Truskawowe lato Legii 2010

Dramatyczny sezon 2009/10 sprawił że władze Legii Warszawa straciły cierpliwość. Czwarte miejsce w lidze, brak awansu do europejskich pucharów, konflikty z kibicami. W świetle otwarcia nowego stadionu postanowiono przeprowadzić rewolucję która miała dać Legii jakość jakiej jeszcze w naszym kraju nie widziano. Wkrótce w klubie zameldowali się jeden z najpopularniejszych szkoleniowców w Ekstraklasie, młodzieżowy reprezentant Argentyny, wicemistrz świata z młodzieżówką Brazylii, utalentowany bramkarz z Chorwacji, kapitan Dinama Zagrzeb, oraz środkowy obrońca Partizana Belgrad. Gdy w jednym ze sparingów Legia zremisowała z PSG, ogłoszono że żaden rywal nie jest straszny rodzącej się potędze. Co mogło pójść nie tak?

26 marca 2004 roku był szczególnym dniem dla sympatyków Legii. Przed spotkaniem derbowym z Polonią Warszawa, spiker Wojciech Hadaj przekazał kibicom radosną nowinę. Koncern ITI po miesiącach rozmów stał się nowym właścicielem klubu. Perspektywa ogromnych pieniędzy wyraźnie zmotywowała legionistów którzy urządzili sobie wówczas festiwal strzelecki, siedmiokrotnie pokonując bramkarza rywali.
Nowy właściciel od początku zapowiadał że interesuje go jedynie futbol na wysokim poziomie, a plany sięgają regularnych występów w Lidze Mistrzów. Pamiętajmy że było to wówczas bardzo odważną deklaracja, nie tylko dlatego że Champions League wydawała się niedostępnym rajem. Żeby powalczyć o sam awans, trzeba było zdobyć mistrzostwo Polski, a mówimy o okresie w którym ligę dominowała Wisła Kraków z Maciejem Żurawskim i Tomaszem Frankowskim. Władze ITI nie bały się wyzwań i już w 2006 roku świętowały tytuł mistrzowski. Ogromna w tym zasługa dwójki Roger i Edson. Plotkowano wówczas że sam tytuł był nie na rękę właścicielom. Nagle trzeba było zmienić długoletni plan i robić wzmocnienia żeby spróbować awansu do LM.

Ligi Mistrzów nikt w Warszawie nie zobaczył, kibice mogli za to podziwiać kompromitacje ze Stalą Sanok i Vetrą Wilno. Nowym szkoleniowcem zespołu został Jan Urban, a dyrektorem sportowym Mirosław Trzeciak. Niestety „Tito”, „Balbino” i „Arruabarrena” nie wyprowadzili Legii na wyższy poziom, a z tamtego okresu najbardziej zapamiętany będzie cytat „po co nam Lewandowski jak mamy Arruabarrenę”. Po niezłym początku, Legia pod rządami ITI spadła poza podium Ekstraklasy, a nadzieje na budowę wielkiej potęgi coraz bardziej przypominały marzenia ściętej głowy.

1 czerwca 2010 ogłoszono że nowym trenerem klubu będzie Maciej Skorża, który mimo 38 lat miał już w swoim CV dwa mistrzostwa kraju z Wisłą. Prezesem klubu był wówczas Leszek Miklas, a za transfery odpowiadać miał Marek Jóźwiak (jako dyrektor do spraw rozwoju sportowego). Plan był bardzo prosty, w nadchodzących sezonie zdobyć mistrzostwo Polski, a w kolejnym awansować do Champions League. Skończyła się cierpliwość i opowieści że na wyniki potrzeba czasu. Symbolem przemian miało być oddanie do użytku nowego stadionu. Nawet gdy jedna z trybun wciąż była niewybudowana.

Potęgę Legii Warszawa mieli budować wówczas głównie obcokrajowcy. Dlaczego nie Polacy? Pozwolę zacytować sobie Pana Jóźwiaka: „Skoro sprowadzamy obcokrajowców, to widocznie w Polsce nie ma zawodników gwarantujących odpowiedni poziom”. Jego pogląd popierał prezes Paweł Kosmala: „Marzenie, aby w Legii grali zawodnicy polscy, a najlepiej z Warszawy pozostaje aktualne, ale dziś jest niemożliwe do zrealizowania”. Co ciekawe, mimo że trener Skorża rozpoczął pracę w Warszawie 1 czerwca, to część transferów została przeprowadzona już w maju. Dyrektor Jóźwiak chętnie chwalił swoje pomysły, zapewniając że sam obserwował wybrańców którzy mają wzmocnić Legię. Kim była ów niezwykła grupa piłkarzy?

-Marijan Antolović. Najlepszą oceną tego transferu niech będzie fakt, że latem 2010 Legia za wszelką cenę chciała rozwiązać kontrakt z Wojciechem Skabą, a po kilku występach Antolovicia to Skaba znalazł się wyżej w hierarchii klubowych bramkarzy. Media nazywały go pomyłką za pięć milionów, bo tyle razem kosztowały jego transfer i pensje. Do Legii przechodził jako najlepszy golkiper ligi chorwackiej, a pozytywną ocenę wystawił mu sam Krzyszof Dowhań. „Jego kontrakt to był jeden wielki szwindel” ocenił po latach Bogusław Leśnodorski, a jak się później okazało, jego menedżerem został… Marek Jóźwiak. Cóż za przypadek!

-Srdja Kneżević. Identyczna sytuacja jak z Antoloviciem. Długi kontrakt, pokaźna pensja i… zesłanie do rezerw. Serb za 4 ligowe występy zainkasował podobno 1.5 miliona złotych. Taki to pożyje!

-Manu. Wojciech Kowalczyk widząc jak na prezentuje się Portugalski skrzydłowy stwierdził swego czasu że to najgorszy transfer w historii Legii. Czy rzeczywiście było z nim aż tak źle? W debiutanckim sezonie uzbierał 6 asyst i 1 bramkę, wynik który szału nie robił, ale byli od niego gorsi. Przede wszystkim czuć było że facet nie radzi sobie z presją i nie jest jakimś przebojowym wirtuozem. Dobra szybkość, bardzo słaba technika. Niewiele konstruktywnego wnosił do gry.

-Alejandro Cabral. Mistrz świata z Argentyną U-20,  który przywitał się z Warszawską publicznością efektownym trafieniem przeciwko Arsenalowi. Człowiek z bardzo dobrą techniką, który nie poradził sobie w roli rozgrywającego Legii. Uważam że mógł osiągnąć więcej gdyby dostał kolejne szanse w zespole, ale na fali potężnej krytyki dosyć szybko zdecydowano się rozwiązać kontrakt. Z drugiej strony Legia mogła czekać na „przebudzenie” Cabrala i nie ma żadnej pewności że w końcu zacząłby grać sensownie.

-Bruno Mezenga. Wicemistrz świata z Brazylią U-17. Mimo wszystko uważam że został przedwcześnie skreślony. Początek w Warszawie miał słaby, ale gdy już się rozkręcił to w 12 spotkaniach zaliczył 8 trafień. Jego wykupienie wiązało się z wydatkiem dwóch milionów euro, więc olano temat.

-Ivica Vrdoljak. Co prawda kibice Dinama cieszyli się że Vrdoljak opuszcza ich zespół, ale faktem jest że Chorwat jako jedyny z tego grona zadomowił się w Legii i przez kilka sezonów miał pewne miejsce w linii pomocy.

Kto był autorem tego typu transferów? Maciej Skorża przyznał w jednym z wywiadów że jedynie Vrdoljak trafił do Legii za jego zgodą, reszta graczy była od początku do końca „dziełem” Marka Jóźwiaka. Konflikt między trenerem i dyrektorem eskalował przez kolejne miesiąca, aż w końcu na początku 2011 roku Skorża słuchając jak podczas zgrupowania Jóźwiak krytykuje jego pracę i dyspozycję zawodników rzucił soczystym „wypier…”. Popularny „Beret” bronił się że transferowe wtopy były konsultowane z trenerem, a on sam działał jedynie dla dobra klubu. Sprawa śmierdziała na kilometr, dziura w budżecie zaczęła niebezpiecznie rosnąć…

Wielka rewolucja w Legii narodziła i umarła w ciągu kilku tygodni. Co prawda przed sezonem udało się zremisować 2:2 z PSG pokazując naprawdę bardzo dobry poziom, ale mecz na otwarcie nowego stadionu (5:6 z Arsenalem) i porażka na start rundy jesiennej (0:3 z Polonią Warszawa) sprawiły że nadzieje zgasły w tempie ekspresowym. 18 września 2010 Legia spadła na 14 miejsce w tabeli ligowej, a Maciej Skorża ratował się stawiając głównie na Polaków.

Sytuacja stała się conajmniej kuriozalna. Na początku sierpnia płacz że nie ma wartościowych zawodników w Polsce-stąd zaciąg drogich obcokrajowców, półtora miesiąca później ratowanie klubu młodymi Polakami. O ile Skorża rzeczywiście wyglądał na przybitego fatalnymi wynikami i szukał jakiegoś wyjścia z kryzysu, o tyle Marek Jóźwiak dalej brnął w swoje. „Piłkarze z Mazowsza nie chcą grać dla Legii” oznajmił tłumacząc fakt że taki Robert Lewandowski trafił do Lecha Poznań. Wtopy z obcokrajowcami niczego nie nauczyły działaczy, którzy kilka miesięcy później ściągnęli do Legii niejakiego Felixa Ogbuke, a także Dejana Kelhara i Michala Hubnika.

Zabawne że Dyrektor Jóźwiak odchodząc z Legii sugerował że wielkim osiągnięciem jego pracy było wypromowanie Polskiej młodzieży. Otwarcie trzeba sobie przyznać że za kompromitujące dla klubu z Łazienkowskiej transfery odpowiadał właśnie on. Zapał ITI do kolejnych wydatków wyraźnie osłabł, a 3.5 roku później nowym właścicielem klubu został Dariusz Mioduski.

Projekt wielkiej Legii z lata 2010 zapowiadał się okazale, ale pozostawił po sobie głównie dziury w budżecie na kolejne sezony. Bogusław Leśnodorski powiedział swego czasu „przez wiele lat klub stracił grube miliony, które były płacone nie wiadomo komu i dlaczego. Kiedy ponad rok temu przyszedłem do Legii i spojrzałem w kontrakty, ich konstrukcję i zależności, złapałem się zab głowę. Nie wierzyłem że ktoś-w tym przypadku Pan Jóźwiak jako dyrektor sportowy-mógł się pod czymś takim podpisać”.

W ten sposób Marek Jóźwiak trafił na czarną listę Legii i dostał oficjalne pismo że „w związku z działaniami na niekorzyść klubu jest osobą niemile widzianą na Łazienkowskiej”. Pamiętne okienko transferowe przed sezonem 2010/11 zostało nazwane „truskawkowym zaciągiem”. Jóźwiak bronił się że miał również wiele udanych strzałów, a oceniany jest jedynie za te nieudane. Kilka lat później znalazł zatrudnienie w Lechii Gdańsk.

Legia Warszawa w 2010 roku była tak napalona na wielki sukces że kompletnie zapomniała o zdrowym rozsądku. Oczekiwano że kilku przypadkowych graczy po kilku wspólnych treningach zacznie wyciągać nosem Arsenal Londyn. Nieszczęsny remis z PSG jedynie podbudował wielkie oczekiwania. Truskawkowy balon pękł z wielkim hukiem.

Facebook Comments