Mistrzowie Polski

Z pasją opowiadamy o futbolu

Felietony

Sezon prawdy dla MLS?

Już w najbliższy weekend rozpocznie się 25 sezon Major League Soccer, czyli najważniejszych klubowych rozgrywek Ameryki Północnej. To będzie szczególny sezon. Pierwszy raz od powstania ligi reprezentacja Stanów Zjednoczonych nie zagra na mistrzostwach świata. Czy wpłynie to na rozwój futbolu w USA? Jak to możliwe że błyskawicznie rozwijające się rozgrywki z wieloma znajomymi nazwiskami na boisku i ławkach trenerskich, oraz solidnymi sponsorami nie przełożyły się na sukces reprezentacji? Czy MLS ma jakąkolwiek szansę rywalizacji z NBA i NHL? Dlaczego jeszcze nigdy drużyna z MLS nie wygrała Amerykańskiej wersji Ligi Mistrzów (CONCACAF)?

Sport w USA to biznes.

Tak było od początku i tak zapewne jeszcze przez długie lata pozostanie. Przed II wojną światową Stany Zjednoczone miały całkiem solidną reprezentację. W 1950 roku Amerykanie dokonali „sensacji tysiąclecia” ogrywając na mistrzostwach świata uchodzącą za niepokonaną reprezentację Anglii. W żadnym stopniu nie przerodziło się to w rozwój futbolu w USA. Grono amerykańskich polityków domagało się nawet… zakazu gry w piłkę nożną, którą określano jako „sport komunistów”. Brzmi głupio? Nie dla biznesmenów. Ludzie którzy odnosili korzyści z koszykówki, futbolu amerykańskiego i hokeja nie chcieli pozwolić żeby konkurencyjny sport odbierał im widzów. Przecież nie chodziło tu o żadne kwestie typowo sportowe. Co komu przeszkadza kopanie futbolówki? Gdy w grę wchodziły jednak pieniądze, politycy mocno naciskali na swoje żądania.

Zdajecie sobie sprawę że taka polityka wobec futbolu najprawdopodobniej zapobiegła III wojnie światowej? W 1962 amerykanie dostrzegli zwiększony ruch radzieckich statków w okolicy Kuby. Rosjanie starannie ukrywali swoją obecność w pobliżu USA, ale wtopili… grając w piłkę nożną. Skoro w Ameryce futbol był tematem tabu, to widok piłkarskiego boiska na pobliskiej Kubie wywołał spore zdziwienie. Nie było wtedy internetu czy telewizji satelitarnej żeby Kubańczycy nauczyli się z sieci co to w ogóle jest piłka nożna, a że futbol kojarzono z komunizmem, to zdecydowano się zaostrzyć czujność. Finalnie amerykanie odkryli na Kubie instalacje rakietowe które miały przenieść głowice atomowe i dzięki zdecydowanej interwencji cała sprawa „rozeszła się po kościach”.

Początki

Piłka nożna nie miała w USA łatwych początków. Zanim narodziła się liga MSL, sukcesem cieszyła się North American Soccer League. NASL powstało na fali popularności Mundialu 1966 który w USA bił rekordy oglądalności. Taki wynik nie mógł umknąć uwadze amerykańskich biznesmenów. Błyskawicznie zdecydowano się stworzyć rozgrywki na własnych zasadach. Kompletnie zmieniono zasady rzutów karnych i spalonych, decydowano się na lotne zmiany niczym w hokeju, czas odliczano „w dół” czyli od 45 do 0. Różnice między futbolem znanym na całym świecie, a tym w NASL były znaczące, ale wszystko tworzono typowo „pod amerykańskiego widza”. Jako że widz chciał głośnych nazwisk, to do NASL ściągnięto gwiazdy takie jak Eusebio, George Best, Johan Cruyff, Gerd Muller, Franz Beckenbauer i Pele.

Sprowadzanie podstarzałych gwiazd dawało spore zainteresowanie ze strony kibiców, ale przynosiło opłakane wyniki finansowe. Przyjmuje się że ponad 70% budżetów ówczesnych klubów NASL pochłaniały płace dla gwiazd. Mówi Wam coś nazwisko Janusz Kowalik? Zapewnie nie, a jako ciekawostkę warto wiedzieć że pierwszy król strzelców tej ligi to właśnie były zawodnik Cracovii. Amerykanie bardzo mocno eksperymentowali z futbolem. Po kilku latach postawiono na futbol halowy. Polacy zresztą mają swoje miejsce w budowie ligi w USA. Jedną z gwiazd NASL był urodzony w Pułtusku Kazimierz Frąckiewicz, w barwach San Diego Sockers kilka sezonów rozegrał Kazimierz Deyna.

Klęska

Cierpliwości i uporu nie starczyło na długo. NASL rozpadła się przez ogromne problemy finansowe. Kluby które stworzono tylko po to żeby generować ogromne zyski przyniosły kolosalne straty. Na kilka lat zrażono się do piłki nożnej, ale pokolenie dzieciaków które zachwyciło się wówczas gwiazdami na amerykańskich boiskach, miało za kilka lat budować nową ligę. Gdy więc USA starało się o organizację mundialu 1994 postanowiono reaktywować pomysł profesjonalnej ligi piłkarskiej. Oczywiście wciąż na „amerykańskich zasadach” czyli chociażby brak rzutów karnych zastąpionych przez shoot-out podobne do hokeja. Zresztą do tej pory królują w sieci nagrania jak piłkarze NASL biegną na bramkarza próbując wykorzystać „setkę”. Tak wówczas rozstrzygano remisowe wyniki.

Nowo postała liga MLS miała w przeciwieństwie do NASL generować przychody i stopniowo rosnąć w siłę. Odpuszczano przepłacanie na dorabiające do emerytury gwiazdy, chociaż i tak w rozgrywkach pojawili się zawodnicy tacy jak Carlos Valderrama. Za najważniejszą zmianę wypadałoby jednak uznać reformę polityki stadionowej. Za czasów NASL pomysł był bardzo prosty, wypożyczanie potężnych obiektów od drużyn baseballowych i próba ściągania ile wlezie widzów. Efekt takiej polityki był taki że jedno spotkanie oglądało 80 tysięcy osób, a drugie 5 tysięcy. W obu przypadkach koszty organizacji spotkań na „użyczonych” obiektach były zdecydowanie większe niż koszt ze sprzedaży biletów. W MLS jedną z kluczowych zasad była reguła -Chcesz grać? Wybuduj sobie stadion na tylu widzów ilu realnie możesz mieć. Budowa obiektów trwała latami, ale dzisiaj frekwencja na spotkaniach MLS jest bliska 100%. Zamiast święcących pustkami olbrzymów na 100 tysięcy widzów, piłkarze cieszą że dopingiem na 20 tysięcznikach na których brakuje wolnych miejsc.

MLS

Początki MLS nie były zbytnio owocne. Dziś władze ligi chwalą się że frekwencją biją na głowę NHL i NBA. Brzmi motywująco, ale porównywanie widowni na otwartym stadionie i w zamkniętej hali ma z góry znanego zwycięzcę. Tym sposobem można stwierdzić że w Polsce na żużlu jest większa widownia niż na spotkaniach siatkarskiej reprezentacji. Prawda? Oczywiście że tak. Tylko wynikająca bardziej z ograniczeń zamkniętych obiektów niż z zainteresowania sportem. Prawdziwy impuls do rozwoju dał lidze komisarz Don Garber. Samo zastąpienie komisarza ligi Douga Logana przez znającego doskonale biznes amerykańskiego sportu Garbera, który wcześniej z sukcesami radził sobie jako działacz NHL dało MLS ogromne zyski.

Major League Soccer to specyficzne rozgrywki. Nie można z nich spaść do niższej ligi. Miejsce w MLS można sobie „załatwić” mając bogatego sponsora i budując stadion piłkarski. Tak postępuje chociażby Miami, które w przeciągu 2 lat powinno mieć własną drużynę piłkarską i chociaż formalnie drużyna jeszcze nie istnieje, to ma już zaklepane miejsce w lidze. Początkowo zresztą jeden właściciel miał w lidze kilka klubów. Po raz kolejny podkreślę, w MLS głównym motywatorem działań są pieniądze. Ba! Istnieje nawet przepis według którego zawodnicy podpisują kontrakty nie z klubami, a z… samym MLS. Skąd takie dziwne rozwiązanie? Z obawy przed powrotem kryzysu finansowego NASL. Dziś każda drużyna ma limit wydatków na pensje dla graczy (koło 4 milionów dolarów). Oczywiście najwięcej z tej puli zarabiają gwiazdy pokroju Davida Villi, ale uniemożliwia to szastanie kasą bez opamiętania. Jeśli więc kiedykolwiek usłyszycie porównanie ligi chińskiej i amerykańskiej przypomnijcie sobie że w MLS średnie zarobki są mniejsze niż w 2 lidze angielskiej. Brzmi to szokująco, ale liga jest bardzo mocno kontrolowana przez komisarza. Dlatego więc kontrakty podpisywane są „z ligą”, a nie z klubami.

Chwała Garberowi

Same rozgrywki rozgrywane są w formie ligi i play-offów, coś na zasadzie NHL i NBA. Często zarzuca się panu Garberowi że taki system psuje wartość sezonu zasadniczego. Liga systematycznie się rozrasta. Zresztą nawet ostatni sezon zakończył się zwycięstwem drużyny z… Kanady. FC Toronto z parą napastników Altidore-Giovinco jest również jednym z największych faworytów nadchodzących rozgrywek. Kto może stanąc im na drodze? Sporo mówi się o drużynie Atlanty United która przed sezonem sprowadziła za rekordowe 12 milionów euro 18 letniego argentyńskiego pomocnika Ezequiela Barco. To spora zmiana w polityce amerykańskiego futbolu. Drużyna prowadzona przez słynnego Gerardo Martino, ale również wiele innych klubów MLS od jakiegoś czasu stawiają na zawodników z Ameryki. Rzadko pojawiają się transfery gotówkowe, ale coraz częściej do ligi trafiają młodzi piłkarze z Brazylii, Argentyny czy Afryki.

Po odejściu Kaki i Pirlo oczy kibiców zwrócone będą zapewne na Davida Ville, Gio dos Santosa, oraz zapowiadanego na nową gwiazdę rozgrywek Carlosa Velę. Swoje miejsce na ziemi znalazł także Nemanja Nikolics, król strzelców poprzedniego sezonu. Pytanie jak wartościowymi rozgrywkami jest MLS? Niestety ze względu na słabych defensorów niezbyt mocnymi. I tutaj przypomnę jeszcze raz, MLS to środek do zarabiania pieniędzy. Gdyby działacze z USA chcieli budować ligę mogącą zagrozić dominacji europejskiego futbolu, już dawno skupiliby się na poprawie gry defensywnej. Tymczasem spora część obrońców MLS jest na poziomie polskiej 1 ligi. Pokazują to nawet starcia amerykańskiej ligi mistrzów gdzie meksykanie od lat robią z defensyw klubów MLS prawdziwe sito. Od 2008 roku gdy powstały rozgrywki Ligi Mistrzów CONCACAF do dnia dzisiejszego tytuł zdobywały jedynie kluby z Meksyku. Żeby było zabawniej w całej historii lepszy od USA bilans w tych rozgrywkach mają nawet kluby z Gwatemali, Surinamu i Salwadoru.

Na podbój Meksyku

Po cichu wspomina się również że droga do rozwoju MLS nie prowadzi przez ściąganie starzejących się gwiazd z europejskich lig, ale właśnie na „wchłonięciu” meksykańskiego futbolu. Zdajecie sobie sprawę kto obecnie jest najlepszym strzelcem ligi MX? Wątpię. Mimo to liga meksykańska w całej Ameryce Północnej cieszy się ogromną popularnością, większą nawet od MLS. Kluby są na tyle silne finansowo że potrafią zatrzymać graczy kuszonych przez kluby z USA. To wszystko jest elementem starannie budowanej koncepcji. Myślcie że obecność w lidze braci do Santos i obecne ściągnięcie Carlosa Veli to przypadek? Nie po to Amerykanie stawiają na piłkarzy z Meksyku żeby nie próbować podbić rynku futbolowego w tym kraju. Ze względu na różnice czasu nie ma większych szans żeby Europejczycy zachwycali się oglądaniem MLS. Ale gdyby tak MLS przejęło największe gwiazdy Ligi MX? A może nawet włączyło kilka drużyn z Meksyku do swojej ligi? Skoro udało się z trzema kanadyjskimi klubami, to czemu nie pobliski Meksyk?

Kasa, kasa, kasa….

Bądźmy szczerzy, działacze MLS mają w głębokim poważaniu podnoszenie poziomu rozgrywek. Bo i po co? Większym problemem może być brak awansu reprezentacji na mundial w Rosji. To musi przełożyć się na spadek oglądalności w telewizji. A przecież z pewnością stoją za tym olbrzymie środki zainwestowane w zakup praw telewizyjnych. Całkiem niedawno głośno było o olbrzymich propozycjach za sprzedaż praw do transmisji MLS. Podobno w grę wchodziły sumy sięgające kilku miliardów dolarów. Problem polegał na tym że koncerny medialne chciały mieć swój głos w zarządzaniu ligą, a to mogło zaszkodzić monopolowi wąskiego grona biznesmenów.

Czy MLS ma szanse zagrozić NBA i NHL? Najlepsza koszykarska liga na świecie jest na tyle mocna że nie daje na to żadnych szans. Rozgrywki hokejowe mają ostatnio ciut więcej problemów, ale są również poza zasięgiem MLS. Lidze futbolowej brakuje jakiegoś poważnego impulsu. Czymś takim powinien być sukces reprezentacji, ale no właśnie. Amerykańscy piłkarze nie trafiają do silniejszych europejskich klubów, więc kadra USA stoi w miejscu. Kadra nie robi postępów, więc i liga ma problemy z rozwojem. Koło się zamyka. Czy będę oglądać rozgrywki MLS? Bez ściemniania, raczej nie. Sporadycznie co jakiś czas zdarzyło mi się zerkać na grę teoretycznie topowych klubów USA i przyznam że ciężko to się oglądało. Jeśli już to jakieś skróty, powtórki jeśli widzę że faktycznie coś ciekawego się w MLS dzieje. W innym wypadku po ludzku szkoda czasu. Co nie znaczy że nie kibicuje rozwojowi MLS. Po prostu to jest liga w specyficznym kraju gdzie zawsze na miejscu numer 1 będzie czerpanie zysków finansowych. Może to się przełoży na wzrost poziomu, ale nie w najbliższych 4 latach. A przynajmniej nie na tyle żeby zarywać noce dla MLS.

Facebook Comments