem.

1/16, to starcie z portugalską Bragą, które odbyło się bez dłuższej historii. Olympique pewnie wygrał u siebie (3:0), a na wyjeździe uległ 0:1. Powoli jednak zaczynał dobrze funkcjonować duet Payet-Thauvin, który, jak się później okazało, miał zapewnić sukces w kolejnych starciach. Nie bez problemu udało się przejść Athletic Bilbao (3:1 i 2:1), które starało się postawić opór. Baskowie rozegrali jednak bardzo słaby sezon (dopiero 16. miejsce w lidze hiszpańskiej), więc nie dziwią ich porażki z Marsylczykami. Ci pewnie zmierzali po swoje, a w ćwierćfinale zmierzyli się z RB Lipsk.

Pierwsze spotkanie, rozgrywane w Niemczech, zakończyło się jednobramkowym zwycięstwem gospodarzy. Goście nie znaleźli tym razem drogi do siatki. Prawdziwe show dali dopiero we Francji, a rewanż zakończył się wynikiem 5:2. Thauvin i Payet zdobyli po bramce i wzajemnie sobie asystowali, a na listę strzelców wpisali się również Sarr oraz Sakai. Wynik otworzyło trafienie samobójcze gracza z Lipska. Zespół Garcii pokazał siłę i zaznaczył, iż należy się z nimi liczyć.

Półfinał, to wspominane wcześniej starcie z Red Bull Salzburg, które okazało się prawdziwym testem umiejętności oraz cierpliwości. Na Stade Velodrome Marsylczycy wygrali 2:0 i z optymizmem jechali do Austrii. Nie nastawiali się raczej na łatwy wieczór, lecz takiej walki chyba się nie spodziewali. Byli jednak na nią gotowi, a konkretnie przygotowani na 120 minut rywalizacji. Dwumecz rozstrzygnął się w dogrywce za sprawą rezerwowego Rolando. W takich chwilach rodzą się mistrzowie i hartują się charaktery. Przyjemnie patrzy się na Olympique jako połączenie ofensywnego stylu gry z odpowiednimi cechami wolicjonalnymi. Są także ciekawą mieszanką młodości i doświadczenia. Czy to wystarczy do odniesienia ostatecznego sukcesu w finale?

Przygoda Atletico wyglądała diametralnie inaczej. Wszystko zaczęło się w fazie grupowej Ligi Mistrzów. Przeciwnikami Los Colchoneros były uznane marki, czyli Chelsea i Roma oraz kopciuszek z Azerbejdżanu – Quarabag. Spodziewano się schodów, ale awans wydawał się realny, a nawet konieczny. Nic bardziej mylnego. Drużyna z Hiszpanii wygrała zaledwie jedno spotkanie (2:0 z Romą), aż cztery zremisowała i jedno przegrała. Najbardziej bolały, rzecz jasna, niepowodzenia z outsiderem z Agdam.

Trzecie miejsce w grupie oznaczało 1/16 Ligi Europy. Simeone potraktował rozgrywki bardzo poważnie i z przytupem rozpoczął marsz ku finałowi. 13 goli w 4 meczach nie dały szans Kopenhadze i Lokomotiwowi Moskwa. Rywale zostali zrównani z ziemią i dopiero w ćwierćfinale Atletico musiało się bardziej postarać. Sporting Lizbona poległ na Wanda Metropolitano 0:2, lecz w Portugalii wygrał 1:0. Nie zdało się to jednak na nic, a klub z Madrytu wykazał się swoim pragmatyzmem i solidną grą obronną.

Ostatnią przeszkodą przed podróżą do Lyonu okazał się Arsenal. Anglicy byli niezwykle zmotywowani, gdyż nie mogli już liczyć na awans do Champions League poprzez rozgrywki ligowe. W Londynie było gorąco i to nie tylko na murawie. Simeone, znany ze swojego wybuchowego temperamentu, został odesłany na trybuny, przez co nie stanął przy ławce rezerwowych w rewanżu i nie zrobi tego również w finale. Czy przeszkodziło to jego zawodnikom? Nieszczególnie. Mimo gry w dziesiątkę udało się przecierpieć mecz na The Emirates i dodatkowo wywieźć cenny remis. Ta zaliczka pozwoliła na spokojne przystąpienie do meczu w Hiszpanii, który gospodarze wygrali 1:0.

Finał Ligi Europy z pewnością nie jest spełnieniem marzeń kibiców ani piłkarzy Atletico Madryt. Przyzwyczaili się oni do zaskakująco dobrych rezultatów w Lidze Mistrzów, lecz nie pogardzą żadnym trofeum. Zależy im na wygrywaniu niezależnie od stawki oraz renomy rywalizacji.

Los Colchoneros stają przed szansą na drugi triumf w odświeżonej formule rozgrywek europejskich. W 2010 roku stali się pierwszym zwycięzcą w historii Ligi Europy. Dziś mają nadzieję na powtórzenie tego wyczynu i podtrzymanie dominacji hiszpańskiej piłki na Starym Kontynencie.

Obaj finaliści spotkali się w sezonie 2008/09 w fazie grupowej Champions League. Wtedy Atletico wygrało na własnym stadionie 2:1 i zremisowało we Francji 0:0. Ostatecznie Madrytczycy zajęli miejsce drugie, a Marsylczycy trzecie.

Olympique wygrał jedynie 4 z 15 starć z zespołami z Hiszpanii. Z kolei bilans El Atleti z przedstawicielami trójkolorowych wynosi 6-5-1. Co ciekawe, w samej Francji nie wygrali z tamtejszymi klubami od 1961 roku!

To czwarty finał europejskich rozgrywek organizowanych przez UEFA jeśli chodzi o Marsylczyków i dziewiąty dla Atletico.

Faworytem starcia jest bez wątpienia drużyna Cholo Simeone, lecz podopieczni Garcii mogą wyjść na murawę bardziej zmotywowani. Dodatkowo grają na własnej ziemi, choć nie na swoim stadionie. Mimo, iż nie są to najbardziej prestiżowe rozgrywki w Europie, oczekuję emocjonującego widowiska. Czy można spodziewać się gradu bramek i wymiany ciosów? Moim zdaniem nie. Atletico powinno kontrolować przebieg meczu, lecz Olympique jest nieprzewidywalny. Mój typ: 2:1 dla Hiszpanów, po spotkaniu pełnym walki.

Zapraszam na facebook’a, gdzie również dzielę się swoimi przemyśleniami na temat świata futbolu: https://www.facebook.com/Życie-na-okrągło-204630866792371/

Komentarze
Udostępnij: