14 Maj
2018

Podsumowanie sezonu 17/18 – Premier League

26. kampania angielskiej ekstraklasy, to już przeszłość. Za nami 38 kolejek, w których padło mnóstwo rekordów. Byliśmy świadkami kilku wybitnych spotkań, wielu bardzo interesujących, a także – nie oszukujmy się – wielu nużących. Nie zabrakło chwil pięknych oraz tragicznych. Nagłych zwrotów akcji, ale też momentów kompletnej dominacji. Emocje wielokrotnie sięgały zenitu i tak naprawdę jedyne, co nieco zepsuło całą zabawę, to kwestia mistrzostwa, która została rozwikłana na długo przed ostatnią kolejką. Oto zbiór faktów oraz subiektywnych wniosków dotyczących Premier League sezonu 2017/2018. 

10 miesięcy, 380 spotkań, 1041 punktów zdobytych i 1018 strzelonych goli. To tylko suche liczby, czas na konkrety. Kto zachwycił, a kto zawiódł? Kto zrobił wynik ponad stan, a kto nie spełnił oczekiwań? Kto zasłużył na pochwałę, a kto na naganę?

Screenshot 2018-05-14 13-19-32

 

Trzech muszkieterów, którzy sięgnęli dna

Ktoś tabelę zamykać musi, lecz niekoniecznie każdy wierzy w przepowiednie, że „ostatni będą pierwszymi”. W tym roku, to jakże niezaszczytne miejsce przypadło ekipie West Bromwich Albion. Jest to sytuacja szczególnie zaskakująca, jeśli weźmiemy pod uwagę sezon poprzedni. Wtedy to klub z zachodniej Anglii komfortowo zapewnił sobie utrzymanie, a przez chwilę liczył się nawet w grze o europejskie puchary. Kampania 17/18 wyglądała jednak zupełnie inaczej. Zaczęło się niepozornie. 10 punktów w 10 meczach szału nie robiło, ale tragedii także nie było. Zarząd oczekiwał jednak więcej i 20 listopada pożegnano Pulisa, co było, moim zdaniem, ogromnym błędem. Dziś Walijczyk z powodzeniem walczy o awans do ekstrakalsy z Middlesbrough, z którym znalazł się w strefie play-off.

Nowym menedżerem West Bromu stał się Alan Pardew i jako jedyny ze starej gwardii nie wpłynął pozytywnie na swoich podopiecznych. W 18 meczach pod jego wodzą drużyna zdobyła zaledwie 8 punktów wygrywając 1 mecz. Bilans absolutnie nie do zaakceptowania. W zespole działo się źle, miejsce miały liczne konflikty jak choćby ten na linii Pardew-Krychowiak. W pamięci kibiców zapisał się z pewnością także słynny wypad do Barcelony. Doświadczeni piłkarze, w tym kapitan – Evans, uprowadzili taksówkę, za co zapłacili niesłono. Trzeba było chwytać się każdej deski ratunku, toteż odsunięcie ich od składu byłoby strzałem w stopę.

Po zwolnieniu angielskiego szkoleniowca, stery przejął Darren Moore, czyli człowiek z zerowym doświadczeniem menedżerskim. W 4 (!) spotkaniach pod jego wodzą, zespół zdobył tyle samo punktów, co podczas całej kadencji jego poprzednika. Nie wystarczyło to jednak do pozostania w elicie. Na osłodę Anglik może zapisać sobie w CV tytuł menedżera miesiąca, który otrzymał za osiągnięcia w kwietniu. Drużyna podczas jego niedługiej kadencji zdołała pokonać Manchester United i Tottenham, a także zremisować z Liverpoolem. Sądzę, iż po tak dobrym okresie powinien on dostać szansę odbudowy West Bromu w Championship.  Nie mogą oni pójść śladami Sunderlandu, który rok temu także był ostatni, a w tym zaliczył kolejny spadek i zagra w League One.

Stoke City, to kolejny spadkowicz, którego osobiście nie wytypowałbym przed sezonem do takiego miana. Klub od kilku lat był solidnym średniakiem, budowanym rozsądnie i z menedżerem, który miał długofalową wizję. Mark Hughes miał nawet coś więcej. Miał autorytet. Autorytet, który chronił go do 6 stycznia. Właśnie wtedy Stoke znalazło się w strefie spadkowej. Po raz kolejny uważam, iż była to zbyt pochopna decyzja. Walijczyk pracował w klubie 4,5 roku, więc doskonale znał kadrę oraz możliwości. Nie da się ukryć, że jego podopieczni nie radzili sobie najlepiej, lecz nie zmienił tego Paul Lambert.

A przecież było na czym budować. Solidny bramkarz, utalentowani obrońcy i mający momenty błysku pomocnicy. Do tego doświadczeni snajperzy. Coś jednak nie zagrało. Być może atmosfera, być może zwyczajne wypalenie kluczowych jednostek (w tym Hughesa). Fakty są takie, że po 10 kampaniach w ekstraklasie, Stoke wraca do pierwszej ligi, z której niełatwo będzie awansować do Premier League.

Trzecią i ostatnią drużyną, która opuszcza angielską ekstraklasę jest Swansea. Nie mogę w tym przypadku napisać, że jestem zaskoczony. Walijski klub od kilku sezonów balansował na cienkiej linie, która przeobraziła się w nitkę. Nie udało się po raz kolejny złapać równowagi w ostatnim momencie i nastąpiła tragedia. Chciałbym napisać, że jest mi przykro, że szkoda ich spadku, gdyż to ekipa z charakterem i przyjemnym dla oka stylem gry. Nie byłaby to jednak prawda. Swansea to ekipa bezbarwna i bez jakości potrzebnej do gry w Premier League.

Latem odeszli Llorente i Sigurdsson, którzy w poprzedniej kampanii byli liderami i gwiazdami zespołu. Obecnie najpewniejszym punktem stał się Łukasz Fabiański, który bez wsparcia reszty kolegów niewiele mógł zdziałać. I tak był jednym z najlepszych bramkarzy ligi i został wybrany Graczem Sezonu w klubie. Teraz chyba czas pożegnać się ze Swansea i poszukać miejsca adekwatnego do prezentowanych umiejętności oraz ambicji.

Pozostaje jednak pytanie, co z menedżerem? Carlos Carvalhal miał dobre wejście do Premier League i błyszczał na konferencjach prasowych. Jego metafory zrobiły furorę i podbiły internet. Portugalczyk jednak nie utrzymał klubu w elicie i takie są fakty. Czy dostanie szansę na poprawę? Czy może sięgnie po niego inny pracodawca? O tym przekonamy się niebawem, jednak pojawiły się już pierwsze głosy, twierdzące że Carvalhal pożegna się z ekipą Łabędzi.

Warto zaznaczyć, iż w ekstraklasie utrzymali się wszyscy trzej beniaminkowie, o których już za moment. Przyznam szczerze, iż nie sądziłem, że uda się to kompletowi „nowicjuszy”. Jest to dopiero trzecia taka sytuacja w historii Premier League.

Najlepsi z najgorszych

To oni uciekli spod topora i uniknęli relegacji. Nie oznacza, to jednak, że należą im się brawa i pochwały. Doskonale o tym wiedzą i muszą wyciągnąć wnioski z zakończonego sezonu, by w kolejnym nie męczyć i siebie i kibiców.

Małym wyjątkiem jest Huddersfield, czyli absolutny debiutant w Premier League. W swojej 110-letniej historii po raz pierwszy zagrali w elicie i udało im się w niej pozostać. Duże ukłony przed Davidem Wagnerem, który nie miał w swojej drużynie gwiazd, lecz umiejętnie zarządzał kolektywem. Zawodnicy związali się ze sobą i dzięki wspólnej chęci oraz determinacji osiągnęli niebagatelny, jak na ich możliwości, sukces. Teraz czas na wzmocnienia i szlifowanie formy. Wypadałoby szczególnie popracować nad skutecznością, gdyż aż 21 razy w tym sezonie nie udało się trafić do bramki rywala. Nie mam jednak wątpliwości, że fani oraz zarząd są dumni ze swoich bohaterów.

Southampton, to moim zdaniem, największy zawód tego sezonu. Klub, który był uosobieniem pracy z młodzieżą i robienia wyników ponad stan, niemalże upadł i rozczarował swoich zwolenników. Heroicznie wydźwignął się ze strefy spadkowej, a miał przecież rywalizować o prawo do gry w europejskich pucharach. Dużym niewypałem okazało się zatrudnienie Mauricio Pellegrino, który nie był w stanie sprostać oczekiwaniom. Wybawicielem okazał się Mark Hughes, którego pozbyto się ze Stoke. Wyciągnął resztki sił i maksimum umiejętności z kadry, którą zastał. A nie ukrywajmy, nie ocieka ona jakością.

I to właśnie przebudowa drużyny będzie największym wyzwaniem i głównym celem w najbliższych miesiącach. Wzmocnień potrzeba przede wszystkim w ataku, który jest co najmniej mizerny. Gabbiadini, Long, Austin. To nazwiska, które na papierze powinny zapewniać sporo goli i tworzyć przyzwoitą siłę ofensywną. Nic z tych rzeczy. Łącznie zdobyli w tym sezonie 14 bramek.

Polscy kibice mogą cieszyć się, że Jan Bednarek otrzymał szansę i nie zmarnował jej. Solidnie prezentował się w obronie Świętych, a do tego ustrzelił gola w debiucie. Prawdopodobnie pojedzie do Rosji z kadrą Adama Nawałki, gdzie zdobędzie cenne doświadczenie. Czy zapewni Southampton kolejny wielki zarobek i odejdzie kiedyś do klubu z czołówki?

Bezpieczni zawczasu

Kilka drużyn nie wspięło się przesadnie wysoko w tabeli, lecz nie drżeli też ze strachu przed spadkiem. Raczej spokojnie przeszli przez sezon i nie musieli walczyć o utrzymanie do ostatnich kolejek. Mają na czym budować fundamenty pod ewentualną walkę o coś więcej niż bezpieczny byt w elicie. Cel minimum został jednak spełniony i to wydaje się najważniejsze.

W West Hamie działo się różnie. Początek sezonu był raczej kiepski, a właściciele stracili cierpliwość do Slavena Bilicia. Chorwat nie potrafił zmotywować swoich podopiecznych, mimo że miał do dyspozycji przyzwoitą kadrę. 9 punktów w 11 meczach, to zdecydowanie za mało, by utrzymać posadę. Dość ryzykowną decyzją było zatrudnienie Moyes’a, który nie jest już symbolem sumiennej i solidnej pracy. W wielu kręgach stał się pośmiewiskiem, a na dodatek w kampanii 2016/17 spadł z Sunderlandem do Championship. Ruch okazał się jednak słuszny.

Szkot nie miał łatwego startu, gdyż mierzył się z zespołami z czołówki. Przetrwał jednak ten okres i udowodnił niedowiarkom, iż nie zapomniał jak radzić sobie z presją. Wiadomo, zdarzały się momenty lepsze i gorsze. Na koniec liczy się jednak efekt, a jest nim komfortowe utrzymanie, bez walki do ostatnich minut sezonu. Moim zdaniem, kluczowe było zaufanie i dodanie wiary takim graczom jak Arnautovic, Masuaku czy Joao Mario. Nie mniej ważne było postawienie w bramce na Adriana kosztem Harta.

Młoty mają nadzieje na lepszą przyszłość i nie są to plany nierealne. Zespół łączy doświadczenie z przebojowością młodzieży. Ma też lidera w postaci wyżej wymienionego Austriaka oraz ludzi, którzy znają smak sukcesu jak choćby Zabaleta, Evra lub Chicharito. Do tego kapitan z krwi i kości, czyli Mark Noble i można myśleć o obiecujących perspektywach.

Beniaminek z Brighton okazał się bardzo interesującą ekipą. Potrafili grać efektownie, ale przede wszystkim efektywnie. W zespole było kilku liderów, na czele z Pascalem Grossem i Glennem Murray’em, którzy strzelili wspólnie 19 goli. Po raz kolejny przekonaliśmy się o przepaści dzielącej Championship i Premier League, jeśli chodzi o poziom gry. Chodzi oczywiście o przypadek Knockaerta, który na zapleczu błyszczał, a w ekstraklasie przeplatał występy udane z tymi słabszymi. Koniec końców, Mewy zapewniły sobie utrzymanie 3 kolejki przed zamknięciem sezonu, a wygrana z Manchesterem United smakowała podwójnie. Nie ukrywam, że byli moim ulubionym nowicjuszem na salonach i bardzo cieszę się z ich sukcesu.

Czy odniósł go również Watford? I tak, i nie. Patrząc na początek rozgrywek możliwości były zdecydowanie większe. Pod wodzą Marco Silvy Szerszenie prezentowały się znakomicie, co przekładało się i na styl gry, i na wyniki. Potem nadszedł jednak kryzys i konflikt menedżera z władzami. Portugalczyk został zwolniony, a drużyna straciła pazur. Nie zachwycał już Richarlison, a Doucoure zatracił skuteczność. Druga część sezonu, to raczej spokojne granie „o nic” i testowanie schematów. Jeśli mam być szczery, to nie wierzę, iż Watford może włączyć się w rywalizację o europejskie puchary. Właściciele chyba sami nie wiedzą, czego chcą i zmieniają szkoleniowców jak skarpetki. Zawodnicy z potencjałem prędzej odejdą do lepszego klubu, niż osiągną cokolwiek na Vicarage Road.

Od zawsze wiadomo jednak, o co chodzi w Bournemouth. To, moim zdaniem, jedno z najmądrzej kierowanych przedsiębiorstw w Premier League. Zarząd bezgranicznie ufa menedżerowi, który już nie raz wyprowadził zespół z kryzysu i wykonuje niezwykle solidną i rzetelną pracę. Nie ogranicza się przy tym do najprostszych rozwiązań i preferuje ofensywny styl gry. Ma swoje zasady, które wpaja zawodnikom. Ci zdają sobie sprawę z tego, iż Anglik wie co robi. Pośród Wisienek próżno szukać gwiazd światowego formatu. Drużyna składa się z doświadczonych wyjadaczy, takich jak Defoe czy Begovic, a także młodych-gniewnych, jak Ake, Ibe lub Cook. Całość tworzy spójny kolektyw, który zna swoje możliwości i granice. Do czołówki im daleko, lecz widmo spadku również w oczy nie zagląda.

Co ciekawe, Bournemouth wywalczyło najwięcej punktów z pozycji przegrywającego w całej Premier League. Wiedzą, co to znaczy gra pod presją…

Niesamowitą przemianę przeszło Crystal Palace. Londyńczycy koszmarnie rozpoczęli sezon i po siedmiu kolejkach mieli na koncie okrągłe 0 punktów! Eksperyment z Frankiem de Boerem szybko spalił na panewce (został zwolniony już po 4 meczach), a nowym szkoleniowcem stał się doświadczony Roy Hodgson. Mimo, że nie od razu wszystko zaczęło się układać, to czas pokazał, iż Anglik zna się na swoim fachu. Nie kombinował z ustawieniem, nie próbował przeciętnych zawodników nauczyć gry wzorowanej na tiki-tace ani innych fanaberii. Znał swoje zadanie i jednostki, które miały mu w tym pomóc. Skupił się na ćwiczeniu schematów i opierał się na indywidualnych umiejętnościach poszczególnych graczy. Doskonale na tym wyszedł, gdyż nie zawiedli go ci, na których stawiał.

Błyszczał Zaha, dowodził Milivojevic, czyścili Sakho i Tomkins, a van Aanholt penetrował lewą flankę. Dobrze odnaleźli się w nowym systemie i potrafili wdrożyć w życie założenia menedżera. Niby takie proste, a w rzeczywistości najbardziej skomplikowane. Czy Hodgosn zostanie na przyszły sezon? Czy Zaha powędruje do lepszego klubu? Czy Crystal Palace się wzmocni? To kluczowe pytania, które mogą zdefiniować przyszłość Orłów.

 

Pozycja szkoleniowca drużyny była kluczowa również w Newcastle. Wydawało się, iż Rafa Benitez nie wytrzyma zbyt długo z właścicielem Srok, którym jest Mike Ashley, a jednak Hiszpan nie zrezygnował i należą mu się brawa za wykonaną pracę. Latem nie otrzymał żadnych piłkarzy, którzy wzmocniliby kadrę. Narzekał na stosunki z zarządem i groził odejściem. Do tego jednak nie doszło. Menedżer wycisnął z drużyny, co się da, a zimą na wypożyczenie przyszli Dubravka oraz Kenedy, którzy od razu zawitali do pierwszej jedenastki. Uspokoił się Shelvey, a w ataku starali się Perez z Gaylem, lecz Anglik nie przełożył liczb z zaplecza na dyspozycję w ekstraklasie.

Wyśmienicie spisywała się defensywa, która straciła tylko 47 goli. Z przodu było już gorzej, gdyż zabrakło snajpera z krwi i kości. Lekiem na całe zło mógłby okazać się Mitrovic, który nieźle radził sobie w Championship. Hiszpański menedżer nie ma chyba jednak na niego pomysłu.

Newcastle poradziło sobie najlepiej spośród beniaminków, lecz tego od nich oczekiwano. Powrócili po zaledwie roku przerwy i na papierze mieli najsilniejszy skład. Największą gwiazdą okazał się jednak Benitez, bez którego trudno byłoby myśleć o podobnym rezultacie. Ashley musi wreszcie sięgnąć do kieszeni w najbliższym okienku transferowym. Postawię nawet tezę, że jeśli do klubu przyjdą wartościowi piłkarze, Sroki powalczą o miejsce w Lidze Europy.

Strefa środkowa, czyli solidni średniacy i niespodzianka sezonu

Podział na sekcje jest raczej umowny, więc proszę nie traktować go przesadnie restrykcyjnie. Trudno jest bowiem jednoznacznie wyznaczyć granicę. Każdy klub ma inne możliwości i ich ocena nie może być jednowymiarowa. Dla jednych miejsce w środku tabeli to sukces, dla innych to porażka. Niektórzy walczyli o to, by się tu znaleźć, a inni po prostu się zagubili.

Sporo błądziło Leicester, a miłość między zawodnikami i menedżerem szybko wygasła. Craig Shakespeare miał podobno bardzo dobre relacje z piłkarzami i zażegnał kryzys po Ranierim. W pierwszych tygodniach sezonu 2017/18 sam musiał zmierzyć się z problemami. Punkty nie chciały wpadać na konto Lisów, więc zdecydowano się na zmianę. Niechciany w Southampton Puel nieźle odnalazł się na King Power Stadium i wyprowadził drużynę na prostą. Czy kampanię można zaliczyć do udanych? W moim mniemaniu absolutnie nie.

Leicester dysponuje mocną kadrą, w której znajduje się mnóstwo ciekawych i utalentowanych graczy. Ma pewnego bramkarza, solidnych obrońców, dobrze zbalansowaną pomoc i wybornego egzekutora. Vardy i Mahrez pokazali, że nadal potrafią współpracować, tym bardziej mając spokój z tyłu, który zapewnia między innymi Ndidi. Czemu więc nie wywalczyli lokaty gwarantującej grę w Lidze Europy? Po pierwsze przez słaby start, a po drugie przez zawirowania wokół pozycji szkoleniowca. Już dziś wiadomo, że Puel prawdopodobnie odejdzie i zarząd poszuka kolejnego chętnego. Mistrzom Anglii sprzed dwóch lat wyraźnie brak stabilizacji i determinacji.

Także Everton nie może być w pełni ukontentowany ze swojej ostatecznej pozycji. Wydawało się, iż ten sezon będzie przełomowy. Był menedżer z pomysłem i ideą, nowi zawodnicy i możliwość zdobywania doświadczenia w Lidze Europy. Wszystko było, ale się skończyło. Gra w europejskich pucharach okazała się słynnym „pocałunkiem śmierci”. Nie udało się połączyć rywalizacji na kilku frontach i ostatecznie nigdzie nie odnoszono zwycięstw. Rozgrywki na Starym kontynencie spisano na straty i postanowiono ratować sezon ligowy. Nie obyło się bez zmiany menedżera. Koemana zastąpił Allardyce.

Ten nie bawił się już w próby pięknej gry, tylko skupił się na punktowaniu. Może nie przeprowadził rewolucji, lecz swój cel osiągnął. Wyciągnął drużynę z kryzysu i marazmu, a następnie wprowadził ją do górnej połówki tabeli. Na niewiele więcej było go stać, bo mimo sporych wydatków większość nowych zawodników nie przystosowała się do nowych realiów. Najsłabiej było na pozycji napastnika. Odejście Lukaku, a raczej nieumiejętne zastąpienie go okazało się kluczowe. Evertonowi brakowało pazura i kilera z prawdziwego zdarzenia. Starał się Rooney, który jednak częściej grał w środku pola. Dopiero w końcówce sezonu obudził się Tosun, lecz nie jest on snajperem najwyższej klasy.

Allardyce prawdopodobnie odejdzie, a zarząd poszuka nowego menedżera. Już wcześniej bardo głośno było o Marco Silvie, którego chciano nawet wykupić z Watfordu. Czy jest on odpowiednim kandydatem? Z pewnością ma potencjał i nieźle radzi sobie na Wyspach. Bardzo ważnym zadaniem będzie „przegląd wojska”. Wypadałoby oczyścić szatnię z niewypałów, a zarobione pieniądze przeznaczyć na naprawdę pożytecznych zawodników.

Teraz czas na czarnego konia zakończonych rozgrywek. Ekipę, która miała drżeć o utrzymanie i męczyć się do ostatniej kolejki. Tymczasem zajęła 7. miejsce i zagwarantowała sobie udział w kolejnej edycji Ligi Europy. Chodzi oczywiście o Burnley, czyli uosobienie pragmatyzmu i pracy u podstaw. Za sterami całego projektu stoi Sean Dyche, który przeżył z drużyną dwa awanse i spadek. Po raz kolejny podkreślam rolę zaufania i współpracy zarządu z menedżerem, opartej na rozmowie i wspólnym celu. Nie oczekuje się tam gry pięknej i akcji składających się z tysiąca podań. Liczy się wynik. W minionym sezonie upodobano sobie szczególnie rezultat 1:0.

Bo tacy właśnie są The Clarets – mało strzelają i mało tracą. Przede wszystkim jednak są cierpliwi i umieją bronić. Najważniejsze, to nie dopuścić, by przeciwnik do zdobył bramkę, a z przodu może coś wpadnie. Zazwyczaj wpadało. Dyche preferuje staroangielski styl gry, oparty na silnych i wytrzymałych zawodnikach. Długa piłka i celne dośrodkowania, to podstawa, a zabójcze kontry często okazywały się najgroźniejszą bronią Burnley.

Jest to kolejna drużyna bez wyraźnej gwiazdy, która decyduje o losach spotkań. Liczy się zgranie jednostek i kolektyw. W bramce niespodziewanie błyszczał Pope, który wykorzystał kontuzję Toma Heatona i po cichu liczy na wyjazd do Rosji. Obrona składa się z doświadczonych i pewnych graczy jak Lowton, Mee czy Ward. W środku pola może nie ma zbyt wielu kreatorów, a dodatkowo urazu doznał Brady, który potrafił popisać się niekonwencjonalnym zagraniem. W ataku rządzą natomiast Barnes i Wood, którzy doskonale się uzupełniają i skutecznie wykańczają akcje zespołu.

Jeszcze raz chylę czoła przed pracą Dyche’a i z niecierpliwością czekam na kolejną kampanię w ich wykonaniu. Jak poradzą sobie z grą w kilku rozgrywkach? Na pewno powinni wyciągnąć wnioski z błędów Evertonu, a latem wzmocnić się kilkoma solidnymi graczami. Nie będzie łatwo powtórzyć wynik z zakończonego sezonu, a o kolejny krok w przód jeszcze trudniej. Burnley udowodniło jednak, iż niemożliwe nie istnieje i nie wolno ich nigdy skreślać.

Król i pięciu dworzan

Manchester City był w tym sezonie bezkonkurencyjny. Dość wcześnie rozsiadł się na tronie, czyli na fotelu lidera, i z góry patrzył na resztę stawki. W całej lidze miał jedynie dwóch niesfornych poddanych, którymi okazali się Liverpool oraz Manchester United. Tylko oni pokonali nowych mistrzów w starciach angielskiej ekstraklasy. Określenie TOP 6 staje się coraz bardziej umowne, gdyż różnica między pierwszym, a szóstym miejscem wynosi aż 37 punktów! Jak więc radziły sobie największe marki w Anglii?

Arsenal odnotował najgorszy sezon pod wodzą Wengera. Czołówka odjechała Kanonierom bardzo szybko i chyba nawet nie marzyli o mistrzostwie. Długo wahali się, na które rozgrywki postawić, a menedżer konsekwentnie rotował składem. Kiedy okazało się, że na pierwszą czwórkę nie ma szans, priorytetem stała się Liga Europy. Tam lepsze okazało się jednak Atletico Madryt.

Drużyna z The Emirates potrafiła zachwycić swoją grą, lecz wyniki są jakie są. Jeśli w całym 2018 roku odnosisz jedno zwycięstwo na wyjeździe, to nie masz prawa myśleć o sukcesach. Na dodatek bliżej im do strefy spadkowej, niż do miejsca pierwszego.

Szwankowała szczególnie obrona, której nie pomagał Petr Cech. Zdaje się, iż najlepsze lata kariery ma on już za sobą i nie jest w stanie grać na najwyższym poziomie. Sporo błędów popełnił Mustafi, ale za to solidny sezon rozegrał Monreal. Mimo wielu wariantów w środku pola, nie można dziś napisać, że Arsenal dominuje w tej strefie boiska. Najbardziej brakuje powtarzalności, co widać po Ozilu lub Mkhitaryanie. Postacią numer jeden był bez wątpienia Ramsey. Jeśli chodzi o atak, to można wyróżnić dwa okresy: przed i po przyjściu Aubameyanga. Wcześniej Lacazette dobrze zaczął, lecz nie gwarantował regularnych goli. Potrafi to Gabończyk, który fenomenalnie odnalazł się w Premier League. W 13 występach zdobył 10 bramek.

Przed Londyńczykami ważny okres, być może najważniejszy w najnowszej historii. Po 22 latach z klubem żegna się Arsene Wenger, a jego następca stanie przed misją odbudowy potęgi Kanonierów. Nie wiadomo jeszcze kto okaże się „szczęśliwcem”, lecz nie uniknie on ogromnej presji. Na odrodzenie z pewnością potrzeba czasu, a wszystko musi odbywać się etapowo. Najpierw należy przebudować kadrę, gdyż na kilku pozycjach brakuje klasowych zawodników. Następnym krokiem powinien być powrót do Ligi Mistrzów, a dopiero potem poważna walka o tytuł najlepszej drużyny w Anglii. Z jednej strony fani Arsenalu cieszą się z nowego etapu, a z drugiej odczuwają poważne obawy. Nic dziwnego, widzieli przecież co stało się z Manchesterem United po odejściu Fergusona.

W Champions League zabraknie również Chelsea, która uplasowała się na 5. miejscu. Kolejny mistrz nie zdołał obronić tytułu, ani nawet dłużej o niego powalczyć. Diametralnie zmieniła się atmosfera w klubie i wokół niego. Niemalże na każdej konferencji prasowej Conte wyrażał swoje niezadowolenie i mierzył się z pytaniami o swoje odejście. Wytrwał jednak cały sezon, który trzeba chyba spisać na straty.

Co prawda pozostaje jeszcze mecz finałowy, którego stawką jest Puchar Anglii, ale czy może to coś zmienić? Moim zdaniem nie. Celem minimum była pierwsza czwórka, a do tej nieco zabrakło. W zespole doszło do kluczowych przemian. Menedżer korzystał z bogatego wachlarza obrońców, a w pomocy stawiał na sprawdzone rozwiązania. Największą różnicę zrobiło odejście Diego Costy, którego miał zastąpić Morata. Nie udało się to jednak w pełni, a 11 goli młodszego z Hiszpanów, to wynik poniżej oczekiwań. Już dziś pisze się o jego odejściu do Juventusu, który chciałby ponownie zakontraktować napastnika rodem z Madrytu. Czy w takim wypadku Batshuayi dostanie wreszcie szansę na pokazanie swoich umiejętności? Bardzo chciałbym, aby przełożył swoje bundesligowe wyczyny na angielskie boiska.

Włoski menedżer prawdopodobnie pożegna się z posadą i przyjdzie czas na nowe. Czy lepsze? Czas pokaże…

Czas przejść do ścisłej czołówki. Otwiera ją Liverpool, czyli finalista Ligi Mistrzów. Ekipa Kloppa, to drugi najbardziej bramkostrzelny zespół w Premier League. Nikogo to jednak nie dziwi, kiedy w ofensywie szaleje tercet: Mane, Firmino i Salah. Nie będę się rozpisywał na temat Egipcjanina, gdyż powstało o nim już mnóstwo tekstów. Nie ulega jednak wątpliwości, iż stał się on liderem The Reds i jedną z najjaśniejszych gwiazd futbolu. Teraz musi udowodnić, że nie był to przypadkowy sezon.

Jednak to nie strzelanie goli było kluczowe. Dużo ważniejsze było poukładanie obrony, która nie była najpewniejszym punktem drużyny z Anfield. Pomógł w tym zimowy transfer van Dijka, który wprowadził spokój w defensywie. Efektem tego jest stracenie jedynie 38 bramek (czwarty najlepszy wynik w lidze) i możliwość odważnych poczynań w ataku. Niebywała intensywność, skuteczność oraz nieustanny pressing, to główne atuty Liverpoolu. Cichym bohaterem, bez którego trudno byłoby marzyć o tak udanej kampanii, jest James Milner. Synonim serca i płuc drużyny.

The Reds wciąż są bardzo nieprzewidywalni, lecz udało im się zyskać regularność. Częściej niż o wygraną, pada w ich przypadku pytanie o ilość goli, które ustrzelą. Ich spotkania są przede wszystkim doskonałą rozrywką dla kibiców i to nie tylko tych, którzy sympatyzują z Salahem i spółką. Każdy fan futbolu docenia dobre widowisko, a Liverpool potrafi je zapewnić. Już dziś mówi się, iż to oni spróbują odebrać tytuł Manchesterowi City. Najpierw jednak powalczą o przełamanie hegemonii Realu Madryt w Europie.

Na trzeciej pozycji uplasował się Tottenham i trzeba uczciwie przyznać, że jest to dobry rezultat. Biorąc pod uwagę fakt, że Koguty grały poza własnym stadionem, a latem nie dokonały przełomowych wzmocnień, ich sezon można ocenić pozytywnie. Owszem, po raz kolejny zabrakło trofeów. Udało się jednak ujarzmić Wembley i przyzwoicie zaprezentować się na arenie międzynarodowej. Wszystko to sprawia, że należy pochwalić Pochettino i jego podopiecznych za solidnie wykonaną pracę.

Nie wolno zapominać, że kadra składa się z graczy, którzy swój najlepszy okres w karierze mają teoretycznie przed sobą. Kane, Alli, Eriksen czy Son już dziś są na bardzo wysokim poziomie, a ciągle się rozwijają. Nie jestem prorokiem i nie przepowiem, czy sięgną szczytu, ani tym bardziej, czy zrobią to w barwach Tottenhamu. Nie będzie łatwo zatrzymać ich w klubie, lecz to już robota zarządu. Fakty są takie, że Spurs to zespół stabilny i brakuje dosłownie kilku elementów, aby osiągnąć sukces.

Zdaje się, że fani rozumieją sytuację klubu i nie mogą się doczekać pierwszego meczu na nowym White Hart Lane. Czy stanie się on twierdzą?

Najlepszy ligowy sezon od czasu odejścia sir Alexa Fergusona. Wyraźna poprawa skuteczności gry. Pierwsze podium od 2013 roku. Drużyna pełna gwiazd i zawodników z ogromnymi umiejętnościami, o których mówi cały piłkarski świat. To wszystko wystarczyło ledwie na wicemistrzostwo Anglii, które paradoksalnie jest i sukcesem, i niedosytem jeśli chodzi o Manchester United.

Sukcesem z uwagi na wcześniej wymienione fakty. Niedosytem z uwagi na ambicje i cele, które stawiano sobie przed sezonem. Nic poza tytułem nie mogło zadowolić ludzi związanych z United. Liczyło się tylko pierwsze miejsce, lecz zajął je rywal zza miedzy. Czerwone Diabły odzyskały blask i pewność siebie, lecz na koronę muszą jeszcze poczekać, a w zasadzie o nią powalczyć. Zgadzały się punkty, lecz nie zgadzał się styl gry. Pragmatyzm i minimalizm proponowany przez Mourinho doprowadzał fanów do szału, lecz na koniec liczy się przecież wynik.

Warto zauważyć, iż ekipa z Old Trafford znacznie poprawiła swoje rezultaty w starciach z czołową szóstką. Zdobyli 19 na 30 możliwych oczek, a w sezonie 16/17 tylko 10. Daje to nadzieję, że w przyszłej kampanii znowu powalczą o tytuł. Aby poprawić tegoroczną pozycję kluczowa będzie forma liderów, czyli Lukaku, Pogby czy Alexisa.

O nowym mistrzu Anglii, czyli Manchesterze City, pisałem w osobnym tekście, do którego serdecznie zapraszam. Jeszcze raz gratuluję ekipie Guardioli i z niecierpliwością czekam na ich kolejne poczynania. Ta drużyna, to potwór zjadający swoich rywali. Ugiął się jedynie dwa razy, przy okazji starcia z Liverpoolem oraz z Manchesterem United. Nie są więc niepokonani, lecz rekordy, które wyśrubowali w drodze po tytuł mówią o ich klasie i determinacji. Nawet po oficjalnym przypieczętowaniu mistrzostwa nie stracili głodu zwyciężania i do ostatniej kolejki grali na 100% swoich umiejętności. To cechuje prawdziwych i w pełni profesjonalnych sportowców.

A tu jeszcze raz rekordy, które udało im się ustanowić:

32365366_1078791902261443_6028650799448457216_n.jpg

Źródło: Sky Sports

I to by było na tyle, jeśli chodzi o miniony sezon. Nie był chyba najgorszy pod względem jakości, czyż nie? Pozostaje czekać na kolejny, a ten rozpocznie się już 11 sierpnia. Teraz czas na emocje związane z mundialem oraz ruchy na rynku transferowym.

 

Grafiki:

Goal.com

Sky Sports

The Telegraph

BBC

 

Zapraszam na facebook’a, gdzie również dzielę się swoimi przemyśleniami na temat świata futbolu: https://www.facebook.com/Życie-na-okrągło-204630866792371/

Komentarze
Udostępnij: