Mistrzowie Polski

Z pasją opowiadamy o futbolu

Felietony Serie A

Tragiczna historia legendy Romy

Jest chorobą cywilizacyjną i może dotknąć każdego niezależnie od wieku oraz statusu materialnego. Walkę z nią przegrali m. innymi Robin Williams, Dolores O’Riordan, Philip Seymour Hoffman, Anthony Bourdain, Alexander McQueen i Chester Bennington. Występuje także w świecie sportu i zbiera żniwo. Steven Holcomb i Robert Enke to tylko przykłady. Depresja, bo o niej mowa to najbardziej podstępna choroba XX i XXI wieku. Osoby, które na nią chorują widzą świat w czarno-białych barwach. Najbardziej niebezpieczna, powszechna choroba psychiczna ludzkości zabrała wielu wspaniałych ludzi i właśnie historię jednego z nich chciałbym Wam dzisiaj opowiedzieć. Był wirtuozem calcio, jednym z najlepszych pomocników we Włoszech w latach 80. i kapitanem Romy. Po porażce w „meczu swojego życia” załamał się i nie potrafił odnaleźć swojego miejsca na ziemi. Dokładnie 10 lat po porażce w finale Pucharu Europy z Liverpoolem postanowił odebrać sobie życie. Nazywał się Agostino Di Bartolomei.

Agostino Di Bartolomei urodził się 8 kwietnia 1955 roku w Rzymie.

Wychowywał się na ubogich przedmieściach stolicy Italii. Już jako chłopiec przejawiał zainteresowanie futbolem. Był bystry, szybki, a panowanie nad piłką nie sprawiało mu żadnego problemu. Nie było zdolniejszego, młodego piłkarza na przedmieściach Wiecznego Miasta, dlatego AS Roma ściągnęła go do siebie. Agostino miał 14 lat kiedy dostał się do młodzieżowej drużyny Giallorossich. W ekipie juniorów był najjaśniejszą postacią i jako lider poprowadził Primaverę Romy do mistrzostwa Włoch. Cztery lata później jako 18-latek zadebiutował w Serie A w meczu przeciwko Interowi Giacinto Facchettiego. Di Bartolomei wypadł znakomicie w starciu z legendą Nerazzurrich i dziennikarze zaczęli mu wróżyć wielką karierę.

Spece od calcio nie pomylili się. Agostino Di Bartolomei wyrósł na świetnego piłkarza. Stał się królem środka pola. Popisywał się precyzyjnymi podaniami, celnymi strzałami z dystansu i świetnie bitymi rzutami wolnymi. Swoją grą przypominał późniejszego „maestro” Pirlo. Potrafił popisać się 60-metrowym, celnym podaniem, strzelić gola z rzutu wolnego z 30 metrów, a kiedy trzeba było spowolnić grę, Di Bartolomei to robił. Był perfekcyjnym registą i ulubieńcem trenera Nilsa Liedholma. Szwedzki trener uczynił go „mózgiem” i kapitanem Giallorossich.
W latach 80. Roma Nilsa Liedholma dysponowała jedną z najmocniejszych drugich linii w całej Europie. Pomoc Giallorossich składała się z takich piłkarzy jak: Carlo Ancelotti, Bruno Conti, Toninho Cerezo i Paulo Roberto Falcao. Żadna drużyna w Italii nie mogła mierzyć się z pomocą Romy. Niezwykle kreatywni, szybcy i bajecznie wyszkoleni technicznie pomocnicy Romy poprowadzili klub z Rzymu do drugiego w historii Scudetto w 1983 roku. Liderem tamtej formacji był Agostino Di Bartolomei, czyli popularny „Ago”. Kibice Romy go pokochali i śpiewali na jego cześć piosenki w stylu „Ohhhhhhhhhhhhhhh, Agostino, Ago, Ago, Ago, Agostino gol!!!”.

Agostino Di Bartolomei odnosił sukcesy na włoskich boiskach, ale brakowało mu międzynarodowego trofeum i powołania do Squadry Azzurra. Ciężko w to uwierzyć, ale kluczowa postać Romy w latach 80. nigdy nie otrzymała powołania do seniorskiej reprezentacji Włoch. Legendarny trener Enzo Bearzot miał swoich faworytów w postaci Marco Tardelliego i Gabriele Orialiego (grał w stylu Gattuso). Włoski szkoleniowiec cenił sobie wyżej umiejętności tamtej dwójki ze względu na lepszą grę w destrukcji i nie potrzebował takiego fantasisty jak Di Bartolomei. Ostatecznie popularny „Di-Ba” nigdy nie założył koszulki Azzurrich (grał jedynie w kadrze U-21: 8 meczów, 7 goli).
Brak powołania do kadry Włoch był bolesny, tym bardziej, że podopieczni Enzo Bearzota z Bruno Contim, Paolo Rossim, Marco Tadellim, Dino Zoffem i Gabriele Orialim wywalczyli Mistrzostwo Świata w 1982 roku na boiskach Hiszpanii. Generalna zasada brzmi: „Wyniki bronią trenera” i tak też było w przypadku Bearzota. Na szczęście Agostino Di Bartolomei miał inny cel i szedł do przodu. Włoski pomocnik pragnął podnieść Puchar Europy. Miał już na swoim koncie Scudetto i Puchar Włoch, więc brakowało mu spektakularnego sukcesu na arenie międzynarodowej.

Mistrzostwo Włoch w sezonie 1982/1983 zapewniło Romie udział w rozgrywkach Pucharu Europy. Pierwszym przeciwnikiem piłkarzy Nilsa Liedholma w drodze do finału był IFK Göteborg. Szwedzi nie mieli nic do powiedzenia w pierwszym starciu i przegrali z Romą 3:0. W rewanżu IFK pokonało Romę 2:1. W drugiej rundzie Giallorossi zmierzyli się z CSKA Sofia i pokonali Bułgarów w dwumeczu 2:0. Rywalem Romy w ćwierćfinale była drużyna Dynama Berlin. Zmotywowani gracze Romy nie dali żadnych szans Niemcom w pierwszym meczu wygrywając 3:0 po golach Grazianiego, Pruzzo i Cerezo. W rewanżu Roma przegrała 2:1, ale wynik nie miał już znaczenia. Giallorossi awansowali do półfinału. Agostino Di Bartolomei i ekipa doskonale zdawali sobie sprawę o jaką stawkę grają. Finał na Stadio Olimpico w Rzymie był na wyciągnięcie ręki, a przeciwnik z jakim się mierzyli wydawał się niezbyt wymagający. Czasami jednak pozory mylą i tak właśnie było w pierwszym półfinale Dundee United-AS Roma. The Terrors byli u siebie niezwykle groźni o czym przekonali się m. innymi piłkarze Standardu Liege (porażka 4:0). Na stadionie Tannadice Park drużyna Dundee sprawiła ogromną niespodziankę pokonując Romę 2:0. Szkoci mieli sporą zaliczkę przed starciem w Rzymie. Na szczęście „żółto-czerwoni” mieli w składzie Roberto Pruzzo i Agostino Di Bartolomei. Giallorossi przy wsparciu 69 tysięcy kibiców na Stadio Olimpico w Rzymie odwrócili losy rywalizacji i pokonali Dundee United 3:0 po dwóch golach Pruzzo i jednej bramce „Ago” z rzutu karnego. W ten sposób Roma awansowała do finału Pucharu Europy.

Finał Pucharu Europy zapowiadał się elektryzująco. Roma grała przed własną publicznością i cała Italia żyła tym meczem. Agostino Di Bartolomei traktował finał przeciwko Liverpoolowi jak mecz życia. Giallorossi nigdy nie byli tak blisko wywalczenia najcenniejszego trofeum w europejskiej piłce jak wtedy, 30 maja 1984 roku. Zainteresowanie finałem też było ogromne o czym świadczy chociażby fakt, iż cała pula blisko 70 tysięcy biletów rozeszła się już w pierwszym dniu sprzedaży. Finał w Rzymie był transmitowany do pięćdziesięciu krajów na świecie. Pokazywano go nawet w tak odległych zakątkach naszej planety jak: Zair, Zimbabwe czy Indonezja. Ciężko też było wskazać faworyta. Roma grała u siebie i dysponowała chyba najmocniejszym składem w swojej historii. Wrażenie robiła zwłaszcza druga linia Romy złożona z mistrza świata z 1982 roku Bruno Contiego oraz Brazylijczyków Paulo Roberto Falcao oraz Toninho Cerezco, a także kapitana Agostino Di Bartolomeiego. Drużyna z Anfield też nie miała się czego wstydzić, a o sile Liverpoolu decydowali wówczas tacy gracze jak m. innymi Ian Rush, Graeme Souness czy Kenny Dalglish. Niestety finał rozczarował. Mecz został zdominowany przez założenia taktyczne Nilsa Liedholma i Joe Fagana. Brakowało ładnych, składnych akcji i szybkich kontrataków. Pierwszy cios zadali piłkarze Liverpoolu, a konkretnie Phil Neal, który wykorzystał zamieszanie pod bramką Romy. Włoski bramkarz Franco Tancredi podczas wyskoku po piłkę został staranowany przez Ronniego Whelana i wypuścił futbolówkę. Wydawało się, że piłkę wybije Michele Nappi, ale ten uderzył ją tak niefortunnie, że ta trafiła w bramkarza i wpadła pod nogi Neala. Obrońca Liverpoolu nie miał problemów ze skierowaniem piłki do bramki Romy, 1:0 dla The Reds. Na nic zdały się też protesty piłkarzy Romy, którzy twierdzili, że ich bramkarz był faulowany w polu karnym. Sędzia Erik Fredriksson gola uznał i na Stadio Olimpico zapanowała cisza. Giallorossi grali wolno i byli przewidywalni. Kompletnie zagubieni byli Bruno Conti i dwójka gwiazdorów z Brazylii. Wysoki poziom prezentowali jedynie Di Bartolomei i Pruzzo. Za sprawą tego drugiego Roma doprowadziła do remisu w 42. minucie meczu. W drugiej połowie i dogrywce wynik się nie zmienił. Kiepskie widowisko zakończyło się remisem i o losach finału pierwszy raz w historii Pucharu Europy decydowały rzuty karne. Jedenastki lepiej wykonywali piłkarze Liverpoolu. W drużynie Romy karnych nie wykorzystali Bruno Conti i Francesco Graziani. Agostino Di Bartolomei nie zawiódł i bez rozbiegu, pewnie pokonał Bruce Grobbelaara. To jednak nie wystarczyło i seria jedenastek zakończyła się zwycięstwem Liverpoolu 4:2.

Rozczarowanie na Stadio Olimpico było ogromne. Rzymianie w milczeniu opuszczali stadion, a na ulicach Wiecznego Miasta zwycięstwo świętowało 17 tysięcy kibiców Liverpoolu. W zespole Romy zawiedli przede wszystkim Bruno Conti i Francesco Graziani. Porażkę Romy z pokorą przyjął również trener Nils Liedholm, który powiedział: „Puchar jest w dobrych rękach. Myślę jednak, że rzuty karne nie są najlepszą formą rozstrzygnięcia o zdobyciu tak cennego trofeum. Anglicy wykazali większą odporność psychiczną. Można im tylko pogratulować”.

Po tamtym finale trener Liedholm zapowiedział, że przenosi się do Milanu. W ten sposób zakończyła się pewna epoka w Romie. Nowym szkoleniowcem Romy został Sven Goran Eriksson. Szwed zrobił porządki w szatni Giallorossich, a Agostino Di Bartolomei dostał wolną rękę w poszukiwaniu nowego klubu. Zrozpaczony „Ago” zakończył swoją przygodę z Romą w 1984 roku i przeniósł się do Milanu. Jego wybór był szokiem dla znakomitej większości kibiców żółto-czerwonych. W koszulce Romy Di Bartolomei rozegrał 308 meczów, w tym 148 jako kapitan i strzelił dla niej 67 goli.

Wyborny technik zadebiutował w czerwono-czarnych barwach w sezonie 1984/1985. Jako piłkarz Milanu strzelił zwycięskiego gola na San Siro przeciwko… Romie Svena Gorana Erikssona. Swój pierwszy sezon w Milanie zakończył z 9 golami na koncie. Później było już tylko gorzej i kiedy w 1987 roku trenerem Milanu został Arrigo Sacchi „Di-Ba” opuścił drużynę z San Siro przenosząc się do Ceseny. W ekipie „Cavallucci Marini” z miejsca stał się liderem, ale swoją grą kibiców Ceseny cieszył tylko przez rok. Po sezonie 1987/1988 przeniósł się do Salernitany, w której wystąpił w 52 meczach i strzelił 16 goli (mecze na poziomie Serie C1). Ostatecznie buty na kołku zawiesił w 1990 roku.

Podobnie jak wielu innych piłkarzy Di Bartolomei nie potrafił się odnaleźć na sportowej emeryturze. Próbował rozkręcić własny biznes w postaci szkółki piłkarskiej. Niestety inwestycja okazała się totalną klapą, a „Ago” pozostał z ogromnymi długami. Poza tym stracił sens życia po zakończeniu gry w futbol. Chciał przekazywać swoją wiedzę z czasów gry w piłkę, lecz mu na to nie pozwolono. Brak możliwości gry i problemy osobiste niszczyły go psychicznie. Ten były wirtuoz calcio cierpiał na depresję. W walce z chorobą miała mu pomóc malownicza miejscowość San Marco di Castellabate nad Morzem Tyreńskim. Niestety nie pomogła. Dokładnie 30 maja 1994 roku, w dziesiątą rocznicę porażki z Liverpoolem na Stadio Olimpico, Agostino Di Bartolomei popełnił samobójstwo, strzelając do siebie z pistoletu w domu w San Marco di Castellabate. W ten tragiczny sposób napisał ostatni rozdział swojego życia (zostawił list pożegnalny, w którym napisał, że nie widzi wyjścia z obecnej sytuacji w swoim życiu).

Nie ma co do tego żadnych wątpliwości, że Agostino Di Bartolomei to najtragiczniejsza postać w historii Romy. Był wybitnym piłkarzem, kapitanem i liderem Romy. Na Stadio Olimpico strzelił wiele pięknych goli, a włoscy dziennikarze nazywali go najwspanialszym aktorem w drużynie Nilsa Liedholma. Poza boiskiem „Ago” był cichym, skromnym człowiekiem, który dusił w sobie negatywne emocje. Przetrwał brak powołania do Squadry Azzurra Enzo Bearzota, która na boiskach Hiszpanii w 1982 roku wywalczyła Mistrzostwo Świata. Dwa lata później nie zawiódł w meczu swojego życia i pewnie wykorzystał jedenastkę w finale przeciwko Liverpoolowi. Zawiedli natomiast jego koledzy, a po finale Pucharu Europy prezydent Romy Dino Viola, który postawił na trenera Sven Gorana Erikssona. Di Bartolomei nigdy z tą decyzją się nie pogodził. Po zakończeniu kariery cierpiał. Kochał calcio i nie mógł bez niego żyć. Kiedy jego pomysł z akademią piłkarską nie wypalił zamknął się w sobie. Kolejnej porażki znieść już nie mógł, dlatego odebrał sobie życie. Arnold Schwarzenegger powiedział niedawno, że: „Ale kiedy zaczniesz wątpić w siebie to jest bardzo niebezpieczne, bo to co teraz mówisz to: jeśli mój plan nie zadziała, to mam awaryjny: PLAN B”. Planem B „Ago” było samobójstwo. To strasznie przykra historia. Po śmierci władze San Marco di Castellabate uhonorowały go poprzez nazwanie jednej z ulic nazwiskiem Di Bartolomei, to jednak marne pocieszenie dla jego rodziny…

Facebook Comments