Mistrzowie Polski

Z pasją opowiadamy o futbolu

La Liga

Showman, który szedł pod prąd



Arnold Schwarzenegger powiedział kiedyś, że: “Nigdy nie podążaj za tłumem. Jeżeli chcesz osiągać niesamowite cele, musisz iść pod prąd”. Nasz dzisiejszy bohater szybko to zrozumiał. Mógł dostarczać prochy dilerom jak większość jego rówieśników lecz wybrał futbol. Miał niesamowitą lekkość gry i nieszablonową technikę. Po boisku poruszał się lekko niczym baletnica. Swoich przeciwników mijał jak tyczki. Szturmem wdarł się do kadry Mario Zagallo i był tak pewny siebie oraz bezczelny, że na jednym z pierwszych treningów Canarinhos kazał zarezerwować dla siebie numer 20. Nikogo nie pytał o zdanie, a starszych od siebie kolegów miał w poważaniu. Po Mundialu we Francji w 1998 roku stał się najdroższym piłkarzem świata. Trafił do Betisu i miał podbić Primera Division. Tak się jednak nie stało. Brazylijczyk rozczarował kibiców z Estadio Benito Villamarín. Natychmiast został okrzyknięty największym niewypałem w historii “Verdiblancos”. Czy słusznie? Zdania są podzielone. Przed Wami Denilson, magik, który grał na własnych zasadach.

Denilson de Oliveira urodził się 24 sierpnia 1977 roku w mieście Diadema w stanie São Paulo.

Miasto Diadema słynie z talentów piłkarskich i gangów narkotykowych. Większość nastolatków z Diademy wybiera handel prochami. Dlaczego? Zazwyczaj nie mają wyboru. Pochodzą z biednych, robotniczych rodzin, w których nie ma perspektyw na lepszą przyszłość. Każdy chce się wyrwać z ubóstwa, ale dla wielu okazuje się to mission impossible. Inaczej było z nim. Młodziutki Denilson kochał biegać za piłką po slumsach Diademy. W wolnym czasie po szkole zawsze grał w futbol. Przemierzał dzielnice nędzy w poszukiwaniu sportowych wyzwań. Nie interesowały go takie głupoty jak alkohol i narkotyki. Wiedział, że to droga do nikąd. Nie bał się dilerów i stanowczo odmawiał handlarzom. Doskonale zdawał sobie sprawę, że szybko może się dorobić jako kurier białego proszku, ale wybrał inną drogę. Dzięki talentowi i treningom w wieku 17 lat dostał się do wielkiego klubu, São Paulo FC.

Młokos już na pierwszym treningu zrobił ogromne wrażenie na trenerze “Trójkolorowych”. Był szybki, obunożny, pewny siebie i doskonale panował nad piłką. Żaden z piłkarzy “Tricolores Paulista” nie mógł się z nim równać pod względem techniki. W São Paulo FC kolegów nie miał zbyt wielu. Znakomitej większości z nich zakładał siatki na treningach. Był jednak na tyle dobry, że bardzo szybko przedarł się do pierwszej jedenastki São Paulo Futebol Clube i już w 1994 roku grał w Copa CONMEBOL. Był wyróżniającą się postacią i jednym z liderów “Trójkolorowych”. São Paulo FC z Denilsonem w składzie sięgnęło po odpowiednik europejskiego Pucharu UEFA (Ligi Europy). Ogromny sukces w debiucie rozsławił jego nazwisko w całej Brazylii. Od tej pory Denilson nie był już anonimowy.

Jego akcje poszły w górę niczym notowania spółki CD Projekt na GPW po wydaniu gry “Wiedźmin 3”. Nie było już odwrotu, a presja rosła z dnia na dzień. Na szczęście Brazylijczyk dawał sobie z nią doskonale radę. Jego przygoda z “Tricolores Paulista” trwała cztery lata. Denilson wystąpił w barwach czerwono-biało-czarnych 110 razy i strzelił dla nich 58 goli.

W wieku 20 lat był już etatowym reprezentantem Brazylii, z którą wygrał w 1997 roku Copa America w Boliwii, a rok później został wicemistrzem świata we Francji. Dzięki znakomitej grze w koszulce Seleção stał się łakomym kąskiem na rynku transferowym. Chciały go kupić Barcelona i Real. Jednak hiszpańskich gigantów przebił Manuel Ruiz de Lopera, ówczesny prezydent Betisu Sevilla. Hiszpan wydał na Denilsona 35 milionów dolarów i Brazylijczyk w 1998 roku został najdroższym piłkarzem świata.

Oczekiwania od pierwszego dnia w Sewilli były ogromne. Prezydent Ruiz de Lopera zorganizował mu powitanie niczym gwieździe rocka. Tłum kibiców przybył na Estadio Benito Villamarín, żeby przywitać nowego idola. Brazylijski geniusz dryblingu dostał owacje na stojąco. W podziękowaniu pokazał kilka efektownych sztuczek i z dumą zaprezentował zieloną koszulkę z numerem 16.

Manuel Ruiz de Lopera myślał, że w tym szaleństwie jest metoda. Sprowadził piłkarza, który łamał wszystkie możliwe schematy. Był nieprzewidywalny, dynamiczny, a nad piłką panował niczym mistrz Joda nad mieczem świetlnym. Problem w tym, że w Hiszpanii nie było tyle swobody co na boiskach w Brazylii. Obrońcy byli twardzi i szybcy, ale o tym Denilson miał się dopiero przekonać.

Prezydent Betisu na nim próbował zbudować drużynę. Dał mu bajeczny jak na tamte czasy kontrakt. W zamian oczekiwał, że nowy lider poprowadzi zielono-białych do zwycięstwa w Primera Division. Szaleńczy plan spalił na panewce. La Ligę wygrała Barcelona z 11-punktową przewagą nad Realem. Betis Denilsona stracił do Barcy w tamtych rozgrywkach 30 punktów i zajął 11. miejsce w tabeli z “fenomenalnym” bilansem bramkowym 47-58! Popularny “Canhoteiro” kompletnie zawiódł i w sezonie 1998/1999 strzelił dla Betisu zaledwie 2 bramki. Wiele razy wdawał się w dryblingi. Co prawda większość z nich wygrywał, ale jego styl gry nie przekładał się na wyniki drużyny. Następca Jarizinho i Garrinchy wolał czarować zamiast podawać lepiej ustawionym kolegom z drużyny. Manuel Luiz de Lopera był na niego wściekły i kazał mu solidnie przepracować okres przygotowawczy do nowego sezonu. Brazylijski skrzydłowy nie za bardzo wziął sobie do serca słowa prezydenta klubu. Był niczym kot, niepokorny i chodził własnymi ścieżkami. Gorące lato 1999 roku w Hiszpanii spędził na zwiedzaniu klubów i restauracji w Sewilli. Był królem parkietów i uwielbiał towarzystwo kobiet. W efekcie do rozgrywek 1999/2000 przystąpił kompletnie nieprzygotowany. W 32 meczach strzelił 3 gole i kolejny raz zawiódł. Konsekwencją fatalnej postawy wszystkich piłkarzy “Verdiblancos” było 18. miejsce i spadek Betisu z LaLigi (19. było Atletico, a 20. Sevilla – dziś nie do pomyślenia).

Prezydent Betisu wyciągnął wobec niego konsekwencje i wypożyczył na 6 miesięcy do Flamengo. Rio de Janeiro to miasto pełne pokus oraz kontrastów, ale Denilson lubił ten chaos i błyskawicznie się w nim odnalazł. Szybko wskoczył do pierwszego składu “Rubro-Negro” i w 11 meczach strzelił 3 gole oraz zanotował 5 asyst. Skrzydłowy wyraźnie odżył w Kraju Kawy. W koszulce Flamengo prezentował się na tyle dobrze, że otrzymał drugą szansę od Betisu.

Powrót na Estadio Benito Villamarín zimą 2001 roku okazał się udany. Pomocnik przypomniał sobie jak się gra w piłkę. Strzelił 3 gole, zanotował 7 asyst i Betis awansował do Primera Division. Sezon 2001/2002 był w jego wykonaniu niezły. Zdobył 3 bramki na boiskach LaLigi, dorzucił kilka asyst, a jego Betis zajął 6. miejsce w tabeli. Dobre występy w Hiszpanii zaowocowały powołaniem do kadry Luiza Felipe Scolariego na Mundial w Korei i Japonii. W reprezentacji Brazylii na MŚ pełnił rolę rezerwowego, ale inaczej być nie mogło. Pierwsze skrzypce w Seleção grali Ronaldinho, Rivaldo i Ronaldo. Ofensywny tercet poprowadził Canarinhos do Mistrzostwa Świata. Denilson miał szczęście grać w tamtej drużynie i złoty medal zdobył zasłużenie. Kilka razy dał też show, jak na przykład w meczu z Turcją, w którym tak bawił się z piłką, że rozwścieczył czterech Turków. Akcja zakończyła się bezmyślnym faulem ze strony tureckich piłkarzy.

Po powrocie do Hiszpanii świeżo upieczony mistrz świata zaczął rozmieniać się na drobne. Chwalił się w szatni Betisu złotym medalem MŚ. Coraz mniej trenował, bo sport zaczął mu przeszkadzać w nocnym życiu. W sezonie 2002/2003 jeszcze jakoś udawało mu się łączyć futbol z zabawą, ale w kolejnych latach był już tylko cieniem samego siebie. W ciągu ostatnich dwóch lat w Sewilli strzelił 2 bramki i w 2005 roku jego przygoda z “Verdiblancos” zakończyła się. Kibice zielono-białych odetchnęli z ulgą, a większość z nich oceniła Brazylijczyka jako najgorszy transfer w historii klubu.

Denilson trafił do Girondins Bordeaux. W barwach “Żyrondystów” czarował od czasu do czasu. Na boiskach Ligue 1 rozegrał 31 meczów, w których strzelił 3 gole i zanotował 3 asysty. Jego Bordeaux zostało wicemistrzem Francji. Brazylijczyk był z siebie dumny i po sezonie 2005-2006 udał się do prezesa granatowo-białych po podwyżkę. Oczekiwał pensji na poziomie 3 mln euro. Wiecie co dostał? Wypowiedzenie ze skutkiem natychmiastowym. Jego mina przypominała Clarka Wilhelma Griswolda z filmu “Witaj Święty Mikołaju”. Mam na myśli scenę, w której Clark zamiast świątecznej premii od szefa otrzymał zaproszenie do klubu galaretki (zabawna scena).

Brazylijski skrzydłowy po nieudanej przygodzie z Bordeaux trafił do Al Nassr FC. W Arabii Saudyjskiej odcinał tylko kupony. Później był epizod w FC Dallas w Major League Soccer i roczny pobyt w Palmeiras. Denilson wierzył, że pod okiem Vanderleia Luxemburgo odbuduje się. Niestety tak się nie stało. Pomocnik najczęściej wchodził na boisko z ławki rezerwowych. W 30 meczach w barwach Verdão strzelił 3 gole i pomógł Palmeiras wygrać rozgrywki stanowe w São Paulo.

Na początku stycznia 2009 roku został zaproszony na testy do Bolton Wanderers. Wypadł w nich fatalnie i nie otrzymał kontraktu. Rozczarowany czarodziej dryblingu szukał innych opcji. Mówiło się o Grecji, Turcji i Niemczech, ale ostatecznie wylądował w klubie Itumbiara Esporte Clube z Wietnamu, który… zmienił po trzech miesiącach. Jego nowym pracodawcą został Hải Phòng F.C. Brzmi dumnie prawda? Za znane nazwisko Denilson otrzymał 5,5 mln dolarów (kontrakt na 6 miesięcy). W lidze wietnamskiej zadebiutował w meczu przeciwko Hoàng Anh Gia Lai FC i już w 2. minucie wpisał się na listę strzelców. Dni w Wietnamie dłużyły mu się nieprzeciętnie, były długie, szare i sami wiecie do czego. Po 3 tygodniach Brazylijczyk nie wytrzymał i opuścił Wietnam. Odprawę oczywiście dostał…

Ostatnim klubem w jego karierze była grecka Kavala F.C. Na początku stycznia 2010 roku Denilson podpisał z Grekami dwuletni kontrakt. Co warto zapamiętać z jego pobytu w Grecji? Wypady do restauracji, dyskotek i dwa treningi w klubowym ośrodku Kavali. Po trzech miesiącach Denilson opuścił słoneczną Grecję. Podobno do dziś z nostalgią wspomina Greków. Według niego Grecy to mili, sympatyczni ludzie. Codziennie śpiewają, tańczą i biesiadują itd. Szkoda tylko, że gospodarka leży, a może po prostu się czepiam. Tak czy inaczej Denilson buty na kołku zawiesił 1 lipca 2010 roku.

Biorąc pod uwagę karierę klubową i reprezentacyjną, Denilson rozegrał łącznie 553 mecze, strzelił 96 goli i zanotował 52 asysty.

Świętej pamięci Zbigniew Wodecki wspomniał kiedyś, że: “Co robić? Uświadomić sobie, że jutra może już nie będzie. Nauczyć się żyć chwilą, która jest. To znaczy przyjąć, że wszystko to, co było, to było, ale już tego nie ma, a to co będzie, tak naprawdę nie musi się zdarzyć. A więc bawić się tak, jakby to był ostatni dzień naszego życia. Taka postawa dotyczy zresztą nie tylko zabawy. To ideał życia w ogóle”. Słowa te doskonale pasują do Denilsona. Był wirtuozem futbolu i nonkonformistą. Zawsze szedł do przodu i nie oglądał się za siebie. Kochał futbol i sztuczki, a z piłką potrafił czynić cuda. Niestety w karierze zabrakło mu dyscypliny, dlatego zawiódł w Hiszpanii. Presja ze strony kibiców i prezydenta Betisu go przerosła. W ogóle nie pasował do LaLigi. Jego miejsce było w Brazylii, co nie zmienia faktu, że po Ronaldinho był jednym z najlepiej wyszkolonych technicznie piłkarzy jakich widziałem. Był jedną z gwiazd reklam “Scorpion KO” i Joga Bonito. Nigdy nie zapomnę reklamy, w której wystąpił z takimi brazylijskimi mistrzami jak Ronaldo, Ronaldinho i Roberto Carlos wraz z kultową, ponadczasową melodią Mas Que Nada. Podobnie jak Juan Román Riquelme, był jednym z ostatnich romantyków futbolu. Szkoda tylko, że częściej wybierał konto bankowe aniżeli jakość klubów, w których grał.


Facebook Comments