The Reds w drodze po mistrzostwo

28 lat kibice The Reds oczekują na ponowne zdobycie Mistrzostwa Anglii. Najbliżej upragnionego triumfu było w sezonie 2013/2014, gdy pamiętny upadek Stevena Gerrarda oraz późniejszy blamaż z Crystal Palace zaprzepaścił szanse zespołu Brendana Rodgersa na pokonanie Manchesteru City. Od czasu zatrudnienia Jurgena Kloppa nadzieje fanów wzrosły niewspółmiernie do możliwości zespołu, który objął po byłym trenerze Swansea The Normal One. Niemiecki trener otrzymał duże pokłady zaufania od Fenway Sports Group, które postanowiło przeznaczyć duże środki na budowanie drużyny, która będzie w stanie oprzeć się potędze, którą w ostatnich latach stał się Manchester City. Niesamowita praca, jaką wykonuję Michael Edwards sprawiła, że większość z nas zapomniała o sławnym już komitecie transferowym, który odpowiedzialny jest za transfery takich asów jak Aquilani, Konchesky, Borini, czy Manquillo.

Kiedy wszystko zaczęło się układać, a kolejne transfery do zespołu okazywały się wzmocnieniami, a nie tylko uzupełnieniem składu jak grom z jasnego nieba spadła informacja, że ukochany przez kibiców magik z Anfield – Coutinho złożył „transfer request”. Ta cholerna Barcelona znów okradła The Reds z najlepszego piłkarza: Mascherano, Suarez, a teraz piłkarz, który był twarzą projektu byłego trenera Mainz. Jednak po czasie okazało się, że to Klopp w porozumieniu z Edwarsem tak umiejętnie poprowadzili negocjację, że nie dość, że zabezpieczyli się przed kolejnymi zakusami Blaugrany to jeszcze zarobili krocie na sprzedaży byłego zawodnika Interu, co pozwoliło wzmocnić zespół na pozycjach, które pilnie potrzebowały nowych twarzy. Niemiec uparł się na Virgil Van Dijka, który jeszcze niedawno był niemiłosiernie ogrywany przez takie gwiazdy Legii jak Michał Kucharczyk, czy Miro Radović.

Tajne negocjacje, które okazały się niezbyt tajne mogły kosztować The Reds zakaz transferowy. Jednak dzięki zaproponowaniu astronomicznej kwoty Southampton dość szybko zapomniał o pogorszeniu relacji i jak to bywa w dobrym związku – nastąpiło pojednanie. Do końca życia nie zapomnę jakie poruszenie w świecie piłki wywołało kupienie byłego zawodnika Celticu. Andrzej Twarowski z NC+ pokusił się nawet o stwierdzenie, że 75 milionów można płacić za van Gogha, a nie za VVD, swoją drogą pewnie do dzisiaj żałuje tego tweeta, bo nie dając szans Virgilowi okazał się totalnym ignorantem. Później przyszedł czas na wymianę najsłabszego ogniwa, jakim był Loris Karius. I tutaj nastąpiło swoistego rodzaju déjà vu, ponieważ tak jak w przypadku Holendra, Klopp obrał na swój cel Alissona z założeniem, że jeśli nie uda się sprowadzić człowieka, który wyeliminował Barcelonę w Lidze Mistrzów to nie sprowadzi on nikogo innego, półśrodki nie interesowały Niemca. Te transfery okazały się strzałem w „10”, ponieważ uporządkowały nie tylko grę defensywną, ale pomogły w rozwoju innych zawodników. Andy Robertson powoli wyrasta na najlepszego lewego obrońcę na Wyspach, a w niedługim czasie powinien zameldować się w TOP3 na świecie, Joe Gomez od wiecznie kontuzjowanego piłkarza po partnera Holendra, który oddelegował na ławkę Lovrena oraz Matpia, ponadto stał się reprezentantem Anglii i piłkarzem, bez którego Klopp nie wyobraża sobie podstawowego składu, TAA zamiast szkolnej ławki biega co tydzień na prawej stronie finalisty Ligi Mistrzów, zajmuję drugie miejsce w plebiscycie Golden Boy, a to wszystko w wieku dwudziestu lat.

Każdy ruch wydaje się przemyślany na tyle, by sezon 2018/2019 stał się tym, który zakończy się wygraną The Reds. Kadra zespołu została wzmocniona o zawodników, którzy balansują między ławką rezerwowych, a pierwszym składem: Fabinho, Xherdan Shaqiri oraz Naby Keïta wprowadzili wiele świeżości i nowego spojrzenia na The Reds. Były zawodnik Stoke jest niczym legendarny Król Midas, każda piłka, którą dotyka zamieniana jest w kapitalną asystę albo bramkę. Fabinho daje nadzieję, że w końcu uda nam się znaleźć defensywnego pomocnika, który nawiąże, chociaż w małym stopniu do czasów Mascherano, czy Xabiego Alonso.

Prócz nowych zawodników Liverpool ma także coś, czego nie miał w poprzednich latach. Mianowicie spokój i konsekwencję, które cechują największe zespoły. Jeszcze rok temu przy takim meczu jak wczorajszy z Arsenalem do końca spotkania nie bym był pewny, czy The Reds je wygrają. Ile już widzieliśmy bramek traconych przez piłkarzy w czerwonych koszulkach w okolicach 90 minuty? Ile to starć, które Liverpool powinien wygrać w cuglach kończyły się przegranymi? Obecnie są niczym wytrawny pięściarz, który jeśli nie widzi szans na szybkie zakończenie to konsekwentnie i spokojnie dąży do celu. Tak było w spotkaniach przeciwko Evertonowi, Bournemouth, czy Watford, gdy dopiero po pierwszym golu rozwiązał się worek z bramkami.

Wiem, że to dopiero połowa sezonu, a prawdziwa weryfikacja nadejdzie 3.01 na City of Manchester Stadium, jednak te dwadzieścia kolejek pokazało, że to inne zespoły borykają się z problemami, które Klopp wyeliminował: twierdza Anfield, 48 bramek strzelonych, tylko 8 straconych, zero porażek. Najstarsi górale nie pamiętają tak grającej defensywy The Reds. Pytanie brzmi: CZY TO TEN SEZON? Ja wierzę, że tak.

Facebook Comments