Mistrzowie Polski

Z pasją opowiadamy o futbolu

Bez kategorii

Niespełnione talenty: Real Madryt

Kolejne zestawienie niespełnionych talentów poświęcimy piłkarzom Realu Madryt. Królewscy to bez wątpienia jedna z najlepszych drużyn nie tylko XXI wieku, ale całej historii futbolu, a mimo to nawet im nie udało się uratować karier kilku prospektów wobec których eksperci mieli ogromne oczekiwania. Kogo Real „pogrzebał”? Kto okazał się za słaby? Komu w rozwoju przeszkodziły kontuzje? Zapraszamy do lektury!


Martin Odegaard 19 lat, (2 występy dla Realu, 0 bramek)


Nie ma żadnego zaskoczenia że zestawienie niespełnionych talentów rozpoczynamy właśnie od niego, a przecież chłopak nie ma nawet dwudziestki. Odegaard był ledwie 15-latkiem gdy dostał szansę występów w swojej ojczystej lidze. Po ligowym debiucie w którym popisał się asystą, jasne stało się że wkrótce usłyszy o nim cały świat. Niedługo później zadebiutował w seniorskiej reprezentacji, a ofertę transferu złożył wielki Real Madryt. Kompilacje zagrań Martina szybko podbiły internet, a transmisja z powitania nastolatka w Madrycie przyciągnęła zainteresowanie kibiców z całego świata. Mimo że dopiero raczkował w świecie futbolu, zaproponowano mu potężną pensję i warunki o jakich wielu świetnych zawodników może jedynie pomarzyć. Królewscy wyczuli że mają u siebie materiał na przyszłą gwiazdę futbolu, więc od razu przystąpiono do promocji Norwega. Debiut w pierwszym składzie? Oczywiście wejście na boisko w miejsce Cristiano Ronaldo. Promocja nowych koszulek? Wysłanie w bój młodziaka. Wszystko, byleby wszyscy dowiedzieli się że Real dokonał hitowej „inwestycji”.

Odegaard miał być swego rodzaju Justinem Bieberem świata piłki nożnej. Wielkim fanem jego talentu do dzisiaj jest Florentino Perez, gorzej z kolejnymi trenerami i kolegami z zespołu. Nikt nie potrafił zrozumieć czemu jakiś dzieciak dostaje ponad 5 milionów Euro rocznie (taki Isco zarabiał wówczas 1.5 mln mniej), spędzając czas głównie na treningach. Sam Martin odmawiał gry w rezerwach, mimo że na grę w pierwszym zespole nie miał szans. Lata mijają, a Odegaard kisi się od jakiegoś czasu na wypożyczeniach w Holandii. Najdelilkatniej mówiąc, szału tam nie robi. Przynajmniej finansowo ustawił się do końca życia.


Elvir Baljic, 44 lata, (11-1)


Myślę że nawet zagorzali kibice Królewskich nie pamiętają że ktoś taki był w ich klubie. Ba! W lipcu 1999 sprowadzono go za równowartość 15.6 mln euro (czyli więcej niż kosztowali Makelele, Roberto Carlos czy Clerence Seedorf). Skąd takie pieniądze, za takiego zawodnika? Real prowadził wówczas Walijczyk John Toshack który wcześniej pracował w lidze tureckiej. A tam, do rangi największej gwiazdy rozgrywek urósł właśnie Baljic. Toshack przekonał władze klubu że Bośniak to talent który wkrótce podbije świat futbolu. Wierzył że tego typu kwota to opłacalna inwestycja za chłopaka który co sezon zdobywa po 20 trafień. Niestety, Elvir po transferze do Madrytu zderzył się ze ścianą. Nie podjął nawet rywalizacji o miejsce w składzie z gwiazdami pokroju Raula, Fernando Morientesa czy Nicolasa Anelki, co gorsze szybko nabawił się także kontuzji kolana. Co ciekawe, jeszcze w tamtym sezonie powrócił do gry, miał nawet swój udział w wywalczeniu trofeum Ligi Mistrzów, ale jego czas w Realu zmierzał już ku końcowi. Królewscy próbowali dać Bośniakowi kolejne szanse, ale gdy nawet na wypożyczeniu w lidze tureckiej przestał sobie radzić, grzecznie podziękowamo mu za współpracę. Baljic który pod koniec XX wieku nazywany był największym talentem bałkańskiego futbolu do dziś określany jest mianem jednego z najgorszych transferów w historii Realu Madryt (w oficjalnym plebiscycie wyprzedził go jedynie Jonathan Woodgate).

Royston Drenthe, 31 lat, (46-2)


Był taki czas, gdy Roystona nazywano największym talentem holenderskiego futbolu. Porównywano go wówczas do Edgara Davidsa, zachwycano świetnym przyspieszeniem. Drenthe znał swoją wartość, więc mając 20 lat i słysząc o potencjalnym zainteresowaniu ze strony Realu Madryt wymusił transfer do ekipy Królewskich. Już w debiucie popisał się fenomenalnym uderzeniem w starciu o Superpuchar Hiszpanii, gdy z 35 metrów potężną bombą zmusił bramkarza Sevilli do kapitulacji. Niestety, im dłużej Holender pozostawał w Realu, tym mniej dobrego można było o nim powiedzieć. Wydawało mu się że ma pewne miejsce w składzie Królewskich, o czym kolejni trenerzy nie byli zbytnio przekonani. Royston przegrał rywalizację z Marcelo, kompletnie nie radził sobie z presją. Zdarzało mu się płakać po niepowodzeniach i uciekać się do brutalnych fauli. A jeśli już wiedział że w kolejnym spotkaniu nie zagra, to zwyczajnie olewał dalszy udział w treningach. Czegoś takiego nie tolerował Jose Mourinho, który błyskawicznie wszedł z Holendrem na wojenną ścieżkę.

Nie inaczej było na wypożyczeniach, gdzie kolejni szkoleniowcy chwalili jego wysokie umiejętności, ale odmawiali współpracy widząc jego nieprofesjonalne podejście do treningów. Royston im starszy, tym mniej skupiał się na futbolu. Szybko zmienił się w podróżnika który grał w piłkę w Rosji i Zjednoczonych Emiratach Arabskich, sypiał z modelkami Playboya, oraz nie stronił od alkoholu. Mając 29 lat ogłosił zakończenie kariery sportowca i początek kariery w roli… rapera. Żeby było ciekawiej, niedawno powrócił do futbolu i całkiem nieźle radzi sobie w 2-ligowej Sparcie Rotterdam.

Javier Portillo, 36 lat, (59-17)


Odkąd w wieku 12 lat trafił do Realu, pobił większość klubowych rekordów w piłce juniorskiej. 150 trafień pozwoliło mu wyprzedzić w klasyfikacji wszechczasów ówczesnego rekordziste, słynnego Raula. Kolejnym, oczywistym krokiem wydawał się angaż w zespole seniorskim i podbój La Ligi. Tak też się działo, a Javier mimo niewielu szans w debiutanckim sezonie zaliczył cenne 5 bramek (mimo że na boisku spędził tylko 201 minut). Niestety, Królewscy postawili wówczas na „galaktycznego” Ronaldo, a poczciwy Portillo wylądował na trybunach. Obiecano mu wówczas że musi spędzić trochę czasu na wypożyczeniach i nabrać doświadczenia, a dopiero wtedy będzie mógł grać w pierwszym składzie Realu. Oczywiście nic nie poszło po myśli Javiera, który tracił czas we Włoszech i Belgii, a po powrocie ponownie nie miał szans na regularną grę. Co gorsze, do Madrytu trafili Antonio Cassano i Ruud van Nistelrooy, a 24-letni Portillo usłyszał że jest już niepotrzebny. W ten sposób trafił do Gimnastic, a następnie ekipy Hercules z którą spadł do Segunda Division. Można się jedynie zastanawiać co by było, gdyby ktoś w odpowiednim momencie dał mu konkretną szansę w Realu. Niestety, dobro utalentowanego snajpera nie miało szans w starciu z marzeniami o galaktycznym składzie pełnym gwiazd.

Sergio Canales 27 lat, (10-0)


Ach, to co miał być za grajek! 6 milionów dla Racingu, 6 lat kontraktu dla zawodnika, ogromne oczekiwania że zostanie gwiazdą numer jeden w Madrycie. To on miał być odpowiedzią Królewskich na politykę Barcelony, opierającą skład głównie na młodych Hiszpanach. Najlepszym okresem jego gry w Realu były… przedsezonowe gierki towarzyskie, gdzie rzeczywiście zapowiadał się co najmniej obiecująco. Niestety, w takiej drużynie jak Real nie można pozwolić sobie na gorsze chwile, kiedy więc Królewscy zaczęli sezon ligowy od bezbramkowego remisu z Mallorcą, Canales wylądował na ławce i na dobrą sprawę już się z niej nie podniósł. Po roku wypożyczono go do Valencii, gdzie głównie leczył kontuzje po kolejnych problemach z kolanami. Real który mógł w każdej chwili ściągnąć do siebie młodego pomocnika uznał że przy takich problemach zdrowotnych nie ma to najmniejszego sensu. Canales do dzisiaj zaliczył 11 kontuzji, z czego trzykrotnie zrywał więzadła krzyżowe. Łącznie opuścił ponad 100 możliwych spotkań. Od lipca jest zawodnikiem Betisu Sevilla, w którym gra w podstawowym składzie. 

Robinho, 34 lata, (101-25)


Umówmy się, Brazylijczyk nie najgorzej radził sobie w barwach Realu, wielokrotnie miał przebłyski świetnej formy, ale jednocześnie kompletnie nie spełnił oczekiwań że zostanie „nowym Pele”. Dziś z wielkim uśmiechem można wspominać okładki gazet w których porównywano go z Messim, oczywiście z niekorzyścią dla Argentyńczyka. Początek jego kariery można śmiało porównywać do Neymara. Błyskawiczna kariera w Santosie, ogromne zainteresowanie ze strony europejskich klubów i transfer do ligi hiszpańskiej w której miał zostać jedną z największych gwiazd. Dlaczego się nie udało? Początki w ekipie Królewskich były wręcz bajeczne, a Brazylijczyk w imponującym stylu ośmieszał kolejnych rywali. Problemy pojawiły się dopiero po przyjściu do klubu Fabio Capello, który zarzucił mu lenistwo. Kolejne miesiące były już kolejką górską w dół, częściej niż o efektownych występach mówiono o alkoholowych eskapadach i bójkach z kolegami zespołu. Królewscy nie chcieli przyznać się do błędu, a Robinho wierzył że może dalej żyć „po latynosku”, a wyniki przyjdą same.

W końcu cierpliwość Realu wyczerpała się, gdy wydało się że Brazylijczyk zostawił w domu swoją ciężarną żonę, a sam ruszył na orgię z prostytutkami. Z wielką radością przyjęto propozycję sprzedaży do Manchesteru City, chociaż sam zawodnik do końca myślał że odchodzi do Chelsea. Po latach narzekał że musiał odejść z Madrytu, bo klub robił miejsce dla transferu Cristiano Ronaldo i stał się niewygodny. Oczywiście niewiele w tym prawdy, bowiem w stolicy Hiszpanii do końca próbowali dawać Robinho szansy na poważniejszą grę. Tym bardziej że gdy już grał to nie wyglądał źle, gorzej że przez niego pojawiały się kłótnie w szatni, a klub mocno tracił wizerunkowo. Facet miał spory talent i możliwości, zgubił go charakter.

Facebook Comments