Syn niemarnotrawny

Płakał, gdy jego Korea Południowa odpadła z rosyjskiego mundialu, nie wychodząc nawet z grupy. Wiedział bowiem, że przed przerwaniem znakomicie prowadzonej kariery, której rozwój w poprzednim sezonie znacznie przyspieszył, na rzecz przymusowej służby wojskowej, może uchronić go już tylko jedno – triumf w Igrzyskach Azjatyckich. Jeśli właśnie pożegnałeś się z turniejem życia, tego typu osiągnięcie jawi ci się jako iście karkołomne zadanie. W tym kontekście, rozpacz zawodnika dziwić nie może. Minęły jednak 2 miesiące i na twarzy Hueng-min Sona znów pojawił się uśmiech. Z Indonezji wrócił ze złotem na szyi i spokojem w duszy. Od tego momentu mógł całkowicie poświęcić się piłce, wszelkie koszary przestały być mu straszne.

Ze wszystkich stron napływały do niego gratulacje oraz pochwały, środowisko cieszyło się, iż nie straci możliwości podziwiania błyskotliwego skrzydłowego. Jednak pośród całej radości pojawiły się także ostrzeżenia i przestrzeżenia. Koreańczyk miał mieć trudności z powrotem do wyjściowej jedenastki Mauricio Pochettino, z uwagi na doskonałą formę Lucasa Moury, który pod nieobecność Sona notował świetne występy okraszone bardzo dobrymi liczbami. Ich wagę podkreśla choćby tytuł Zawodnika Miesiąca odebrany przez Brazylijczyka w nagrodę za sierpniowe osiągnięcia.

Przyznajmy, że taki stan rzeczy mógł nieco zakłócić spokój świeżo upieczonego azjatyckiego czempiona i przyprawić go o sporą dawkę stresu. Mógł, ale tego nie zrobił. Son zakasał rękawy – lub raczej nogawki – i wziął się do pracy. Nie zamierzał odpoczywać czy przesadnie długo świętować sukcesu. Chciał natomiast jak najszybciej wejść do gry i faktycznie, zrobił to w błyskawicznym tempie. Już niespełna 2 tygodnie po finale rozegranym w Dżakarcie, pojawił się na murawie w starciu z Liverpoolem, a tydzień później znalazł się w podstawowym składzie na mecz z Brighton. Występy a znaczące poczynania ofensywne to jednak 2 różne kwestie.

Na pierwszą zdobycz w Premier League Koreańczyk musiał poczekać aż do listopada i spotkania Tottenhamu z Wolverhampton. Zanotował w nim asystę i od tego czasu maszyna ruszyła. Dziś ma na koncie 3 gole (jeden uzyskał nawet tytuł najładniejszego w listopadzie) i 2 ostatnie podania, a w ostatnich 4 kolejkach ponownie był kluczowym elementem w układance argentyńskiego szkoleniowca. Syn niemarnotrawny powrócił w wielkim stylu.

Jego bardziej szczegółowe statystyki nie są wprawdzie równie imponujące, co w poprzednim sezonie, lecz nadal wskazują na to, jak wysoki poziom na murawie gwarantuje Son. Jego uderzenia w 42% sytuacji zmierzają w kierunku bramki przeciwnika, co przy średniej ilości strzałów na każdy występ, wynoszącej 2.2, złym wynikiem z pewnością nie jest. Jeśli chodzi o podania, trzeba szczerze przyznać – szału nie ma. Koreańczyk wykonuje niespełna 1 kluczowy pass na spotkanie i wykreował swoim kolegom jedynie 1 stuprocentową okazję do zdobycia gola.  Zdecydowanie lepiej jednak drybluje – na 1.7 prób aż 1.1 stanowią te udane.

Jak wspomniałem wcześniej, Koreańczyk znowu jest pierwszoplanową postacią w zespole Tottenhamu. To na nim w dużej mierze spoczywa odpowiedzialność za poczynania ofensywne Kogutów, z której to powinności rzetelnie się wywiązuje. Tworzy symbiozę z Kanem, świetnie rozumie się z Dele i dobrze współpracuje z Lucasem, z którym miał przecież rywalizować o miejsce w pierwszym składzie. Pod jego nieobecność drużyna nie cierpiała katuszy, ale momentami brakowało jej błysku, drapieżnego pazura. Teraz ma i to, i Sona w wyśmienitej dyspozycji. Z tymi komponentami swobodnie może mierzyć w kolejny awans do Ligi Mistrzów poprzez zajęcie miejsca w czołowej czwórce Premier League. Z kolei reprezentant Korei Południowej – jako oddany i wierny ojczyźnie obywatel, spełniający wobec niej swoje obowiązki – może w pełni oddać się temu, co lubi najbardziej i potrafi najlepiej – uprawianiu futbolu na najwyższym poziomie.

Facebook Comments