Ucieleśnienie solidnej średniości

Na górze ścisk, w środku ścisk, na dole ścisk. Tak w najprostszym i najbardziej ogólnym skrócie można opisać obecną sytuację w tabeli Premier League. Różnice punktowe między poszczególnymi strefami są znaczące, lecz w ich obrębie panuje niesamowicie zacięta rywalizacja, a o wyższości jednych nad drugimi decydują detale, maluczkie szczegóły. Bardzo interesująco, a zarazem intrygująco prezentują się zmagania drużyn aspirujących do gry w europejskich pucharach – siódme w stawce Wolverhampton od dwunastego West Hamu dzieli zaledwie sześć oczek. Pomiędzy nimi plasuje się natomiast Watford, którego dyspozycja jest dla mnie jednym z największych zaskoczeń trwających rozgrywek. 

W tym miejscu wypada mi zwrócić honor ekipie z Vicarage Road i odszczekać nieprzychylne słowa sprzed 6 miesięcy, kiedy to typowałem Szerszenie do spadku. Nietrudno było mi sobie wówczas wyobrazić, że chaos i rozgardiasz nieustannie targające zespołem w połączeniu z zaborczą niecierpliwością właścicieli w końcu odbije się czkawką lub nawet zgagą w postaci relegacji do Championship. Dzisiaj wiadomo już, że nic takiego się nie wydarzy, a przynajmniej nie wraz z końcem obecnego sezonu. Watford z klubu będącego definicją niestabilności przemienił się bowiem w ucieleśnienie solidnej średniości.

Podopieczni Javiego Gracii po 25 ligowych kolejkach mają na swoim koncie 34 punkty, zajmują 8. miejsce w tabeli, wygrali 9 spotkań, tyle samo przegrali, a do tego zaliczyli 7 remisów. Bilans bramkowy? Ujemny, ale zrównoważony – 33 gole strzelone, 34 stracone. Moim zdaniem, Szerszenie idealnie wpisują się w kanon drużyny dalekiej od spadku, myślącej o czymś więcej niż wegetacja w elicie, ale jednocześnie zbyt nieregularnej, by wywalczyć awans do Ligi Europy. Określenie „solidny średniak” pasuje więc do nich jak ulał i pod żadnym pozorem nie wolno utożsamiać go ze zwykłą, pospolitą przeciętnością.

Jednak zanim Szerszeniom udało się ustabilizować sytuację, opinia na ich temat przebyła drogę ze skrajności w skrajność. Pod koniec poprzedniej kampanii, w kontekście Watfordu mówiło się o nijakości oraz bezbarwności, która wystarczała do bezrefleksyjnego trwania w najwyższej klasie rozgrywkowej. Początek rozgrywek 2018/19 to z kolei wyśmienita dyspozycja zespołu, która wywołała „efekt wow”. Po 4 kolejkach ekipa z Vicarage Road miała na koncie komplet punktów i plasowała się na najniższym stopniu podium, co zaowocowało przedwczesnymi porównaniami do wyczynu Leicester sprzed 3 lat. Tak wysoko Szerszeniom wznieść się nie uda, to pewne, lecz ich progres względem poprzedniego sezonu zasługuje na szczery podziw oraz uznanie.

Podopieczni Gracii zdobywają zdecydowanie więcej bramek – średnio 1.32 na mecz, podczas gdy w zeszłej kampanii współczynnik ten wyniósł 1.16. Nie bez znaczenia w tym przypadku pozostaje zmiana stylu gry na bardziej bezpośredni, co doskonale obrazuje przeciętna liczba podań wymienianych w każdym spotkaniu – 398 (w ostatnich rozgrywkach było ich 411). Jednak nie samą ofensywą zespół żyje! Watford i w defensywie zanotował postęp i teraz traci średnio 1.36 gola na kolejkę, co oznacza, że poprawił się w tym względzie o blisko 20%.

Spory, być może nawet kluczowy wpływ na dobrą dyspozycję drużyny ma system taktyczny preferowany przez jej opiekuna. Bez chwili zawahania można napisać, iż wybierając ustawienie 1-4-2-2-2 Hiszpan wynalazł Szerszeni na nowo. Nie dość, że dzięki niemu zespół płynnie i swobodnie przechodzi z obrony do ataku oraz z powrotem, to w dodatku poszczególni zawodnicy czują się w nim niczym ryby w wodzie, co doskonale widać po ich statystykach indywidualnych. Holebas ma na swoim koncie 3 gole oraz 6 asyst, Doucoure 3 bramki i 5 ostatnich podań, Pereyra 6 trafień, a Deeney 5. Jeśli dodamy do tego Forstera, który niedawno wskoczył na pierwsze miejsce na liście wszechczasów, jeśli chodzi o bramkarzy, którzy zaliczyli najwięcej interwencji w Premier League, dojdziemy do jednego prostego wniosku – Watford w każdej formacji ma minimum jednego lidera. To fundament, który stanowi o sile zespołu.

Chylę czoła przed dokonaniami Javiego Gracii, który potrafił przemienić niestabilną, chimeryczną i prezentującą nieatrakcyjny futbol ekipę z niższych rejonów tabeli w zrównoważonego i solidnego średniaka. Bez względu na to, czy Szerszenie zasłużą na prawo do gry w europejskich pucharach czy też nie (osobiście opowiadam się za drugą opcją), należy docenić ich starania, a przede wszystkim pracę skutkującą wymiernym progresem. O jego skali najlepiej świadczy fakt tego, że ludzie, którzy jeszcze do niedawna uznawali Watford za zakałę ligi, jej kompletnie zbyteczny element, obecnie przyglądają się jego poczynaniom z niekrytą ciekawością oraz aprobatą. Drużyna z Vicarage Road jest dziś świetnym wyborem dla neutralnych kibiców łaknących emocji, co jawi się jako pierwszy sukces opisanej wyżej ewolucji. Odpowiedź na pytanie o kolejne osiągnięcia poznamy już bardzo niedługo.

Facebook Comments