Niespełnione talenty: MMA

W tym tygodniu na stronie Mistrzowie Polski opiszę Wam kariery kilku zawodników którzy zapowiadali się na wielkie talenty, ale niestety nie udało im się zaistnieć w świecie sportu. Na pierwszy ogień biorę zawodników MMA. Zapraszam do lektury i podzielenia się własnymi kandydaturami do tego typu zestawienia.

Roger Huerta, 35 lat (24-11-1-1)

Jego biografia to gotowy scenariusz na porządny film, ale nie zakończony happy-endem. Uzależniony od narkotyków ojciec który zostawił rodzinę dla innej kobiety, matka która znęcała się nad nim fizycznie, częste wyjazdy, ucieczka z domu i spanie na dachach budynków, a to tylko krótki urywek z jego dzieciństwa. Dzięki pomocy znajomych przeniósł się do szkoły w Texasie, gdzie rozpoczął swoją przygodę z zapasami. Niedługo późnie trafił do MMA, gdzie w trzy lata zwyciężył 14 pojedynków, a jedyna porażka była efektem kontuzji szczęki. Fantastyczna seria spowodowała zainteresowanie ze strony UFC, gdzie Huerta dołożył sześć kolejnych zwycięstw (w tym poddanie Claya Guidy). Uznano go za jednego z największych talentów w tym sporcie, jako pierwszy zawodnik w dziejach MMA trafił na okładkę Sports Illustrated (drugą osobą była dopiero Ronda Rousey). Wygrana nad Guidą była jego 5 zwycięstwem w 2007 i uznana za walkę roku (dla Rogera dała także 3 nagrodę za walkę wieczoru). W ten sposób 24-latek miał na wyciągnięcie ręki pojedynek o pas kategorii lekkiej.

Ostatnim przeciwnikiem miał być Kenny Florian, ale tym razem Huerta przegrał przez decyzję. Co było dalej? Uznał że ma swoje pięć minut i to idealny moment żeby spróbować… kariery aktorskiej. Niestety, jego rola w ekranizacji popularnej gry „Tekken” nie spotkała się z zachwytem recenzentów, na domiar złego żeby wypełnić kontrakt z UFC zdecydował się na starcie z Grayem Maynardem. Przegrał przez decyzję i już nigdy nie wrócił do czołówki rankingów. Wydawało mu się że o jego angaż będą walczyły Strikeforce i Bellator, ale faktem jest że od 2008 roku wygrał zaledwie 3 walki. Ostatnio widziany był w Bellatorze, gdzie toczył pojedynki z Bensonem Hendersonem i Patricky Freire. Stoczył się w sposób niesamowity, ale wciąż uznaje że nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.


Paulo Filho, 40 lat (23-6-3)


W swojej ojczyźnie do dzisiaj cieszy się opinią jednego z najlepszych specjalistów od Brazylijskiego Jiu-Jitsu w historii MMA. Kto wie jak potoczyła by się jego kariera, gdyby w 2008 roku podjął szansę transferu do UFC. Miał wówczas fantastyczny bilans 16-1 (z jedyną porażką przeciwko Chaelowi Sonnenowi), był mistrzem WEC wagi średniej. Filho zdecydował się na walki w mniejszych organizacjach w Brazylii i nie wyszedł na tym dobrze. Zmieniał kolejnych pracodawców jak rękawiczki, przez moment romansując nawet z naszym KSW. Coraz częściej miał również problemy z utrzymaniem wagi, do tego stopnia że z kategorii półśredniej (gdzie zaczynał karierę) doszedł do występów w wadze ciężkiej. Końcówka kariery to ledwie 1 zwycięstwo w 7 walkach i odejście na emeryturę w 2014 roku. Talent zmarnowany przez złe wybory i uzależnienie od leków.

Paul Sass, 30 lat (13-2)


Nie ukrywam, sam wierzyłem że „Sassangle” namiesza w świecie MMA. Koleś w młodym wieku trafił do UFC mając bilans 10-0 (z czego 9 wygranych przez poddanie). Wygrał swoje pierwsze trzy walki w tej organizacji i zaczynało robić się głośno wokół jego talentu. Do dzisiaj wspominam nagrania z jego treningów podczas których poddawał sparingpartnerów latającymi trójkątami, sam wymyślał zresztą nowe techniki grapplerskie. Zapowiadał się na kozaka parteru który musi jedynie popracować nad stójką. Tak, wierzyłem że jest na tyle dobry że będąc jednopłaszczyznowy może zrobić wielką karierę. Niestety, w walce z Mattem Wimanem poczuł się zbyt pewnie, popełnił kilka banalnych błędów i sam musiał odklepać. Tamta porażka była początkiem końca Sassa. Niedługo później po wyrównanej walce przegrał starcie z Dannym Castillo i UFC niespodziewanie podziękowało mu za współpracę. Chętnych na takowe nie brakowało, a Paul związał się z Bellatorem. Wygrał pierwszą walkę przez poddanie i… do tej pory się nie pojawił w oktagonie. Co jakiś czas sugeruje w mediach społecznościowych chęć stoczenia kolejnych walk, ale już nawet jego najwięksi kibice przestali w to wierzyć.

Ricardo Arona, 40 lat (14-5)


W grapplingu do dzisiaj pozostaje niepokonany (bilans 13-0, zwycięstwa nad m.in. Tito Ortizem, Vitorem Belfortem i Jeffem Monsonem). W MMA zwyciężał pojedynki z Danem Hendersonem i Wanderleiem Silvą, a po jego ciosach odklepał także Alistair Overeem. Dlaczego mimo takich osiągnięć nigdy nie zrobił poważnej kariery? Kluczowa okazała się porażka w rewanżu z Wandem, którego stawką był pas wagi średniej PRIDE. Rok później u Arony stwierdzono Dengę, infekcyjną chorobę tropikalną. Podobno 4 lata temu Bellator zaproponował mu podpisanie kontraktu, ale Ricardo odmówił twierdząc że wciąż nie jest w 100% w pełni zdrowia. Kto wie jak potoczyłaby się jego dalsza kariera, gdyby niespodziewanie pewnego dnia jej nie zawiesił?


Chris Holdsworth 30 lat (6-0)


Zdaje sobie sprawę że nazywanie aktywnego, niepokonanego zawodnika niespełnionym talentem brzmi dziwnie, ale coraz bardziej wątpię że kiedykolwiek jeszcze zobaczę go w oktagonie. Holdsworth w pięknym stylu zwyciężył w 18-ej edycji The Ultimate Fightera, poddając czterech kolejnych rywali. Wszyscy trenerzy powtarzali że ma potencjał i mentalność by pewnego dnia zostać mistrzem świata. Dlaczego więc od czterech lat nie walczy? Wszystko przez pewne zdarzenie z treningów w Team Alpha Male. Dopiero niedawno wyszło na jaw że sprawcą nieszczęścia Holdswortha jest najprawdopodobniej TJ Dillashaw. Obaj panowie sparowali ze sobą podczas treningu bokserskiego, gdy TJ niespodziewanie wyprowadził uderzenie kolanem prosto w głowę Chrisa. Podobno to nie było pierwsze tego typu zachowanie z jego strony, tym razem skutki okazały się bardzo poważne. Holdsworth po kilku latach ciszy, otwarcie przyznał że to Dillashaw jest sprawcą jego „zespołu po wstrząśnieniu mózgu”. Na dzień dzisiejszy jest jedynie trenerem w Team Alpha Male i czeka aż pewnego dnia wróci do 100% sprawności. Mam wrażenie że już sam przestał wierzyć że taki dzień kiedykolwiek nastąpi.

Lee Murray, 40 LAT (8-2-1)


Był rok 2002. 25-letni wówczas Lee Murray miał za sobą ledwie kilka zawodowych walk w mniejszych organizacjach. Poza oktagonem lubił prowokować i wyzywać na pojedynki przypadkowo spotykane osoby. Ot tak, dla zabawy. Traf chciał że pewnego dnia wziął sobie na celownik mężczyznę którego twarz wydała się znajoma. Tym człowiekiem był Tito Ortiz. Zwykły awanturnik rzucił się na ówczesnego mistrza świata półciężkiej i bez problemów znokautował go. Murray był wówczas znany głównie lokalnym policjantom, którzy sami obawiali się niezrównoważonego psychicznie faceta. Codzienne bijatyki, wymuszanie haraczy, handel narkotykami. Problemy wychowawcze zaczęły się, gdy jeszcze jako dzieciak podczas kłótni z ojcem znokautował go. Uznał wówczas że skoro potrafi powalić większego od siebie mężczyznę, to przy odpowiednim treningu i dopakowaniu sterydami, żaden przeciwnik nie będzie mu straszny. Po serii zwycięstw w 2004 roku podpisał kontrakt z UFC. Dana White stwierdził wówczas że żaden zawodnik nie przerażał go tak jak Murray. Wróżono mu ogromną karierę, wierzono że z wiekiem spokornieje. Lee nie potrafił skupić się na postawionych oczekiwaniach i mimo zwycięstwa w debiucie pożegnał się z organizacją po tym jak oskarżono go o pobicie kolejnej osoby.

Nic sobie oczywiście z tego nie zrobił i w kolejnym starciu już poza UFC zmierzył się z legendarnym Andersonem Silvą. Przegrał przez decyzję, ale napsuł sporo krwi późniejszemu dominatorowi. Jego styl życia musiał kiedyś przynieść negatywne konsekwencje, co stało się kilka miesięcy później, gdy podczas jednej z bójek został pchnięty nożem. Cudem uratowano mu życie (lekarze przyznali że czterokrotnie powtarzali akcję resuscytacji), ale nawet po takich wydarzeniach Murray nie porzucił swojego „hobby”. Nie minął rok, a jego personalia poznał każdy Anglik, po tym jak przeprowadził największych napad na bank w historii Wielkiej Brytanii, dzięki któremu wzbogacił się o ponad 50 milionów funtów. Dziś odsiaduje 25 lat pozbawienia wolności i codziennie trenuje. Jak sam przyznał, żeby pewnego dnia znów zawalczyć w UFC. Talent miał, zabrakło rozumu

Facebook Comments