Quo vadis, United?

Teatr Marzeń znów przeobraził się w Teatr Smutku. Po dwóch sezonach systematycznych postępów – o ile nie w grze, to chociaż w kwestii wyników – nastał trzeci, mityczny rok pracy Jose Mourinho. Kariera Portugalczyka to wzloty i upadki, szczytowania i dołowania, lecz tak się na jego, a także Manchesteru United, nieszczęście składa, że największe problemy napotyka na trzecim etapie drogi z poszczególnymi klubami. Na Old Trafford nie jest inaczej, drużyna notuje regres. Dokąd zmierzają Czerwone Diabły?  

Jestem zagorzałym zwolennikiem okazywania cierpliwości i zaufania względem nowo zatrudnionych menedżerów, dawania im czasu na poukładanie zespołu, wdrożenie swojej filozofii oraz pomysłu na grę. Prastarą prawdę głoszącą, że nie od razu Kraków zbudowano, można spokojnie odnieść do zarządzania grupą piłkarzy. Wiadomo, że każdy szkoleniowiec chce skonstruować drużynę na własną modłę i jest to jego nienaruszalne, niepodważalne prawo.

Z tego powodu daleki jestem od wymagania od ekipy pod wodzą nowego trenera osiągania wyłącznie najlepszych rezultatów, sięgania po najcenniejsze trofea i natychmiastowego powrotu na szczyt. To się zdarza, lecz nie jest i w żadnym wypadku nie powinno być regułą, swoistą koniecznością.

Idąc tym tropem, także od Mourinho nie oczekiwałem cudów podczas jego premierowego sezonu za sterami Manchesteru United. Podstawowym celem było zapewnienie sobie udziału w kolejnej edycji Ligi Mistrzów i udało się to osiągnąć z nawiązką – do triumfu w Lidze Europy Czerwone Diabły dorzuciły bonusowe, nic nieznaczące trofea w postaci Tarczy Wspólnoty oraz Pucharu Ligi. Potrójna korona jak się patrzy.

Drugi rok to już czas realnego dążenia do wspięcia się na szczyt. I tu pierwszy zawód. Drużna z Old Trafford miała włączyć się w bój o mistrzostwo kraju i powalczyć na bardziej eksponowanej arenie międzynarodowej. W teorii 2. miejsce w Premier League mieści się w kategorii zaciętej rywalizacji o tytuł, lecz w praktyce różnica między City a United wyniosła aż 19 punktów. O zaciętej rywalizacji nie ma więc mowy. Z Ligą Mistrzów podopieczni Portugalczyka pożegnali się już w 1/8 finału, a z kwitkiem odprawiła ich Sevilla. Sezonu nie uratował nawet Puchar Anglii, oddany Chelsea na ostatnim etapie rozgrywek.

Trzecia kampania Mourinho na Old Trafford miała być ostatecznym testem możliwości drużyny. Jak dotąd wszystko wskazuje na to, że zostanie on oblany.

Drużyną targają liczne problemy natury fizycznej, jak i psychicznej. Wszystko wpływa na formę i dyspozycję, które – pisząc łagodnie – znacznie odbiegają od oczekiwań kibiców. Po 13 kolejkach Manchester United zajmuje 7. pozycję w ligowej tabeli, ma ujemny bilans bramkowy i jakościowo znajduje się lata świetlne nie tylko za liderem, lecz także za pozostałymi przedstawicielami żelaznej TOP 6. Co z pozostałymi frontami? W Lidze Mistrzów Czerwone Diabły awansowały do fazy pucharowej. Umówmy się jednak, zespół, który nie potrafi poradzić sobie z Crystal Palace czy West Hamem nie ma czego szukać w decydujących etapach europejskich rozgrywek. Z Pucharu Myszki Miki, lub jak kto woli Pucharu Ligi, ekipa z Old Trafford wypisała się w 1/16 finału. Na udany sezon się nie zapowiada…

Cóż to za problemy i przeszkadzacze? Jak na rangę klubu jest ich sporo, cały wachlarz wręcz. Wyliczankę czas zacząć.

Podstawową i być może największą bolączką jest mentalność poszczególnych zawodników. W niedawnej rozmowie z Christo Stoiczkowem aspekt ten poruszył portugalski menedżer, który wskazał Shawa, Martiala, Lingarda oraz Rashforda jako graczy, którym wciąż brakuje charakteru, osobowości, naturalnej chęci rywalizacji i dojrzałości. Bez tego trudno o zbudowanie silnej, zdeterminowanej drużyny, gdyż same umiejętności piłkarskie nie zatuszują wątpliwych cech wolicjonalnych. Czasy Cantony, Keane’a czy Neville’a wydają się obecnie na Old Trafford prehistorią.

Zawodzą też postacie absolutnie pierwszoplanowe. O mocy i jakości zespołu stanowić mieli między innymi Alexis oraz Lukaku, którzy przeżywają bardzo trudny okres. Chilijczyk nie jest członkiem podstawowego składu, a w dotychczas rozegranych 12 meczach zdobył 1 bramkę i zanotował 2 asysty. Belg z kolei wraca do łask Mourinho po wyleczeniu kontuzji, lecz na swoje trafienie czeka od połowy września. Jego bilans to 4 gole i 2 ostatnie podania, co biorąc pod uwagę 17 występów jest rezultatem niegodnym napastnika Czerwonych Diabłów. Obaj typowani do roli liderów, nie graja nawet drugich skrzypiec w zespole klasy średniej…

Oczekiwań nie spełnia w zasadzie cała formacja ofensywna, na co wpływ ma również dyspozycja pomocników. Kreują oni stosunkowo niewielką ilość sytuacji dogodnych do umieszczenia futbolówki w siatce rywala, grają powolnie i bez polotu. Ich poczynania świetnie korelują z wrażeniem, jakie sprawia cała drużyna. Bije od niej marazm, pragmatyzm, małostkowość, bezradność, zrezygnowanie oraz brak pewności siebie, chęci dominowania, co nijak ma się do obrazu ekipy z Old Trafford z czasów świetności klubu, do których powinna przecież aspirować. Patrząc na Manchester United dochodzę niekiedy do wniosku, że niewykorzystywanie potencjału powinno być karalne.

Wróćmy jednak do rzeczy. Skoro w ataku bieda, to co napisać o defensywie? Po 12 kolejkach ligowego sezonu Manchester United miał ujemny bilans bramkowy, co poprzednio przydarzyło im się w 1977 roku. Po 13. serii gier sytuacja nie uległa zmianie, a pozbawiony trafień remis z Crystal Palace przyniósł pierwsze czyste konto uzyskane na własnym boisku w Premier League od maja. Druga najlepsza obrona ostatniej kampanii przemieniła się w jedną z gorszych w obecnych rozgrywkach. Nie imponuje już, choć robi, co może, de Gea, duet stoperów Smalling-Lindelof jest daleki od optymalnej formy, o zasłużeniu na miano monolitu nie wspominając… Niewiele gra Jones, a swoich szans nie otrzymuje ani Rojo, ani nawet Bailly. Jedynym pozytywem wśród morza negatywów są nieźle spisujące się boki defensywy: drużyna wreszcie ma pożytek z Shawa, a kontuzjowanego Valencię dobrze zastępował Young.

Nie zmienia to faktu, że kibicom został odebrany jeden z niewielu powodów do radości. Próżno bowiem szukać spokoju, patrząc na poczynania podopiecznych Mourinho we własnym polu karnym. Pewność zastąpił ciągły lęk.

Czy fan Czerwonych Diabłów ma się w ogóle z czego cieszyć?

O dziwo tak. Sądzę, że zwycięstwa rodzące się bólach, po uprzednim zainkasowaniu ciosu lub kilku, dają zastrzyk pozytywnej energii. Manchester United potrafi odrobić straty, zwyciężyć startując z pozycji przegrywającego. Było tak w starciu z Newcastle, w potyczce z Juventusem oraz w spotkaniu z Bournemouth. Choć w 2 z 3 wymienionych przypadków bezwarunkową koniecznością były pewne i gładkie triumfy, 3 punkty uzyskane w takich okolicznościach mogą cieszyć.

Napawać optymizmem powinna także dyspozycja francuskiego duetu Pogba-Martial. Choć pierwszy mierzy się z nieustającą krytyką, ma nie do końca jasne stosunki z menedżerem i bywa kontrowersyjny, to znaczącego wpływu na wyniki oraz kluczowej roli w zespole odmówić mu nie sposób. Paul miał udział przy 9 bramkach zdobytych przez drużynę z Old Trafford i, czy to się komuś podoba czy też nie, jest jej liderem. Dzielnie wspomaga go uzupełniający duo Anthony, który ustrzelił 7 goli, z czego 6 na przestrzeni 5 ligowych kolejek. Trafiał między innymi z krajowymi potentatami, z którymi Manchester United nie radzi sobie najlepiej – w 3 meczach zanotował ledwie 1 remis.

Dokąd zmierza więc ekipa Mourinho? Obecnie zdaje się dryfować w bliżej nieznanym kierunku. Nie ma co się oszukiwać, jest źle. Co gorsze, perspektyw na poprawę sytuacji szukać raczej próżno, kresu stagnacji nie widać. Jednym z nasuwających się na myśl rozwiązań jest zmiana szkoleniowca, która nie jest naturalnie lekiem na całe zło. Jestem daleki od zrzucania całej winy za dyspozycję drużyny, lub raczej niedyspozycję, na barki portugalskiego menedżera. Niemniej jednak nie sądzę, by pod jego wodzą doszło do przebudzenia mocy i odrodzenia. Zdecydowanie potrzeba świeżej krwi, kogoś z pomysłem na trafienie do głów piłkarzy.

Jako sympatyk Czerwonych Diabłów mam nawet kilku faworytów. Howe, Pochettino czy Simeone, to nazwiska, które, według mnie, mogłyby zrobić różnicę w czerwonej części Manchesteru. Poza opiekunem Wisienek zdają się być jednak nieosiągalne. Niespełnionym marzeniem pozostaje też zatrudnienie którejś z legend klubu. Taki ruch uwolniłby w mojej świadomości nowe pokłady cierpliwości i zaufania do tego stopnia, że byłbym w stanie poczekać na znaczący sukces kilka kolejnych lat. Wiem, że w futbolu na najwyższym poziomie jest to niestety niemożliwe.

Mam wrażenie, poparte doświadczeniami autopsyjnymi, iż kibice United nie oczekują cudów. Coraz bardziej pragną po prostu zaprzestania drapania się po głowie w geście szukania odpowiedzi na pytanie o kierunek, w którym podążają ich ulubieńcy. Pragną obrania klarownego azymutu, dostrzeżenia determinacji w realizacji celów oraz głodu zwyciężania. Tak niewiele, a jednak tak wiele.

Facebook Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *