28 Wrz
2018

Pechowiec, czy relikt syndromowego Liverpoolu?

W historii The Reds wielu było zawodników, którzy nigdy nie powinni zakładać czerwonej koszulki. Dziwny zbieg okoliczności, układy agentów, znajomość z trenerem, czy jeden lepszy sezon sprawiły, że włodarze Liverpoolu zdecydowali się podarować kontrakt zawodnikowi, który z perspektywy czasu okazał się nie tylko kimś, kto nie zbawi zespołu, ale też zawodnikiem, za którego po ludzku było wstyd wszystkim związanym z czerwoną częścią Merseyside.

Mario Balotelli, Paul Konchesky, Javier Manquillo, Fabio Borini, Charlie Adam, Christian Poulsen, Alberto Aquilani, Aly Cissokho, czy Steven Caulker to najlepsze przykłady zawodników, o których wiedzieliśmy już przed startem ich przygody, że to po prostu nie ma sensu. Tworzą oni tak zwaną grupę piłkarzy, którzy sprawiali, że każdy prawdziwy kibic The Reds przeżywał rok w rok werterowski Weltschmerz. Przez nich, gdyby każdego z nas posadzić na kozetce u psychiatry to wyszlibyśmy z rozpoznaniem syndromu sztokholmskiego i przynajmniej kilkoma tabletkami z SSRI, litem, czy NRI na czele (leki stosowane między innymi w depresji).

Od długiego czasu do grona tych znamienitości próbuje dołączyć piłkarz, który jeszcze niedawno był zawodnikiem wyjściowego składu. Gdy był w pełni zdrów to bez wątpienia robił różnice. Dobrze wyszkolony technicznie, z niesamowitą lekkością w prowadzeniu piłki, potrafiący posłać otwierające podanie jak mało kto w Premier League. Dzisiaj ciężko zobaczyć jego nazwisko nawet na ławce rezerwowych, ponieważ więcej czasu spędza w gabinetach lekarskich, aniżeli na obiektach treningowych. Jego przydatność od dawna jest znikoma, a dam sobie rękę uciąć, że wielu niedzielnych kibiców The Reds zapomniała zupełnie o jego istnieniu.

Większość z Was pewnie już się domyśla kto będzie bohaterem dzisiejszego artykułu. Nikt inny, tylko wielki Adam David Lallana, który na początku swojej przygody z The Reds dał nam nadzieję, że zyskaliśmy piłkarza klasy światowej, a nie kolejny wymysł sławnego już komitetu transferowego.

Przyszedł on na świat 10 maja 1988 w St Albans. Ciekawostką jest, że dziadek Adama urodził się w Madrycie, co by tłumaczyło, jego inklinacje do bardziej technicznej piłki, co na Wyspach jeszcze niedawno było rzadkością. Jego przygoda z piłką rozpoczęła się bardzo szybko, ponieważ już w wieku 5 lat szkolił się w drużynach młodzieżowych Bournemouth. Na jednym z turniejów 7 lat później został wypatrzony przez skauta Southampton, który zaproponował mu przeprowadzkę do hrabstwa Hampshire. Decyzja mogła być tylko jedna, ponieważ w tamtym czasie aż po dziś dzień szkółka Świętych uważana jest za jedną z najlepszych w kraju (wychowankowie to między innymi Alan Shearer, Wayne Bridge, Matthew Le Tissier, Terry Paine, Luke Shaw, Alex Oxlade-Chamberlain, Theo Walcott, czy Gareth Bale). Kosztował całe 3000 funtów, oczywiście z późniejszymi bonusami, z perspektywy czasu wiemy, że cena ta zupełnie nie oddawała talentu, który drzemał w Lallanie.

Sukcesywnie przechodził przez wszystkie szczeble młodzieżowych drużyn. W sezonie 2004/2005 doszedł do finału FA Youth Cup, w którym razem z kolegami przegrał z Ipswich Town 3-2. A o to skład Świętych z tamtego meczu: McNeil, Critchell, Rudd, Cranie, Richards; Dyer, Sparv, (Lallana 106), James, Walcott; Best, McGoldrick (Condesso 86). Co ciekawe arbitrem tego finałowego meczu był obecnie dobrze znany Andre Marriner. Trzeba przyznać, że w ekipie Świętych grało wtedy kilka prawdziwych perełek, które z czasem wybiły się na boiskach angielskiej Premier League.

W pierwszym zespole udało zadebiutować się Adamowi 23 sierpnia 2006 roku w spotkaniu Pucharu Ligi przeciwko Yeovil Town. Wyszedł w podstawowym składzie i został zmieniony w 58 minucie przez Nathan Dyer’a. Co ciekawe występował on wtedy z trzema Polakami w drużynie, byli to: Bartosz Białkowski, Grzegorz Rasiak oraz Marek Saganowski. Kilka dni później zaliczył swój pierwszy występ w meczu ligowym. W nagrodę za postawę został zaoferowany mu trzyletni kontrakt, dzięki któremu Święci zapewnili sobie usługi Adama do czerwca 2009 roku. Lallana powoli budował swoją pozycję w zespole, by po miesięcznym wypożyczeniu do Bournemouth w 2007 roku wrócić i stać się od początku kampanii 2008/2009 zawodnikiem wyjściowego składu.

Najmocniej zaufał mu Jan Poortvliet i to dzięki Holendrowi Lallana w pierwszych 13 kolejkach rozegrał pełną pulę minut. Niestety samemu zespołowi szło już gorzej i po zajęciu 23 miejsca w Championship spadli do League One. Włodarze odbudowę powierzyli Alanowi Pardew, który zespół mocno oparł na trzech zawodnikach, a byli nimi: Rickie Lambert, Morgan Schneiderlin oraz Adam Lallana, który w sezonie 2009/2010 we wszystkich rozgrywkach strzelił 20 bramek co pozwoliło mu zostać pierwszym pomocnikiem od czasu Matthew Le Tissier’a, któremu udało się uzyskać taką liczbę goli w barwach The Saints. Niestety 7 miejsce w lidze skazywało Świętych na kolejny sezon w League One. Pardew wiedział, że sprowadzenie takich zawodników jak Jason Puncheon, czy włączenie do kadry pierwszego zespołu zjawiskowego szesnastolatka Alexa Oxlade-Chamberlaina pozwoli uzyskać upragniony awans. Kapitalna postawa Lallany – 8 bramek i 11 asyst oraz 21 bramek Ricky;ego Lamberta pozwoliło zająć drugie miejsce i powrócić na zaplecze Premier Laegue.
Już z nowym trenerem Nigelem Adkinsem (Pardew został nowym szkoleniowcem Srok) Southampton zostało rewelacją rozgrywek. Motorami zespołu byli jak zwykle Adam Lallana, który w całym sezonie uzyskał 11 bramek i 10 asyst oraz Ricky Lambert, który dzięki 27 bramkom zdobył koronę króla strzelców. Sezon 2012/2013 dla Southampton malował się pod znakiem walki w Premier League, w którym nikt nie widział Świętych od 2004 roku.

Zarządzający zespołem nie chcieli, by powrót do najwyższej klasy rozgrywkowej okazał się tylko jednosezonową przygodą. Zainwestowano wielkie pieniądze i do Soton zostali sprowadzeni tacy zawodnicy jak: Gastón Ramírez, Jay Rodríguez, Emmanuel Mayuka, Artur Boruc, Maya Yoshida, Nathaniel Clyne, a członkami pierwszego zespołu zostały kolejne kapitalne produkty Akademii: James Ward-Prowse oraz Luke Shaw.
Lallana przed sezonem 2012/2013 otrzymał od Adkinsa opaskę kapitańską. Wielki jakościowy przeskok udzielił się również Adamowi, ponieważ w pierwszym sezonie jego statystyki nie były jak tak okazałe, jak w poprzednich kampaniach w niższych ligach: 3 bramki oraz 6 asyst naznaczone były również kontuzją kolana, która wykluczyła go z gry na ponad miesiąc (8 kolejek). Na szczęście Soton zajęło bezpiecznie 14 miejsce w Premier League co zapewniło im upragnione utrzymanie. Przed sezonem, 2013/2014 do zespołu zakupieni zostali Dani Osvaldo, Victor Wanyama oraz Dejan Lovren, którzy mieli pomóc włączyć się w walce o środek tabeli. Niespodziewanie pracę stracił Adkins, a jego miejsce zajął Mauricio Pochettino, który znany był z przede wszystkim kapitalnej pracy, którą wykonywał w Espanyolu Barcelona.

Argentyńczyk zawsze stawiał na bardziej atrakcyjny futbol co było młynem na wodę dla Lallany, Ramireza, czy Osvaldo. Sezon życia zespołu z hrabstwa Hampshire zakończyło się 7 miejscem w Premier League. Tamta kampania wykreowała wielu bohaterów z Adamem Lallaną na czele. Ofensywny pomocnik miał udział przy 17 bramkach zespołu (8 goli i 9 asyst) – sam potrafił pokonać bramkarzy Arsenalu, Tottenhamu, czy Manchesteru United. Jay Rodriguez i Ricky Lambert razem zdobyli 28 bramek, co sprawiło, że stali się jednym z najbardziej bramkostrzelnych duetów w Premier League, wszyscy podziwiali środek pola z Wanyamą i Schneiderlinem na czele, Clyne i Shaw potrafili biegać na skrzydle przez 90 minut, a każdy kto zna się na piłce miał wrażenie, że gdyby mieli zagrać drugi mecz z rzędu to nie stanowiłoby to dla nich problemu.

Pochettino w późniejszych wywiadach o Lallanie wypowiadał się w następujący sposób: „We haven’t seen a player like that in this country for a long time.I am always telling him that he has the characteristics of a Spanish player and he has the skills of an Iniesta, Xavi or Fabregas.” Całkiem niezła rekomendacja, nie sądzicie?

Jego wielki talent zauważyli również szefowie The Reds, którzy poszukiwali zawodnika o podobnej charakterystyce. I tak oto za 25 milionów funtów udało się pozyskać jednego z najlepszych zawodników reprezentacji Anglii, który u Brendana Rodgersa miał być odpowiedzialny za kreowanie gry, ponieważ pokerowym zagraniem Steven Gerrard został przeniesiony bliżej środka pola, co miało sprawić, że jego piłkarski żywot zostanie maksymalnie wydłużony. Wielkie fundusze uzyskane ze sprzedaży Suareza sprawiły również, że razem z Lallaną na Anfield przenieśli się: Lambert, Lovren, Marković, Can, Moreno, Balotelli, czy Origi.

Pierwszy sezon w barwach The Reds rozpoczął od drobnej kontuzji kolana. Nikt wtedy jeszcze nie wiedział, że w krótkiej przyszłości Lallana ilość małych urazów będzie musiał liczyć na palcach obydwu rąk i obydwu nóg. W sezonie 2014/2015 nie wyróżnił się niczym szczególnym, wpasował się w idealnie żenujący sezon Liverpoolu, w którym zbłaźniliśmy się w Champions League remisując z Ludogorcem, czy przegrywając z Basel, później nie dając rady w Lidze Europy potężnemu Besiktasowi. W Premier League podopieczni Rodgersa uplasowali się na szóstym miejscu, które nie dawało awansu do Ligi Mistrzów. Najgorsze jest to, że w tamtej kampanii The Reds strzelili tylko 52 bramki, co okazało się wynikiem gorszym od rozkradzionego Southampton. Brak snajpera, brak kreatora gry, jednym słowem: bieda z nędzą.

Ogień nadziei został ponownie rozpalony w sercach kibiców, gdy do zespołu sprowadzeni zostali Benteke, Milner, Clyne, czy Firmino. Dwóch supersnajperów oraz zawodnik, który stanowił naturalną ochronę dla poczynań bardziej ofensywnych zawodników. Czego chcieć więcej? Idealny układ niczym jesień, słońce, deszcz, kiełbasa w gazecie, herbata w termosie i wyjazd na grzyby. Tylko znów The Reds udali się nie do tego lasu co trzeba. Szybko pracę stracił Rodgers, którego na ławce trenerskiej zastąpił Jurgen Klopp. Niemiec próbował wyciągnąć z zespołu tyle ile się dało, niestety problemem byli zawodnicy, którzy umiejętnościami odbiegali od reszty stawki w Premier League. Koszmarna obrona, brak bramkostrzelnego zawodnika i problemy w obsadzie bramki „pozwoliły” doczołgać się do 8 miejsca w lidze krajowej oraz przegrać finał Ligi Europy z Sevillą, dzięki fantazyjnej grze Alberto Moreno.

Po takim upokorzeniu Klopp szybko zweryfikował przydatność niektórych zawodników w drużynie. Benteke, Ibe, Allen, Skrtel, czy Sakho pożegnali się z zespołem. Tacy piłkarze jak Moreno, Lovren, Lallana, czy Milner otrzymali od trenera drugą szansę.
Wielu kibiców The Reds było przekonane, że Jurgen Klopp jest zbawicielem The Reds. W nowym sezonie po przepracowaniu całego okresu przygotowawczego pod okiem Niemca zespół prezentował się o niebo lepiej co przełożyło się również na indywidualne wyniki. Kampania 2016/2017 wykreowała wielu nowych bohaterów z Coutinho, Mane, Firmino i Lallaną na czele. 8 bramek i 7 asyst było dla Adama najlepszym wynikiem od dłuższego czasu, ale żeby dodać łyżkę dziegciu prawie wszystkie te zdobycze uzyskał w początkowej fazie sezonu, ponieważ pod koniec rozgrywek odpoczywał z powodu kontuzji. Nadzieje odżyły i wielu fanów The Reds liczyło, że Lallana nie będzie kolejnym piłkarzem syndromowego Liverpoolu, ale realnym wzmocnieniem, który będzie ważnym ogniwem w walce o upragnione mistrzostwo Anglii.

Niestety sezon 2017/2018 był wielkim rozczarowaniem dla Lallany i jego fanów. Prawie wszyscy zawodnicy The Reds wykonali jakościowy skok. Milner, Henderson, Lovren, czy inni krytykowani zawodnicy zmienili swoje oblicze o 180 stopni. Były zawodnik Southampton stanął w miejscu i nie widać ratunku dla jego dalszej przygody w hrabstwie Merseyside. Kilka kontuzji, które sprawiły, że w ciągu 10 miesięcy ligowego sezonu uzyskał on tylko 519 minut, notując przy tym jedną asystę w FA Cup w spotkaniu derbowym przeciwko The Toffees nie działa na jego korzyść. Jakby tego było mało, przed obecnym sezonem w zespole pojawiły się nowe twarze: Xherdan Shaqiri, Naby Keïta oraz Fabinho, którzy w hierarchii środkowych pomocników stoją wyżej aniżeli znów kontuzjowany Lallana. Trzecie, piąte, czy ósme odrodzenie przeżywa Georginio Wijnaldum, Hendo znów przypomina zawodnika, który jest w stanie wypruć sobie żyły za Liverpool, a James Milner… to klasa sama w sobie.
Podobno Lallana ma wrócić do treningów lada moment i należy sobie zadać pytanie, gdzie w tej układance widzi go Klopp? Czy to ostatnie podrygi wychowanka Świętych i należy spodziewać się jego sprzedaży w najbliższym oknie transferowym? Czy jednak widzi ktoś z Was szanse na to, że Adam znów będzie ważnym ogniwem zespołu?

Pechowiec,czy syndromowiec? Według transfermarkt opuścił on z powodu kontuzji blisko 80 spotkań. Kosmiczny wynik przy założeniu, że nigdy nie odniósł najgorszej, piłkarskiej kontuzji, czyli zerwania więzadeł krzyżowych. Quo vadis Adam?

Komentarze
Udostępnij: