Mistrzowie Polski

Z pasją opowiadamy o futbolu

NBA

Powrót z miłości do gry czy nieudana przygoda?

Jego powrót do NBA był największym wydarzeniem sportowym w 2001 roku. Dwa lata wcześniej powiedział, że jest pewny, iż na 99.9% nie wróci na parkiety najlepszej koszykarskiej ligi świata. Decyzję zmienił 25 września 2001 roku i kiedy powiedział „I’m back” cały koszykarski świat oszalał, w tym ja. Byłem tak podekscytowany, że przed rozpoczęciem sezonu 2001/2002 pojechałem na zakupy do M1 w Poznaniu i kupiłem koszulkę Washington Wizards z numerem 23. Wszystko dla swojego idola z dzieciństwa. Co było dalej? Zawalona nocka podczas pierwszego meczu „Jego Powietrzności” w barwach Wizards. Michael Jordan kolejny raz wrócił ze sportowej emerytury. Dlaczego to zrobił? Ponieważ kochał koszykówkę i nie mógł dłużej wytrzymać bez rywalizacji. Chciał się sprawdzić czy jeszcze potrafi grać na najwyższym poziomie i trzeba sobie powiedzieć szczerze, że był to ostatni moment na powrót. Przebywanie na emeryturze byłoby dla niego lepszym sposobem na zachowanie spuścizny w NBA, ale MJ nie dbał wtedy o bezpieczeństwo. Ponownie poczuł głód gry w świetle reflektorów z najlepszymi koszykarzami świata. Nikt i nic nie było go w stanie powstrzymać. Wrócił do NBA na własnych zasadach, swojej legendy nie zniszczył pomimo rozegrania dwóch najsłabszych sezonów w karierze. Czy postąpił słusznie? Mimo wielu wątpliwości moja odpowiedź brzmi „Tak” i postaram się Wam napisać dlaczego.

Jedna z legend głosi, że Phil Jackson zorganizował spotkanie między Bryantem a Jordanem w sezonie 1999/2000, kiedy Lakers grali z Bulls. Podobno Kobe sprowokował Jordana twierdząc, że da mu lekcję i nie może doczekać się jego powrotu do NBA. MJ kurtuazyjnie odmówił, ale myślał o tym spotkaniu przez następne tygodnie. Perspektywa sprawdzenia się w lidze była kusząca. Vince Carter, Paul Pierce, Tracy McGrady, Allen Iverson grali jak z nut. Na początku stycznia 2000 roku „Air” zakupił pakiet mniejszościowy w klubie Washington Wizards. Prasa zaczęła spekulować. Dziennikarze pisali o nowych planach biznesowych Jordana. Wszystko zmieniło się w momencie, w którym Doug Collins został trenerem Wizards. Po tym fakcie ruszyła lawina. Sports Illustrated, New York Times i Washington Post pisały o powrocie Jordana do NBA. Tym razem plotki okazały się prawdą. Michael Jordan zamienił garnitur na strój koszykarski 25 września 2001 roku. W wieku 38 lat MJ podpisał dwuletni kontrakt z Wizards. Całe wynagrodzenie (2 miliony dolarów) przeznaczył na ofiary zamachów terrorystycznych z 11 września. Zresztą pieniądze nie miały dla niego znaczenia. Wrócił, ponieważ nie mógł żyć bez koszykówki.

Decyzja o grze dla Wizards była ryzykowna. Popularni „Czarodzieje” byli jedną z najgorszych drużyn w całej lidze. W sezonie 2000/2001 zajęli przedostatnie miejsce w Konferencji Wschodniej z bilansem 19-63. Gorsi byli tylko… Chicago Bulls. Na szczęście Wizards mieli plan jak wzmocnić skład. Wybrali z numerem 1 w drafcie Kwame Browna. Dodatkowo zakontraktowali Tyronna Lue, gościa, który zaistniał w NBA dzięki Allenowi Iversonowi (słynny rzut AI nad Lue w pierwszym meczu finałów w 2001 roku). Drużyna z Waszyngtonu miała jeszcze Richarda Hamiltona, starego znajomego Jordana z Olimpiady w Barcelonie, Christiana Laettnera oraz takich graczy jak Popeye Jons, Jahidi White, Chris Whitney i Tyrone Nesby. Skład nie powalał na kolana i to delikatnie mówiąc.

Efekt Jordana w drużynie Wizards był widoczny od pierwszego dnia. Klub z Waszyngtonu sprzedał wszystkie bilety na pierwsze mecze z udziałem MJ’a w MCI Center. Koszulki z numerem 23 sprzedawały się jak świeże bułeczki. Wizards zyskali wizerunkowo. Oczekiwania fanów z Waszyngtonu rosły z dnia na dzień. Pierwszy przedsezonowy mecz w wykonaniu Jordana genialny nie był. MJ był jak stary, nienaoliwiony Ford Mustang. Potrzebował czasu, żeby wskoczyć na wyższe obroty. Jordan zaczął się rozkręcać od meczu z Pistons, ale piąty bieg włączył dopiero w spotkaniu przeciwko New Jersey Nets. G.O.A.T. rzucił 41 punktów i dał wszystkim do zrozumienia, że wrócił stary dobry Jordan. Niestety czary Michaela nie pomogły drużynie z Waszyngtonu w sezonie 2001/2002. Numer 1 z draftu Kwame Brown kompletnie zawiódł (notował średnio 4.5 pkt., 3.5 zb. i 0.5 blk. na mecz). Młodzi gracze Wizards nie mieli zbyt wielu argumentów, żeby rywalizować o najwyższe cele. Michael Jordan grał dobrze, podniósł jakość gry „Czarodziejów”, ale sam nie był w stanie wygrywać już tylu meczów co w przeszłości. Rozgrywki 2001/2002 zakończył ze średnią 22.9 pkt., 5.7 zb., 5.2 ast. i 1.4 przechwytów na mecz. Bilans Wizards poprawił się z 19-63 na 37-45, ale to nie wystarczyło do gry w playoffs. Pierwszy raz w historii drużyna z Jordanem w składzie nie awansowała do playoffs (10. miejsce w Konferencji Wschodniej).

Sezon 2002/2003 był ostatnim w wykonaniu Jordana na parkietach NBA. Przypominał on trasę pożegnalną jednej z największych kapel rockowych. Tłumy przychodziły na mecze z jego udziałem w każdym mieście, w którym się pojawiał. Włodarze Wizards chcieli, żeby ostatni sezon Jordana w NBA był wyjątkowy, więc postanowili wzmocnić skład. Doug Collins otrzymał prezent w postaci Jerry’ego Stackhouse’a z Detroit Pistons. Przyszli także wolni agenci w postaci Larry’ego Hughesa, Bryona Russella i weterana Charlesa Oakleya. Czarodzieje dobrze weszli w sezon. Legitymowali się bilansem 6-4 na początku rozgrywek. Niestety później ich gra posypała się jak domek z kart. Bryon Russell był cieniem samego siebie, Kwame Brown rzucał średnio 7.4 pkt. na mecz, a Larry Hughes 12.8 pkt. Charles Oakley wyglądał jak pirat z kulawą nogą. Był wolny jak ketchup i ociężały jak słoń (1.8 pkt. i 2.5 zb. na mecz). Jerry Stackhouse i Michael Jordan nie zawiedli, ale zabrakło im wsparcia ze strony kolegów. MJ w swoim ostatnim sezonie w NBA rozegrał 82 mecze, 67 z nich zaczynał w pierwszej piątce notując średnio 20 pkt., 6.1 zb., 3.8 ast. i 1.5 przechwytów na mecz (45% skuteczność z gry i 82% z osobistych). Kilka meczów Wizards nawet wyszło. Wygrali 105:103 z San Antonio Spurs, 107:104 z Indianą Pacers, 100:95 z Boston Celtics i 89:84 z New York Knicks. Mimo wszystko to było za mało. Drugi raz z rzędu „Czarodzieje” zanotowali bilans 37-45 i nie dostali się do playoffs co było policzkiem dla kończącego karierę Jordana.

Niecały rok temu Ray Lewis zszokował cały świat. Przytoczył następujące słowa Michaela Jordana: „Jedynej rzeczy jakiej żałuję to założenie innego trykotu”. Czy rzeczywiście tak było? Nawet jeżeli MJ żałuje swojej przygody z Wizards to nie ma się czego wstydzić. Był najlepszym graczem drużyny Douga Collinsa. Na parkiety NBA wrócił w wieku 38 lat i udowodnił, że nadal potrafił grać na najwyższym poziomie. Miłość do koszykówki zwyciężyła. To nie jego wina, że znakomita większość zawodników Wizards grała słabo. Kwame Brown nie potrafił się przy nim rozwinąć. Poziom trzymali jedynie Rip Hamilton i Jerry Stackhouse. Air nie miał odpowiedniego wsparcia. Jako lider robił co mógł, żeby wprowadzić Wizards do playoffs. Zabrakło naprawdę niewiele. Bez niego „Czarodzieje” okupywaliby niechlubne ostatnie miejsce w Konferencji Wschodniej.

Krytycy wytykali mu dwa słabe sezony w Wizards, zwłaszcza ten ostatni. Być może mają trochę racji. Statystyki na poziomie 20 pkt., 6.1 zb. i 3.8 ast. na mecz dla wielu byłyby rekordowe, ale nie dla Jordana. Dwa razy z rzędu nie dostał się do playoffs i to zostawiło rysę na jego wizerunku w NBA. Tak przynajmniej uważają jego krytycy. Nie był już dominatorem, graczem, który robił kolosalną różnicę. Nie rzucał tak celnie jak w Chicago, nie fruwał nad obręczami jak wcześniej itd. Przykładów było mnóstwo, bo łatwo zapamiętać wszystkie złe momenty z jego przygody z Wizards. Tymczasem ja zapamiętałem go z wielu fenomenalnych występów w koszulce „Czarodziejów”. Wiele z nich przeszło do historii NBA, a to niektóre z nich:

– czterdziestoletni Jordan zdobywa 17 punktów, notuje 8 zbiórek i 6 asyst w ciągu 30 minut w meczu przeciwko Atlanta Hawks 12 kwietnia 2003 roku,

– 21 punktów, 6 przechwytów, 2 bloki, 4 asysty i 9 zbiórek Jordana w ciągu 39 minut w meczu przeciwko Detroit Pistons 1 listopada 2001 roku,

– 40 punktów w 40 minut przeciwko Cavs 24 stycznia 2002 roku (do tego 8 zbiórek, 2 asysty i 2 przechwyty),

– pamiętny mecz przeciwko Phoenix Suns, w którym rzucił 41 punktów i zanotował 7 asyst, 4 zbiórki oraz 2 przechwyty. Mecz zakończył celnym rzutem równo z końcową syreną. Po tym game winnerze komentator krzyczał: „Michael Jordan, the greatest player of all time!”,

– kilka dni przed 40. urodzinami Jordan rzuca 45 punktów drużynie Hornets, do tego dokłada 3 zbiórki, 6 asyst, blok i przechwyt, wszystko w ciągu 44 minut gry,

– 21 lutego 2003 roku bije kolejny rekord w NBA, pierwszy raz w historii 40-letni koszykarz rzuca ponad 40 punktów w meczu (pobity rekord Kareema Abdula-Jabbara, który po 40-stce zanotował mecz, w którym zdobył 27 pkt.). Air zakończył mecz z 43 punktami, 10 zbiórkami, 3 asystami, 4 przechwytami i 1 blokiem na koncie,

– 29 grudnia 2001 roku rozegrał najprawdopodobniej najlepszy mecz w koszulce Wizards, miał wówczas 38 lat i zdobył 51 punktów przeciwko Hornets w ciągu zaledwie 38 minut, tym samym został najstarszym koszykarzem, który rzucił ponad 50 pkt. w jednym meczu (21/38 z gry i 9/10 z osobistych).

Reasumując, w swoich 23 najlepszych meczach jako koszykarz Washington Wizards notował średnio 32.2 pkt., 6.5 zb., 5.7 ast. i 1.6 przechw. na mecz. Czarodzieje wygrali 19 spotkań i tylko 4 przegrali, a skuteczność „Jego Powietrzności” z gry wynosiła 50.5%.

Dokładnie 16 kwietnia 2003 roku Michael Jordan rozegrał swój ostatni mecz w NBA. Otrzymał owacje na stojąco od publiczności zgromadzonej w First Union Center w Filadelfii. Zostawił ligę w dobrych rękach. Świętej pamięci Nelson Mandela powiedział kiedyś, że: „Zawsze wydaje się, że coś jest niemożliwe, dopóki nie zostanie to zrobione”. Tak właśnie było z Michaelem Jordanem. Wrócił do gry na własnych zasadach. Nie miało znaczenia to, że „Czarodzieje” byli podrzędną drużyną. Zwyciężyła pasja i niepohamowana miłość do gry w koszykówkę. Jego Powietrzność nie ma się czego wstydzić. Kilka razy udało mu się oszukać metrykę. Koszykarz w przedziale wiekowym 38-40 lat, rzucający po 40-50 punktów w meczu to ewenement. Jako weteran wciąż miał energię i charyzmę. Washington Wizards było dla niego wyzwaniem, dlatego wrócił. W latach 2001-2003 fani NBA nie mogli oderwać od niego wzroku. Jego koszulka z numerem 23 ponownie stała się bestsellerem w USA, a „Czarodzieje” sprzedawali na swoje mecze wszystkie bilety. Mimo braku playoffs rozegrał dwa ciekawe sezony w Wizards. Ponownie popisał się game winnerem w meczu z Cavs, a swój ostatni występ w All-Star Game zakończył szalonym fadeaway jumperem nad Shawnem Marionem. Warto było zarywać kolejne nocki, żeby go oglądać. Był jedyny w swoim rodzaju i dziękuję mu za to, że wrócił do gry w wieku 38 lat.

Facebook Comments