Mistrzowie Polski

Z pasją opowiadamy o futbolu

NBA

Początek nowej ery LA Lakers

Draft z 1979 roku zmienił historię NBA na zawsze i nie mam tu na myśli nazwisk takich jak Bill Cartwright, Vinnie Johnson czy Jim Paxon. Wówczas z numerem jeden do Los Angeles Lakers trafił Earvin „Magic” Johnson. Ten znakomity rozgrywający z uczelni Michigan State szturmem podbił NBA. Był niczym gwiazda Hollywood, miał filmowy uśmiech, typowy, amerykański luz i charyzmę. Otaczała go też niezwykła aura, a wszystko co robił wydawało się doskonałe. Magic i Kareem Abdul-Jabbar stworzyli tandem, który odbudował potęgę Lakers w najlepszej koszykarskiej lidze świata, a ich era została zapamiętana jako „Showtime”. Po dynastii „Showtime” nastały chude lata dla „Jeziorowców”. Coraz częściej kontuzjowani byli James Worthy, Sam Perkins i Bryon Scott. W sezonie 1993/1994 Lakers po raz pierwszy od 17 lat nie dostali się do playoffs. Później drużynę na prostą wyprowadził Del Harris. Od 1996 roku zaczęła się era duetu Kobe Bryant-Shaquille O’Neal. Najbardziej dominujący center przełomu XX i XXI wieku oraz wybitny strzelec jakim był Kobe dali „Jeziorowcom” trzy mistrzowskie tytuły w latach 2000-2002. Gablotę klubową LA Lakers mogło uzupełnić jeszcze jedno trofeum im. Larry’ego O’Briena, ale Panowie dłużej ze sobą nie chcieli współpracować. Shaq odszedł do Miami, a Kobe napisał własną historię w żółtej koszulce Lakers. Era „Black Mamby” zakończyła się w 2016 roku. Drugi najbardziej utytułowany klub w historii NBA ma za sobą koszmarny sezon. Jednak ten nadchodzący zapowiada się niezwykle elektryzująco. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta i nazywa się LeBron James. Król James nie dostał odpowiedniego wsparcia w Cavs w poprzednim sezonie. Wypalił się i po wieloletniej dominacji w Konferencji Wschodniej postanowił zaryzykować i sprawdzić się na Zachodzie. Wybór padł na Los Angeles Lakers. Dodatkowo włodarze „Jeziorowców” zatrudnili wolnych agentów takich jak: JaVale McGee, Michael Beasley, Lance Stephenson i Rajon Rondo. Czy drużyna budowana wokół jednego z najbardziej wszechstronnych koszykarzy w historii zdoła odnieść sukces w nadchodzącym sezonie? Czy do hali Staples Center ponownie wróci „Showtime”? Postaram się Wam odpowiedzieć na te pytania.

Kibice Lakers z nostalgią wracają do ery „Showtime”. Wówczas napędzani pozytywną energią Lakers stworzyli niezwykle widowiskowy styl gry. Znakomitym wykonawcą run-and-gun był Magic Johnson. Jego szybkość i celne podania wykorzystywali przede wszystkim Kareem Abdul-Jabbar, James Worthy, Michael Cooper i Byron Scott. Rozgrywający Lakers potrafił dosłownie wszystko. Doskonale panował nad piłką, był showmanem i popisywał się zagraniami typu „no-look pass”. Earvin był niczym maestro panujący nad orkiestrą. Wyprowadzał zabójcze kontry, narzucał przeciwnikom mordercze tempo gry i przede wszystkim był nieprzewidywalny. Połączenie jego dynamiki i koszykarskiej inteligencji z umiejętnościami strzeleckimi Kareema dały „Jeziorowcom” pięć mistrzostw NBA (1980, 1982, 1985, 1987 i 1988). Po erze „Showtime” Lakers przechodzili kryzys. Odrodzili się w sezonie 1999/2000 dzięki dwójce O’Neal-Bryant i trenerowi Philowi Jacksonowi. Hegemonię Lakers zakończyli w 2003 roku San Antonio Spurs, a gwoździem do trumny ery O’Neal-Bryant była porażka z Detroit Pistons w finałach w 2004 roku. Po niej Shaq odszedł do Miami Heat, a Bryant postanowił, że wróci na szczyt na własnych zasadach. Ta sztuka udała mu się dwukrotnie w 2009 i 2010 roku. Dziś z wielkich Lakers pozostała już tylko nazwa. Ostatnie dwa sezony w wykonaniu „Jeziorowców’ były fatalne: 2016/2017 – 14. miejsce w Konferencji Zachodniej (26-56, .317) i 11. miejsce w rozgrywkach 2017/2018 (35-47, .427). Na szczęście dla kibiców Lakers sytuacja drużyny zmieniła się trzy miesiące temu, a wszystko dzięki Królowi. Przejście LeBrona Jamesa z Cavs do Lakers było jednym z najciekawszych transferów w sporcie w 2018 roku. Jedynie transfer Cristiano Ronaldo z Realu do Juventusu może się równać z dołączeniem Jamesa do Lakers. LeBrona w Mieście Aniołów powitali celebryci, gwiazdy Hollywood, koszykarze i numer jeden Major League Soccer, czyli Zlatan Ibrahimović. Popularny Ibra przywitał Jamesa następującymi słowami: „Teraz to miasto ma Boga i Króla” (śmiech).

Włodarze Lakers zafundowali swoim kibicom prawdziwą bombę i teraz będą musieli się zmierzyć z presją ze strony fanów, bowiem publiczność w hali Staples Center czeka na mistrzostwo NBA od 8 lat. Nazwisko LeBron James jest gwarancją finałów, ale nie synonimem słowa sukces. Słynny Król zdominował Konferencję Wschodnią w ostatnich latach, ale jako lider Cleveland Cavaliers tylko raz wywalczył mistrzowski pierścień. Pierwsze dwa mistrzostwa z Miami Heat (2012, 2013) pomogli mu zdobyć Dwyane Wade i Chris Bosh (era Big Three). Ostatnie dwa lata były dla Jamesa bardzo udane jeśli chodzi o indywidualne statystyki. Król dwoił się i troił zarówno w regular season jak i w finałach. Problem w tym, że nie miał odpowiedniego wsparcia w Cavs po odejściu Kyriego Irvinga. Sfrustrowany lider Cavs postanowił zmienić Wschód na Zachód i spróbować swoich sił w LA Lakers. Czy pod jego wodzą „Jeziorowcy” mają szansę na sukces w nadchodzącym sezonie? Ciężko powiedzieć. Zależy jak rozumiemy słowo sukces przez pryzmat klubu z Miasta Aniołów. Drużyna Luke’a Waltona w poprzednim sezonie celowała w awans do playoffs, ale się nie udało. Teraz sam powrót do playoffs to za mało. Wiadomo, że LeBron chce walczyć o najwyższe cele. Król ściga ducha z Chicago i jeśli chce go dogonić lub nawet przebić to musi wywalczyć kolejne mistrzostwo NBA. Czy ma na to szansę w nadchodzącym sezonie 2018/2019? Wydaje się, że jednak nie. Konferencja Zachodnia jest o wiele silniejsza od Wschodniej. Nie ma w niej tylu słabych drużyn, a przecież w ostatnim sezonie Cavs Jamesa rzutem na taśmę ograli młodych Boston Celtics, którzy byli osłabieni brakiem Kyriego Irvinga i Gordona Haywarda w playoffach. Na Zachodzie o finał Konferencji tak łatwo nie będzie. Co prawda z gry o najwyższe cele wypadnie San Antonio Spurs, ale na rywalizację z Lakers czekają już piekielnie mocni Golden State Warrios, Houston Rockets oraz mocni Utah Jazz. Mimo wszystko NBA nie takie historie widziała, więc pozytywny rezultat Lakers jest możliwy, choć ich szanse są minimalne.

Spójrzmy teraz na roster Los Angeles Lakers. Drużyna Luke’a Waltona prezentuje się całkiem nieźle na papierze. Popularni „Jeziorowcy” mają w swoim składzie najlepszego koszykarza XXI wieku – LeBrona Jamesa. Mocnymi punktami ekipy z Miasta Aniołów są także Lonzo Ball i Brandon Ingram. Warto zwrócić uwagę na tych dwóch koszykarzy. Nadchodzący sezon będzie istotny zarówna dla Balla jak i Ingrama. Lonzo robi postępy i przy LeBronie powinien się wiele nauczyć. Pytanie tylko czy wyjdzie z cienia ojca? LaVar Ball to człowiek kontrowersyjny i chaotycznie poruszający się w mediach, a porównania jego syna do Stephena Curry’ego są zabawne jak głos Florence Foster Jenkins. Natomiast Brandon Ingram zapowiada udział w All-Star Game. Wydaje się, że u boku Jamesa może stać się graczem formatu All-Star. Ponadto kadrę Lakers uzupełnili doświadczeni JaVale McGee, Lance Stephenson, Michael Beasley i Rajon Rondo. Ciekawe jak w LA poradzi sobie ten ostatni. To facet, który cierpi na syndrom „Piotrusia Pana”. Rondo jest zaprzeczeniem maksymy Kevina Duranta „Ciężka praca bije talent, kiedy talent nie pracuje wystarczająco ciężko”. Gdyby tylko głowa szła w parze z talentem…

Wygrana 119:105 z Golden State Warriors robi wrażenie, ale trzeba pamiętać, że to tylko preseason. Prawdziwy test przed Los Angeles Lakers już 18 października, czyli starcie z Portland Trail Blazers w Oregonie. Początek kolejnego sezonu NBA zapowiada się pasjonująco. Konferencja Wschodnia zyska świeżość po odejściu Króla na Zachód. Przynajmniej Eastern Conference nie będzie przewidywalna jak ostatnie 7 lat we włoskiej Serie A, z kolei w Western Conference czekają nas prawdziwe grzmoty. Obrońców mistrzowskiego tytułu będą próbowali pokonać głównie gracze Houston Rockets. Interesujące będą również losy Utah Jazz oraz Phoenix Suns z Deandre Aytonem. Jak wypadną Lakers? Wszystko zależy od LeBrona Jamesa. Jeżeli Król szybko wskoczy na najwyższe obroty to „Jeziorowcy” bez problemu awansują do playoffs. Być może do Staples Center wróci także widowiskowa gra. Jednak na „Showtime” i mistrzostwo NBA chyba nie ma co liczyć, a przynajmniej nie w tym sezonie. Mimo, iż nie jestem kibicem Jamesa i Lakers to będę trzymać za nich kciuki. Miło by było w końcu zobaczyć „Jeziorowców” grających efektowną koszykówkę w playoffs. Obecność LeBrona Jamesa w składzie Lakers na pewno im w tym pomoże!

Facebook Comments