O tym jak Holendrzy zabili Wisłę Kraków

Są takie slogany które raz przedstawione w mediach stają się prawdą powtarzaną przez większość społeczeństwa. Kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą. Jeszcze łatwiej manipuluje się opinią publiczną gdy ofiary nagonki nie mogą bronić się przed oskarżeniami. Gdy coraz popularniejsze stają się projekty „Chorwacka Legia” i „Hiszpańska Wisła”,  ja przypominam sobie że już kiedyś mieliśmy w Polsce budowę klubu w oparciu o pewną nację. I nie mówię tu o brazylijskiej Pogoni Antoniego Ptaka. Jedenaście lat temu Leo Beenhakker został wybrany na człowieka roku w Polsce. Miliony Polaków uwierzyły że o to pojawił się zbawca który wskażę drogę polskiemu futbolowi ku dynamicznemu rozwojowi i gruntownej reorganizacji. Na fali tamtych nastrojów w ekipie Białej Gwiazdy postawiono na holenderskiego Dyrektora Sportowego. Wisła miała w końcu stać się klubem który wejdzie na wyższy poziom i awansuje do Ligi Mistrzów. Dziś w wielu miejscach można znaleźć opinie że Holendrzy zrujnowali klub doprowadzając go do skraju bankructwa i mocnego spadku poziomu sportowego. Czy słusznie? Czy rzeczywiście było aż tak źle, czy też jest to zwyczajnie chwytliwy slogan który dziennikarze lubią powtarzać?

 

Wszystko zaczęło się 23 sierpnia 2010 roku. Wtedy to właśnie Stan Valckx objął stanowisko dyrektora sportowego w Wiśle Kraków. Był to trudny moment dla drużyny, która co prawda zdobyła we wcześniejszym sezonie wicemistrzostwo, ale na początku sierpnia 2010 skompromitowała się na tle azerskiego Karabachu. Drużyna była w rozsypce. Niedługo później sprzedano braci Brożek, Głowackiego, Diaza oraz Marcelo. Razem ponad 8 mln euro na plus. Właściciel klubu Bogusław Cupiał coraz bardziej tracił wiarę w upragniony awans do Champions League. To była wisienka na torcie na którą czekał już kilkanaście lat. Tym ciężej przeżył kompromitację z Karabachem. Mimo wszystko po raz kolejny postanowił spróbować, ufając w intuicję Stana Valckxa który sam zaproponował spore rewolucje w klubie.

Pierwszy sukces razem

Przede wszystkim sprowadzono wówczas trenera Roberta Maaskanta i zaryzykowano wzmocnieniami. Oczywiście Wisła nie narzekała na brak środków, ale wcale nie było wówczas pewne czy chociaż z część z zarobionych 8 milionów zostanie przekazana na transfery. Za cel postawiono awans do Ligi Mistrzów, więc już na wiosnę wzmocniono drużynę. Paradoksalnie więcej kosztowali wtedy piłkarze ściągnięci przez zatrudnieniem Holendrów (Bunoza, Jovanic), niż Ci którzy byli pomysłem Valckxa (Melikson, Genkov). Wisła w dobrym stylu zdobyła mistrzostwo Polski, mając ogromne zyski z bilansu transferowego (ponad 6 mln euro więcej na sprzedaży niż na zakupie nowych zawodników).

Celem numer jeden, wymarzonym od lat przez właściciela klubu Bogusława Cupiała był angaż do Ligi Mistrzów. Nie byłoby to z wiadomych względów możliwe bez sięgnięcia po tytuł mistrzowski w lidze, ale jeszcze w trakcie sezonu dyrektor Valckx dostał polecenie wzmocnienia drużyny w kontekście europejskich pucharów. Mimo świetnego bilansu finansowego w poprzednim roku, właściciel klubu nie zamierzał jednak przeznaczać środków na wzmocnienia. Zapewne miało to podłoże w pesymizmie który od wielu lat towarzyszył próbom awansu do upragnionej elity. Wykupiono wówczas Osmana Chaveza, oraz wypożyczono Dudu Bitona, Juniora Diaza i Michaela Lameya. Jedynym poważnym gotówkowym wzmocnieniem było wydanie 650 tys euro na Marko Jovanovicia. Wisła pewnie pokonała mistrzów Łotwy i Bułgarii wygrywając wszystkie 4 mecze. Awans do LM był na wyciągnięcie ręki, ale po wygranej 1:0 u siebie,  w rewanżu okazała się słabsza od mistrza Cypru. Już wtedy zdawałem sobie sprawę że czas Holendrów w Krakowie szybko się skończy. Dlaczego? Sprowadzając doświadczonych zawodników z których spora część była zaledwie wypożyczona zdawali sobie sprawę jaki jest cel ich pracy. Na każdym kroku podkreślano rangę europejskich pucharów. Kiedy więc okazało się że Biała Gwiazda musi skupić się tylko na lidze, motywacja u wielu graczy mocno podupadła.

Kolejny sezon

W lidze drużyna radziła sobie zdecydowanie poniżej oczekiwań i już kilka tygodni później zdecydowano o zwolnieniu Maaskanta. Oparta na „holenderskim zaciągu” drużyna całkiem dobrze poradziła sobie natomiast w Lidze Europy, odpadając bilansem bramek ze Standardem Liege, wcześniej przechodząc przez fazę grupową. Kilka miesięcy później podziękowano za współpracę Stanowi Valckxowi. Pochopnie? Można obiektywnie rzec że mieli swój cel i go nie spełnili. Zapewne wiara w możliwość awansu do Ligi Mistrzów mając zbieraninę niepotrzebnych w innych drużynach obcokrajowców była błędem, ale najprościej oceniając tamte wydarzenia można stwierdzić że było blisko upragnionego celu, ale jedno potknięcie i cała organizacja klubu się posypała.

Reasumując, Holendrzy w Wiśle królowali przez 2 sezony. W pierwszym osiągnęli sukces zdobywając mistrzostwo w dobrym stylu, w drugim mieli słabe wyniki w lidze, ale blisko było awansu do LM, a później pokazali się z dobrej strony w Lidze Europy. Do klubu sprowadzono kilkunastu piłkarzy, na których późniejsi działacze nie potrafili zarobić (wielka gwiazda ligi Melikson odszedł za zaledwie 800 tys euro, z kilkoma wyróżniającymi się w lidze zawodnikami rozwiązano kontrakty za darmo). Oczywiście kilka z transferów okazały się niewypałami i wyrzuceniem kasy w błoto, ale bilans transferowy i tak prezentuje się okazale, z ponad 20 mln złotych na plus.

Co do zadłużenia posłużę się zresztą fragmentem wywiadu z Valckxem:

Nie mógł pan zostać w Wiśle? Współpraca z pełniącym obowiązki prezesa Jackiem Bednarzem była niemożliwa?

– Powiedziano mi, że Wisła ma jakieś problemy finansowe, i Bednarz zapytał: „Co sądzisz o rozwiązaniu kontraktu? Jesteś dla nas za drogi, a my właśnie reorganizujemy klub”. Zastanowiłem się i odszedłem. Na zakończenie współpracy dałem klubowi wielki prezent – zrezygnowałem z kilkumiesięcznej pensji.

Ale część kibiców i ludzi pracujących w Wiśle ciągle powtarza, że to Valckx i Basałaj zadłużyli klub.

– Dlaczego? Zarobiliśmy wiele pieniędzy: ze sprzedaży zawodników, z praw telewizyjnych, marketingu, biletów, eliminacji do Ligi Mistrzów i fazy grupowej Ligi Europejskiej. W ostatnich latach Wisła zawsze była na minusie i właściciel musiał ją wspierać finansowo. Za to my zarobiliśmy zdecydowanie więcej, niż wydawano na pensje zawodników.

Wiceprezes Bednarz na swojej pierwszej konferencji podkreślał, że przyszedł do Wisły, która ma wielkie problemy finansowe.

– Bo tak jest najłatwiej powiedzieć. Ja powiem: obiecywano, że stadion zostanie w całości oddany w 2010 r., a zrobiono to dopiero w lutym 2012. Bogdan mówił, że miało to olbrzymi wpływ na przychody.

Pensje zawodników w Wiśle były rozsądne. Gdy Bogdan ściągnął mnie do Wisły, właściciel powtórzył: „Mamy zagrać w Lidze Mistrzów. Natychmiast!”. To było ryzyko. Podjęliśmy je wszyscy. Musieliśmy zainwestować w szybkie transfery. Udało się ryzyko zmniejszyć, bo wielu graczy wzięliśmy na wypożyczenie lub na krótkie – roczne lub dwuletnie – umowy. Kilku przyszło za darmo. Nie udało się awansować do LM, ale dużo zarobiliśmy w Lidze Europejskiej.

Różnica między wysokością kontraktu dobrego i przeciętnego zawodnika wynosi 100, może 150 tys. euro za rok. Powiedzmy, że mieliśmy czterech drogich zawodników, więc to daje około pół miliona euro więcej. To nie są miliony, tylko kilkaset tysięcy euro. Popatrzmy na Lecha, Legię. Nie chcieliśmy mieć sytuacji jak w Lechu, gdzie Manuel Arboleda zarabia zdecydowanie więcej niż inni. Część zawodników Legii też dostaje szalone pieniądze. W tych klubach zarabia się lepiej niż u nas. Oni również mają problemy finansowe, ale Legia jest liderem, a Lech tuż za nią.

Wisła jest zaledwie 12. Jesienią w zespole ciągle grało kilku zawodników, których pan sprowadził. Czy słaby wynik to nie ich wina?

– Moi to Cwetan Genkow, Kew Jaliens, Sergej Pareiko, Ivica Iliev, Maor Melikson, Marko Jovanović, czyli sześciu. Nie każdy transfer był sukcesem, ale wybrałem piłkarzy pod trenera i system, w jakim chciał grać. To niesprawiedliwe winić tylko zawodników. Są dobrymi piłkarzami i udowodnili to, gdy w 2011 r. zdobyli mistrzostwo Polski. Trener Robert Maaskant ich chciał, bo zamierzał grać techniczną piłkę.

Jakie błędy popełnił pan podczas pracy w Krakowie?

– Przyszedłem w ostatnim tygodniu okna transferowego i musieliśmy wziąć Serge’a Branco, bo w ostatniej chwili sprzedaliśmy Juniora Diaza. Najlepszym transferem nie był też Nourdin Boukhari, ale strzelił bardzo ważną bramkę w derbach. Oczekiwałem od niego więcej. Ale nie mieliśmy czasu i szukaliśmy tanich rozwiązań.

A może zatrudnił pan za dużo obcokrajowców?

– Tak, w szatni nie było właściwej równowagi.

Chcieliśmy podpisać kontrakt z siedmioma czy ośmioma Polakami, właściciel Bogusław Cupiał zawsze mówił „nie”. Nie chciał inwestować w Polaków. Rozmawialiśmy np. z Marcinem Baszczyńskim czy Pawłem Olkowskim, ale Cupiał wolał wydać pieniądze na obcokrajowca niż na Polaka, bo też nie ma co ukrywać – ceny za naszych czołowych piłkarzy były zdecydowanie wyższe, więc miał rację. Nigdy wprost nie powiedział: „Nie chcę Polaków w klubie”, ale gdy rozmawialiśmy o kontraktach dla nich, zawsze podkreślał, że nas nie stać. A my martwiliśmy się o zbyt wielu obcokrajowców w szatni, rozmawialiśmy o tym każdego dnia.

Analizując tamte wydarzenia, śmiem twierdzić że wina Holendrów to chwytliwe hasło które odwraca uwagę od innych winowajców. Oczywiście, Valckx i Maaskant mieli swoje winy, ale z pewnością nie są jedynymi ojcami problemów finansowych Białej Gwiazdy. Zabrakło przede wszystkim konsekwencji, klub nie potrafił solidnie sprzedać piłkarzy sprowadzonych przez Holendrów, właściciel klubu chciał wyników „na już”, a przy sporych zmianach w składzie zaczęły pojawiać się gorsze spotkania (głównie w lidze, w Europie Wisła wypadała co najmniej solidnie). Najłatwiej jest oskarżać kogoś kto nie jest obecny w mediach krajowych, więc hasło „Holendrzy zrujnowali Wisłę” jest bardzo poczytne. Dziwne tym bardziej że akurat za ich czasów Biała Gwiazda miała największe zarobki za grę w europejskich pucharach i za sprzedaż piłkarzy. Prowizje dla menedżerów? Nawet jeśli były, a w przypadku wypożyczeń nie powinny być ogromne, to nie miały prawa nawet zbliżyć się wielkością do tego co dla Wisły Holendrzy zarobili.

Dziwią mnie również plotki jakoby Wisła w owym czasie przepłacała na transferach. Przez przykręcony kurek z pieniędzmi, Biała Gwiazda nie wydawała przecież ogromnych sum, a jeśli już zainwestowała w jakieś wzmocnienie, to nie były to rekordowe kwoty. Nie widzę ŻADNEGO argumentu przemawiającego za tym że problemy Białej Gwiazdy ostatnich lat to wina holenderskiego dyrektora sportowego i trenera). Wszyscy wówczas podjęli ryzyko które nie do końca przełożyło się na sportowy sukces. Nie zmienia to jednak faktu że opinia jaką przedstawiają dziennikarze jest silnie krzywdząca.

Facebook Comments