12 Kwi
2018

Ostatnia „dziesiątka” w historii futbolu

25 kwietnia 2006 roku, półfinał Ligi Mistrzów. Rewanżowy pojedynek Villarrealu z Arsenalem Londyn. Zdecydowanymi faworytami są Anglicy, którzy bronią jednobramkowej przewagi z pierwszego spotkania. Determinacja i wola walki Villarrealu przynosi skutek w 90 minucie meczu. Stadion wybucha w okrzykach ekstazy, a Juan Roman Riquelme ustawia piłkę na jedenastym metrze. To najważniejszy moment jego piłkarskiej kariery. Rok wcześniej nominowany był do Złotej Piłki, teraz ma poważną szansę na zdobycie tego prestiżowego trofeum. Riquelme podbiega i uderza prosto w Jensa Lehmanna. Arsenal awansuje dalej a Argentyńczyk do końca spotkania stoi w miejscu jak zamurowany.

W Argentyńskiej prasie pojawił się kilka lat temu artykuł który opisywał karierę Juana Romana. „Ostatnia dziesiątka w historii futbolu” pisali wówczas dziennikarze. Riquelme kompletnie nie pasował do współczesnej piłki nożnej. Gdyby urodził się 20-30 lat wcześniej być może byłby dzisiaj nie mniejszą legendą niż Diego Armando Maradona. Do legendarnego Argentyńczyka Roman był porównywany już od najmłodszych lat. Urodził się dzień przez zdobyciem przez Albicelestes mistrzostwa świata w 1978, karierę rozwijał w Argentinos Juniors i Boca Juniors. W tym samych klubach grał Maradona. Jego matka od początku widziała w swoim synu przyszłego piłkarza. To ona nadała mu pseudonim „Roman” z którym później grał na koszulce.

Nowy Maradona?

Jako wielki fan Boca Juniors doskonale odnalazł się realiach tej drużyny. Trzy tytuły ligowe, dwa zwycięstwa w Copa Libertadores, Puchar Interkontynentalny. Błyskawicznie stał się ulubieńcem trybun, nikt nie kwestionował jego wielkości. Kwestią czasu było powołanie do reprezentacji w której zresztą również bardzo szybko stał się wiodącą postacią. Riquelme uwielbiany przez miliony Argentyńczyków czuł że porównania do Diego Maradony nie są przypadkowe i pisane mu będzie zrobić wielką karierę. W 2002 roku za 10 milionów euro kupiła go Barcelona.

To było idealne miejsce żeby zrobić wielką karierę. A przynajmniej tak mu się wówczas wydawało. Przeprowadzka do Europy okazała się zderzeniem ze ścianą. O ile w Boca Juan Riquelme był niepodważalną gwiazdą wokół której budowano zespół, o tyle w Barcelonie trener Louis Van Gaal miał swoich ulubieńców, a młody Argentyńczyk musiał udowodnić że zasługuje na szanse. Roman szybko zrozumiał że transfer do Dumy Katalonii był wielkim błędem. Grał jedynie końcówki spotkań, występował na nielubianym przez siebie skrzydle. Nikt nie próbował nawet dać mu szans występów w roli klasycznej dziesiątki. Co z tego że w ofensywie miał sporo walorów, skoro był absolutnie nieprzydatny w destrukcji? Po rewolucji futbolu totalnego i coraz bardziej uniwersalnych piłkarzach, Riquelme wydawał się graczem z poprzedniej epoki. Dziś nawet bramkarze są świetni technicznie, potrafią celnie uderzyć, rozegrać piłkę. Juan Roman był tylko od ofensywy. Nie biegał za dobrze, nie radził sobie z odbiorem piłki. I nie czuł potrzeby żeby to zmieniać.

Villareal daje szansę odkupienia

Bez żalu oddano go do Villarrealu, tym bardziej że w Barcelonie pojawił się Ronaldinho. Żółta Łódź Podwodna jak nazywano hiszpańską drużynę nie była zbyt renomowanym klubem, ale miała bardzo ambitne plany. Obok Riquelme do klubu przyszli wówczas Diego Forlan oraz szkoleniowiec Manuel Pellegrini. Villarreal zaczął osiągać coraz lepsze wyniki. Współpraca między Forlanem a Riquelme zaczęła się układać coraz lepiej. Pellegrini zdawał sobie sprawę z wad swojego rozgrywającego, więc inni piłkarze musieli nadrabiać jego braki. Prowincjonalny klub nie tylko zachwycił w Primera Division, ale przede wszystkim doszedł do półfinału Ligi Mistrzów 2005/06 po drodze eliminując Manchester United i Inter Mediolan.

Niestrzelonego karnego Juan chciał odkupić na mundialu w Niemczech, gdzie Jose Nestor Pekerman widział go w roli lidera Argentyńczyków. Panowie już wcześniej z sukcesami pracowali razem w Argentyńskich młodzieżówkach. Wszystko układało się optymistycznie do czasu ćwierćfinałowej porażki z gospodarzami. Argentyna długo prowadziła, ale po zejściu Romana gra kompletnie siadła. Za błędy zapłacił posadą Pekerman, ale krytyka nie ominęła również rozgrywającego.

Porażka i odbudowa

Juan Roman Riquelme załamał się. Niepowodzenie w Champions League i na mundialu mocno odbiły się na jego boiskowej dyspozycji. Już wcześniej nie przykładał się do gry defensywnej, ale po 2006 roku coraz słabej radził sobie również w ofensywie. Powolny, nieustannie niezadowolony. Manuel Pellegrini zaczął tracić atuty żeby stawiać na Argentyńczyka. Niechciany w Europie Riquelme powrócił do Boca Juniors. Tam wyłączony z zadań defensywnych i będący liderem drużyny znów mógł być wielki. Karierę kończył w Argentinos Juniors, z dala od wielkiego futbolu.

Argentyńczyk na europejskich boiskach spędził zaledwie 5 sezonów. Rozegrał 187 spotkań w których zdobył 51 bramek. W swojej ojczyźnie jest absolutną ikoną, gwiazdą która dawała radość w każdym spotkaniu. Nie da się go nie porównywać do Diego Maradony, chociaż sam zawodnik często się od tego odcina. Maradona w decydujących momentach potrafił udowodnić swój geniusz. Roman najważniejsze spotkania nie może zapisać do udanych. Zgubiła go presja, zgubiło ego. Mógł osiągnąć zdecydowanie więcej bo miał na to wielki talent. Problematyczna u niego była chęć rozwoju. Każdy wiedział o słabych stronach Romana, ale sam piłkarz przez lata nie zrobił nic żeby je nadrobić. Uważał że i z nimi jest w światowej czołówce zawodników.

Powrót do ojczyzny

Nie bez przyczyny nazywa się go ostatnią klasyczną dziesiątką. Współczesny futbol diametralnie różni się od tego z przez 20-30 lat. Wtedy piłkarze mieli więcej miejsca, mogli pozwolić sobie na wiele swobody. Dziś piłka nożna jest niezwykle szybko, dużo w niej walki, nie ma miejsca na błędy. Juan Riquelme nigdy nie był piłkarzem który powalczyłby w defensywie, albo ciężko zasuwał na boisku. Gdy już dostawał piłkę potrafił wyczyniać z nią cuda, problem w tym że z czasem coraz rzadziej ją dostawał. Koledzy nie byli chętnie poświęcać wszystkiego dla piłkarza który popełniał błędy i nie wykorzystywał ich ciężkiej pracy. To już nie były lata romantycznego futbolu, a chłodnej kalkulacji.

Sezon 2005/06 który miał udowodnić że Riquelme jest jednym z najlepszych rozgrywających na świecie jednocześnie stał się początkiem jego końca. Roman załamał się swoimi indywidualnymi niepowodzeniami. Odżył w lidze Argentyńskiej, gdzie mimo wszystko obrońcy pozwalają na zdecydowanie więcej, a Boca chętnie ustawiała pod niego grę. Na zawsze pozostanie piłkarzem niespełnionym który zawiódł w kluczowych momentach.

Riquelme był artystą. I niczym artysta najlepiej czuł gdy mógł robić to co mu się podoba. Gdy miał luz bez wątpienia pokazywał bardzo wysoki poziom. Gdy do czegoś go zmuszano, czuł się źle i widać to było w spadku jakości jego gry. Problem w tym że we współczesnym futbolu każdy zawodnik musi wypełniać jakieś założenia taktyczne. Nieraz można było zauważyć Romana który kompletnie niezainteresowany nie próbował nawet odebrać rywalom futbolówki. Po co? Artystom można więcej. A przynajmniej tak uważał Riquelme. I sam poniósł konsekwencje takiego myślenia.

Komentarze
Udostępnij: