Robin Friday: Największy piłkarz, którego nigdy nie widzieliście…

Imprezy, alkohol, narkotyki, nocne awantury i… nieprawdopodobny piłkarski talent. 27 lipca 1952 roku w Acton w zachodnim Londynie na świat przyszedł facet, którego mało kto dzisiaj pamięta, a o którym brytyjscy dziennikarze i artyści tworzyli książki i piosenki. Robin Friday. „Największy piłkarz, którego nigdy nie widzieliście”…

Tytuł biografii angielskiego zawodnika, napisanej przez Paula McGuigana i Paolo Hewitta, mówi praktycznie wszystko. To książka o niewykorzystanym geniuszu. O straconych możliwościach i wypalonym potencjale. To opowieść o facecie, który miał wszystko, żeby osiągnąć sukces, ale pozostał jedynie lokalną gwiazdą, częścią brytyjskiego folkloru. To wreszcie prawdziwe świadectwo czasów i portret Wielkiej Brytanii lat 70-tych, czasów hard-rocka, ostrych imprez i LSD.

„Friday żył i grał po swojemu. Gdyby tylko trochę się uspokoił i wrzucił na luz, z pewnością zagrałby kiedyś w angielskiej kadrze”. Pod tymi słowami Jimmy’ego Andrewsa, menedżera Cardiff City, podpisało się wielu fachowców i ekspertów, którzy widzieli Robina w akcji. To był napastnik kompletny, który w pojedynkę był w stanie rozstrzygnąć losy każdego meczu.

Dobrze zbudowany, silny fizycznie i doskonały technicznie. Friday stał się prawdziwą ikoną Reading i wspomnianego Cardiff. Ten pierwszy klub niemal w pojedynkę, swoimi bramkami i asystami, wprowadził na trzeci szczebel angielskich rozgrywek. Kibice uwielbiali jego styl gry i buntowniczy, zawadiacki wizerunek. Często porównywali go do samego George’a Besta. Dla Robina piłka była jednak jedynie zabawą, czystą formą rozrywki.

Anglik grał tak jak żył i żył tak jak grał. Szybko, dynamicznie, bezkompromisowo, nieustannie podejmując ryzyko. To nie był piłkarz, który mógł podporządkować się taktyce, schematom i żądaniom trenerów. Friday był bardziej artystą niż sportowcem. Wolnym duchem opętanym przez własne demony. Nie stronił od używek i nocnego życia. Alkohol i brane garściami LSD, z dnia na dzień, wykańczały go fizycznie i psychicznie.

Kres nastąpił w grudniu 1990 roku. To właśnie wtedy organizm Robina powiedział „stop”. Friday zmarł w wieku zaledwie 38 lat, a przyczyną śmierci był atak serca wywołany przedawkowaniem heroiny. Piłkarz był już wtedy na życiowym dnie. Na skraju nędzy i wycieńczenia.

Ci, którzy jednak go podziwiali, nie zapomnieli. Sześć lat po tamtym wydarzeniu, w grudniu 1996 roku, rockowa kapela Super Furry Animals z Cardiff wypuściła na rynek utwór „The Man Don’t Give a Fuck”, poświęcony właśnie zmarłemu Fridayowi. Singiel z miejsca stał się kultową opowieścią o sportowcu-buntowniku i jeszcze mocniej utrwalił na Wyspach legendę Robina Fridaya. Największego piłkarza, którego nigdy nie widzieliście…

Autor: Łukasz Rodacki, @Duch Sportu
Facebook Comments