Tak to się kończy, gdy udajesz kogoś innego

W piłce jak w życiu, musisz kierować się wartościami, których wyuczyli Cię rodzice albo osoby, które uważałeś za swoich mentorów. Musisz pozostać autentyczny w tym, co tworzysz, żeby wszyscy inni ufali Tobie i chcieli za Tobą podążać (wyszło trochę politycznie, a czasy dość nieciekawe pod tym względem). Prostym przykładem jest Anakin Skywalker, który zatracając w sobie nauki Obi-Wana Kenobi przeszedł na ciemną stronę mocy, to samo tyczy się Harvey’a Denta, który zamieniając się w Two-Face z obrońcy Gotham stał się jego prześladowcą. Przykładów z filmów, książek i opowiadań można przytaczać wiele. Szukając ich w piłce nożnej ostatnio przed szereg wysuwają się Barcelona i Real, które na pewnym etapie swoich rządów postanowiły zamienić się miejscami.

Wstęp dość patetyczny, ale po butelce wina (Rioja Montebuena – polecam!) teksty piszą się same i nie masz na to wpływu. Wpis ten rozpocznę małą anegdotą ze swojego życia. Była końcówka 1999 albo początek 2000 roku, jak co dwa tygodnie kupiłem Bravo Sport, jak zawsze przeglądanie rozpocząłem od środka, gdzie można było w dość umiejętny sposób wyrwać plakat i zawiesić go na ścianie. I wtedy zobaczyłem drużynę, która na wiele lat zawładnęła moim sercem, a tam zawodnika, który stał się moim pierwszym idolem. Była to Barcelona w koszulkach na stulecie klubu 1899-1999. Wśród takich tuzów piłki nożnej jak Frédéric Déhu, Michael Reiziger, czy Winston Bogarde stał on: Patrick Kluivert, który od tego momentu zyskał kolejnego wielkiego fana, który towarzyszył mu do końca piłkarskiej kariery i kroczy dalej wśród zmagań podczas trenerskiego życia.

Miłość ta przeżywała swoje kryzysy. Jednak nigdy nie zwątpiłem w projekt zwany Barcelona. Wychowankowie, hasło: Més que un club, La Masia, Johan Cruyff, Ronaldinho, Messi, Puyol, Xavi, Iniesta, Guardiola, Keita, walka o niepodległą Katalonię, choroba Vilanovy i Abidala sprawiały, że czułem się lepszy od innych kochając klub, który nigdy nie był owładnięty żądzą pieniądza.
Jednak miłość ta skończyła się, gdy to klub przestał kochać swoich kibiców i zatracił wszystkie wartości dzięki, którym każdy wielbiciel Blaugrany czuł się wyjątkowy. Rozpoczęło się dość błaho, gdy to Laprota przestał być osobą zarządzającą, a jego miejsce zajął Sandro Rosell. Nikt w 2010 roku nie spodziewał się, że moment ten zmieni klub na zawsze. Pierwszym alarmującym momentem była dymisja Johana Cruyffa ze stanowiska honorowego prezydenta Barcelony z powodu „niezgodności z klubowym statutem”. Statut, statutem, ale jak można było odsunąć człowieka, który stworzył podwaliny pod Dream Team Guardioli? Osobę, która wymyśliła Pepa na stanowisku pierwszego trenera Katalończyków? Prowadziła zespół jako szkoleniowiec? Nosiła jego koszulkę? I stworzyła La Masię na wzór Ajaxu Amsterdam?

Po tym Cruyff stał się jednym z największych krytykantów ówczesnego zarządu Barcelony, zresztą jak wiemy z perspektywy czasu wszystkie to, co mówił Holender stało się prawdą. Najmocniej pomstował na transfer Neymara, który został przeprowadzony w iście madrycki sposób. Dla wielu kibiców była to nowość, wydanie gigantycznych pieniędzy na wschodzącą gwiazdę z Ameryki Południowej nigdy nie było preferowanym posunięciem przez zarządzających klubem. Najczęściej czerpali oni ze złotej generacji w La Masii, gdzie rok w rok do zespołu włączany był nowy, jeszcze lepszy wychowanek. NeymarGate, aresztowanie Rosella oraz późniejsze odejście z Barcelony do PSG było ucieleśnieniem słów Johana, który od samego początku nie mógł zaakceptować faktu, że Brazylijczyk będzie zarabiać pieniądze porównywalne z Xavim, czy Iniestą, który całymi sobą byli Barceloną, tą dobrą Barceloną.

Jednak najbardziej bolesne dla kibiców klubu jest zmniejszenie roli La Masii. Szybko zauważyli to również sami zawodnicy. Jordi Mboula podpisał kontrakt z AS Monaco, Adrián Bernabé oraz Eric Garcia wybrali Manchester City, Sergio Gómez dzisiaj szykowany jest do pierwszej drużyny Borussi Dortmund-najlepsze jednak w tym wszystkim jest to, że prawie każdy z nich został skrytykowany przez… Gerarda Pique, który w wywiadzie stwierdził, że trzeba być „niezwykle głupim albo bardzo odważnym, żeby odejść z Barcelony, mając wszystko pod nosem”. Powiedział człowiek, który za możliwością gry wyjechał z Barcelony do Manchesteru United. Jordi Roura oraz Aureli Altimira zostali odsunięci od podejmowania najważniejszych decyzji na rzecz José Mari Bakero, czy Pepa Segury, którzy wyznają zasadę, że to: „nie zawodnik będzie im dyktować warunki”. Dzisiaj, kiedy Jordi Alba nie ma zmiennika mówi się raczej o kupieniu Alberto Moreno, Nacho Monrealna, czy Felipa Luisa, aniżeli zainwestowanie w Juana Mirandę. Nowy Messi? Nowy Xavi? Nowy Iniesta? Nie żartujcie. Takich w Barcelonie już się nie wychowuję.

Zwolniono z klubu Andoni Zubizarretę z, którego zrobiono kozła ofiarnego złych wyników w 2015 roku. Był on odpowiedzialny za sprowadzenie do klubu między innymi Cesca Fabregasa, Alexisa Sancheza, Joriego Alby, Luisa Suareza, Ivana Rakitica, ter Stegena, czy Claudio Bravo. Oczywiście, zaliczył kilka złych wyborów jak Thomas Vermaelen, czy Alex Song, ale w ogólnym rozrachunku procent jego udanych transferów jest nieporównywalnie większy aniżeli ludzi odpowiedzialnych za transfery obecnie. Ariedo Braida oraz José Segura do dzisiaj wydali na transfery ponad 600 milionów euro, nie mówiąc już o kwotach przeznaczonych na prowizje dla managerów, oraz należności za samo złożenie podpisu pod kontraktem. Paco Alcacer, Andre Gomes, Lucas Digne, Paulinho, Yerry Mina, Marlon, Arda Turan, Aleix Vidal to zawodnicy, którzy zostali zakupieni po 2015 roku, a dziś próżno ich szukać w kadrze pierwszego zespołu. Transfery Coutinho oraz Ousmane Dembélé ograbiły Barcelone z wiarygodności i szacunku innych zespołów. Hans-Joachim Watzke w wywiadzie w Bildzie powiedział, że: „Zanim nie doszło do transferu Dembele nie wierzył, że Barcelona może się tak zachować”. Malcom sprzątnięty sprzed nosa AS Romie dzisiaj siedzi na trybunach, Arturo Vidal na Instagramie wyraża co rusz swoje niezadowolenie z powodu braku minut, Dembele nie pasuje do koncepcji i już przebąkuje się o jego rychłym transferze, Jordi Alba nie ma zmiennika, Luis Suarez nie ma zmiennika, a w kadrze pierwszego zespołu zostało dwóch zdrowych środkowych obrońców: Gerard Pique, który obecnie bardziej przypomina pachołek na placu manewrowym i Clément Lenglet (kupiony po jednym dobrym sezonie w Sevilli).

Dyrektorzy sportowi Barcy nie dość, że robią transfery nieumiejętnie to jeszcze nie potrafią przekonać pierwszych wyborów trenera do przejścia do klubu: Antoine Griezmann poczuł pismo nosem i wolał podpisać nowy kontrakt z Atleti, Marco Verratti wykorzystał Blaugranę, żeby wynegocjować lepszą umowę z PSG, Gabriel Jesus wolał trafić do Manchesteru City, Naby Keïta wybrał Liverpool, Frenkie de Jong wolał zostać w Ajaxie, Davinson Sánchez preferował przejście do Tottenhamu.
Obecnie w mediach znów trwa wyliczanka transferowa: de Jong i de Ligt, Nicolas Pépé, Krzysztof Piątek, Adrien Rabiot, Christian Eriksen, Koen Casteels i wielu, wielu innych. Co pół roku wymiana kadry, stabilizacja żadna, a oczekiwania wielkie. A na dodatek Ernesto Valverde, który sprawił, że dzisiaj Barcelona, która tak krytykowała stawianie autobusu dzisiaj broni całą jedenastką w spotkaniu przeciwko Alaves, czy Leganes
A Real? Kiedyś Królewski, dzisiaj chce być Barceloną, która wprowadza do zespołu młodych, hiszpańskich zawodników. W tym celu zatrudniony w klubie Julena Lopetegui, który ma sprawić, że Jesús Vallejo, Dani Ceballos, Lucas Vázquez, Marco Asensio, Marcos Llorente, czy Álvaro Odriozola będą w najbliższym czasie stanowić o sile zespołu. Wspomagani przez zakupionego ponownie Mariano Diaza, czy szykowanego na nowego Neymara – Viníciusa Júniora mają podbić ligę nie jako Królewscy, tylko jako Real, który wychowuje i stanowi o sile reprezentacji Hiszpanii. Rozumiecie ten komizm sytuacyjny? Barcelona staje się Realem, a Real Barceloną. Dwa zespoły, które od zawsze preferowały inne podejście do piłki, zamieniają się rolami i niezbyt im to wychodzi. Niesamowite jest jednak to, że w Realu oprócz zmiany sposobu myślenia Florentino Perezea nie zmieniło się zupełnie nic. To przecież on jest tam sterem, żeglarzem i okrętem. Kiedyś wypowiedziano następujące słowa: „W Barcelonie rządzi Messi, w Atletico Simeone, a w Realu Perez”. Dlatego dzisiaj dla wielu kibiców z Madrytu, którzy przyzwyczajeni są raczej do kupowania gwiazd i posiadania na ławce trenerskiej szkoleniowca, który nie odstaje umiejętnościami i popularnością od piłkarzy jest niezrozumiałe i wprowadza mały zamęt w ich głowach.

W Realu na siłę próbują udowodnić światu, że poradzą sobie bez Ronaldo, CR7 z kolei na siłę próbuje udowodnić Perezowi, że nie potrzebuję Realu. Jak im to wychodzi? Gorzej niż było to za czasów, gdy wspólnie(?) świętowali sukcesy. Według trenera Królewskich następcą Portugalczyka w Realu jest Gareth Bale. Dla mnie to tak jakby ogłosić światu, że Messiego zastąpi Ousmane Dembélé.

W dziwnych czasach przyszło nam żyć i chyba powoli możemy obserwować końcówkę dominacji hiszpańskich drużyn w Europie. Jeśli chodzi o mnie to bardzo mnie to cieszy, ponieważ nie pamiętam aż takiej hegemonii drużyn z jednego kraju. Jest po prostu nudno, cholernie nudno. Czas na zmiany, emocje, zaskoczenie. A może się mylę i gdzieś podświadomie będę przepraszać Barcelonę i Real za jakiś czas? Pożyjemy, zobaczymy. A i jeszcze jedno. Za czasów Cruyffa nikt by nawet nie spojrzał na takiego Dembélé, czy innego rozkapryszonego bachora.

Facebook Comments