15 Maj
2018

Niedoszły reprezentant Polski, który zmarnował karierę w 2 sezony

W maju 2015 roku redakcja Onetu przeprowadziła sondę internetową, której bohaterem został ówczesny zawodnik Sevilli, Timothee Kolodziejczak. O dziwo aż 81% głosujących odpowiedziało, że chciałoby zobaczyć go w barwach reprezentacji Polski. Środkowy obrońca odrzucił pomysł reprezentowania ojczyzny swojego dziadka, wierząc, że dobra gra w La Lidze i zdobycie Pucharu Ligi Europejskiej pozwoli mu zadomowić się w reprezentacji Francji. Miał wówczas 23 lata i szykował się na podbój wielkiego futbolu. A dzisiaj? Jest zawodnikiem meksykańskiego Tigres. Celowo użyłem zwrotu „jest zawodnikiem”. W tym roku na 15 możliwych spotkań, na boisku pojawił się zaledwie 2 razy… Co sprawiło, że człowiek skazany na sukces, w ciągu 2 sezonów stoczył się na samo dno?

Polskie ślady

Francuskie Lens do złudzenia przypomina Górny Śląsk. Jeden z najbiedniejszych regionów we Francji przez lata słynął z górnictwa, po masowym zamykaniu kopalń nastąpiło załamanie gospodarcze i eksodus mieszkańców do innych miast. Odskocznią od problemów stała się piłka nożna, która dawała szansę lokalnej młodzieży. W pobliskim Lievin utworzono centrum Francuskiej Federacji Piłkarskiej, w którym kształtować się miało kolejne pokolenie reprezentantów Trójkolorowych.

Jednym z nich był niepozorny Raphael Varane. Gdy u młodego Francuza wykryto chorobę Osgooda-Schlattera (charakteryzującą się ogromnym bólem kolan), wydawało się, że nigdy nie będzie miał szansy zaistnieć jako zawodowy piłkarz. Akademia Lievin nie tylko uczyła młodych chłopaków jak grać w piłkę, ale także kształtowała ich charaktery, dawała szansę rozwoju jeśli ktoś potrafił ciężko pracować. Jednym z budowniczych tego ośrodka był Polak Joachim Marx, który we Francji do dnia dzisiejszego budzi powszechny szacunek. Gdyby nie polski trener, pewnie nigdy nie usłyszelibyśmy o Varane, podobnie jak o Kolodziejczaku.

Gdy Timothee zgłosił się do akademii, wypadł niezbyt przekonująco. Szansę dał mu właśnie Marx, który sam po latach żartował, że zrobił to wyłącznie ze względu na polskie pochodzenie Kolodziejczaka. Przez 2 lata kształtował nastolatka, który z miesiąca na miesiąc mężniał. Wkrótce pojawiły się powołania do młodzieżowych reprezentacji Francji oraz… Polski. Ojciec piłkarza, Chris Kolodziejczak, był zdziwiony listem z Polski, szczególnie, że napisany był w języku, którego nie znał. W tłumaczeniu na język francuski pomógł Marx, ale zdecydowano wówczas, że za wcześnie na podejmowanie jakichkolwiek poważnych decyzji. Timothee miał przed sobą czas ważnych wyborów, uznano więc, że zmiana barw reprezentacyjnych mogłaby negatywnie wpłynąć na jego karierę.

Co do tego wydarzenia zrodziło się wiele różnych „medialnych opowieści”. Faktem jest jednak, że Kolodziejczak olał koncepcję gry dla Polski. Oczywiście nic w tym złego, skoro nie znał języka swojego dziadka i nigdy nawet nie był w tym kraju. Wersja o tym, że był zainteresowany, a na przeszkodzie stanęła biurokracja urzędników, to zwykła bujda. Zostawił sobie furtkę na „w razie czego”, ale brak decyzji to też decyzja.

Rozchwytywany

Wkrótce młodym Francuzem zainteresował się sam sir Alex Ferguson. Perspektywa transferu do Manchesteru United wydawała się niezwykle kusząca, ale ostatecznie Timothee Kolodziejczak został zawodnikiem Olympique Lyon. Oczekiwał, że to idealne miejsce na wykonanie kolejnego kroku. Miał tam zostać następcą Fabio Grosso, ale przez trzy sezony nie potrafił wywalczyć sobie miejsca w podstawowym składzie. Odżył dopiero na wypożyczeniu w Nicei, gdzie zwrócił na siebie uwagę mocniejszych europejskich zespołów.

Tym sposobem za 3 miliony euro związał się z hiszpańską Sevillą. Razem z Grzegorzem Krychowiakiem stał się jednym z liderów zespołu, który po finale rozegranym w Warszawie sięgnął po trofeum Ligi Europejskiej. Sukces udało się powtórzyć w kolejnym sezonie, tym razem Timothee w finałowym starciu z Liverpoolem wszedł z ławki na ostatnie 12 minut. Początek problemów pojawił się podczas spotkania o Superpuchar Europy, które w sierpniu 2016 roku Sevilla przegrała z Realem Madryt 2:3. Przez długi czas zapowiadało się na remis i rzuty karne, ale 2 żółte kartki, a w konsekwencji czerwień dla Francuza, przyczyniły się do zwycięstwa Królewskich.

Odejście z klubu Unaia Emery’ego i zatrudnienie Jorge Sampaoliego sprawiło, iż Kolodziejczak wylądował na ławce rezerwowych. Timothee otwarcie krytykował odstawienie przez nowego trenera, co skończyło się odejściem na początku 2017 do zespołu Borussii Moenchengladbach. Zapewne, gdyby nie zmiana na stanowisku szkoleniowca, zupełnie inaczej wyglądałaby pozycja Francuza w Sevilli. Był jednym z ulubieńców Emery’ego, a zarazem jednym z tych, których Sampaoli osobiście nie znosił. Konflikty między panami zabrnęły zbyt daleko, żeby możliwa była dalsza współpraca. Defensor wiele obiecywał sobie po transferze do Bundesligi, podobnie jak „Źrebaki” wiele obiecywały sobie po zdolnym Francuzie. 7.5 miliona dla Sevilli i 5-letni kontrakt dla zawodnika to tego najlepsze świadectwo.

Nie doczekał się

Na debiut Kolodziejczaka w Moenchengladbach czekano ponad 2 miesiące. Najpierw pojawiła się grypa, następnie drobny uraz nogi, później stwierdzono, że ma spore braki w przygotowaniu. W końcu 4 marca udało się mu zadebiutować w spotkaniu przeciwko Schalke. Borussia prowadziła wówczas 4:2, a Timothee pojawił się na ostatnie 8 minut. Były to zarazem jego ostatnie minuty w lidze niemieckiej. Władze Borussii nigdy oficjalnie nie skomentowały tamtych wydarzeń. Nawet tamtejsze portale piłkarskie nie potrafiły odpowiedzieć co się dzieje z Timothee. Podano wówczas lakoniczną informację, że kolejne urazy komplikują możliwość regularnych treningów, a brak rytmu meczowego uniemożliwia występy w pierwszej drużynie Borussii.

Czy rzeczywiście to była prawda? Na jednym z forów Moenchengladbach natrafiłem na ciekawy komentarz, według którego w umowie między Niemcami a Hiszpanami zawarto klauzulę, w której Sevilla miała rzeczywiście dostać za transfer prawie 8 milionów euro. Uzależnione to było jednak od liczby minut, jakie Kolodziejczak rozegra w barwach Moenchengladbach. Gdy władze Borussii zrozumiały, że ściągnęły zawodnika z dużą podatnością na kontuzje, postanowiły jak najszybciej go „odpalić”. W ten sposób mogły uratować znaczną część zmarnowanej sumy.

Istniała szansa, że Timothee Kolodziejczak przepracuje przerwę między sezonami i na jesień 2017/18 spełni pokładane w nim oczekiwania. Kolejna kontuzja jednoznacznie skreśliła marzenia o podboju Bundesligi. 4 września Francuz został nowym zawodnikiem Tigres UANL, zespołu ligi meksykańskiej. Można tutaj się zastanawiać, która ze stron popełniła błąd. Niemcy, którzy uważali że Timothee będzie niezdolny do gry na jesień, czy też Meksykanie, którzy już 13 września wystawili Kolodziejczaka w spotkaniu pucharowym. W przeciwieństwie do francuskiego bohatera Tigres, słynnego Andre Pierre Gignaca, Timothee Kolodziejczak nie potrafił wywalczyć sobie miejsca w zespole.

Timothee Kolodziejczak – Zmarnowany talent

Ktoś mógłby uprościć karierę Kolodziejczaka pisząc, że kontuzje zmarnowały jego karierę. Ja uważam, że to nieprawda. Facet jest obecnie zdrowy jak ryba, a przecież wielu piłkarzy po poważnych kontuzjach wciąż radziło sobie wspaniale. Kolodziejczak zawalił Superpuchar Europy, w którym Sevilla walczyła dzielnie do momentu jego czerwonej kartki. Niby nic strasznego, niby faul taktyczny, a jednak okazało się to prochem w konflikcie z Sampaolim.

Kłótnie ze szkoleniowcem, a w konsekwencji wyjazd do Niemiec, okazały się pomyłką. Bardzo podobna sytuacja do Ludovica Obraniaka, który zamienił Bordeaux na Werder Brema, co okazało się upadkiem jego kariery. O ile Ludo w końcu znalazł swoje miejsce w drugiej lidze francuskiej, o tyle Kolodziejczak utknął jako rezerwowy w Meksyku. Perspektywy powrotu do poważnej piłki z tygodnia na tydzień oddalają się. Zresztą nawet Timothee Kolodziejczak nie wygląda, jakby chciał za wszelką cenę ratować swoją karierę. Z drugiej strony, która poważna drużyna przygarnęłaby rezerwowego z Meksyku, który ma łatkę podatnego na kontuzje i kłótliwego?

Smutna historia człowieka, który jeszcze dwa lata temu rywalizował z Messim oraz Ronaldo. I wiele pojedynków z nimi wygrywał. Wtedy wielu polskich kibiców marzyło o powołaniu dla Kolodziejczaka. Dziś zapewne większość zapomniała, że ktoś taki w ogóle istnieje.

Komentarze
Udostępnij: