Nie dam tytułu, bo na niego nie zasłużyli

Kiedy puszczono mój pierwszy tekst (swoją drogą przepraszam, bo chyba wykrakałem) na łamach „Mistrzów Polski”, najbardziej mnie ujął jeden komentarz, a raczej krótka jego część: „Jak to czytałem, nie wierzyłem w ten tekst. Jednak autor zna się na piłce lepiej niż ja, jak widać po wynikach.”. Z jednej strony to miłe, lecz z drugiej przykre, że znaczna część kibiców musiała wczoraj obudzić się z tej ułudy i walnąć głową o mur zwany rzeczywistością. Już nie jesteśmy potęgą, nie jesteśmy średniakami. Pora sobie powiedzieć wprost – my nawet nie jesteśmy ogórkami. My jesteśmy nawozem.

NAWÓZ

Nawet ogórki potrafią bowiem coś zagrać, walczyć wiedząc, iż technicznie ustępują rywalowi. Wiedzą, że bramkę można strzelić po masie sytuacji i wylanego potu. Powiedzcie sobie szczerze – czy Legia tak na dobrą sprawę spełniła jeden z tych dwóch warunków? Podkreślam WARUNKÓW, by zostać nazwanym ogórkiem. Poważne sytuacje jakie były, to po błędach defensywy Dudelange (na wakacjach rozluźnienie to normalna rzecz). Znamienny był strzał Kucharczyka, który powędrował obok bramki z taką prędkością, że bramkarz gości mógłby zdążyć sobie zaparzyć herbatę, wypić ją i jeszcze przejrzeć grafik pracy kilku swoich kolegów (bo tacy piłkarze też tam są) i dopiero potem gdziekolwiek się ruszyć. Jedyna bramka dla Legii, a jakże, to po błędzie obrony rodem z Ekstraklasy. Bramki Dudelange? Nie tam jakieś kartofle, farfocle, które wpadły przypadkowo. To były akcje przemyślane, konkretne, punktujące słabe strony legionistów. Jak to ujął genialnie Jacek Laskowski – w Dudelange było widać radość i chęć gry, a dla Legii zdawało się, że był to przykry obowiązek. Na nic się zdały soczyste kurwy rzucane przez Malarza i Vukovicia.

Tak naprawdę tylko tę dwójkę można usprawiedliwić. Malarz od lat jest tym, który jako jedyny w tych wszystkich kompromitacjach generalnie nie może mieć sobie nic do zarzucenia. Robi co może i zależy mu. Vuković? Został wrzucony w bagno na zasadzie – „potaplaj się aż ktoś przyjdzie”. Nikt od niego cudów nie wymagał, ale jako człowiek, któremu ewidentnie zależy na Legii, jest z nią związany personalnie, mógł chociaż powiedzieć wprost na konferencji: „No jesteśmy dziadami, zagraliśmy padakę i wstyd nam”. Tymczasem usłyszeliśmy o tym, iż „jest problem mentalny”. Rozumiecie to?

Mistrz Polski w żenującym stylu przegrywa z mistrzem Słowacji – słyszymy o wirusie.
Mistrz Polski w żenujący stylu przegrywa z mistrzem Luksemburga – słyszymy o problemie mentalnym.

Założę się, że niedługo, przy następnej okazji, dowiemy się, iż problemem Legii jest oddziaływanie na Ziemię prądów z Jowisza.

NIE MA LEGII

Zapytałem redakcyjnej koleżanki Weroniki o to spotkanie. Jako kibic Legii może bowiem być bardziej konkretna niż ja, zwykły cynik: „Czuję, że nigdy nie byliśmy na aż takim dnie. Na tak zamulonym, głębokim dnie, z którego nie widać żadnych prześwitów światełka. Tylko ciemność… Nie mamy trenera, nikt dobry nie przyjdzie w taki chaos, tylko ktoś ze skłonnościami samobójczymi, który po prostu potrzebuje roboty i kasy, bo za długo był bezrobotny. Nie mamy bocznych obrońców, a śmiechem na sali jest, że grywa tam Philipps czy Nagy. Stoperów też nie mamy. Astiz już młodszy nie będzie, Pazdan potrzebuje odpowiedniego partnera, sam też błędy wali aż oczy bolą. Wieteska czy Żyro są spoko, ale nic ponadto. Pomoc też bieda aż piszczy. Niby jest Antolić, Cafu, Mąka, Philipps, Hama, Szymański, Rado, a jak przychodzi co do czego to i tak Luksemburczycy zagarniają cały środek, bo nikt nie potrafi im skutecznie odebrać piłki, przeciąć akcji, przejąć drugą piłkę, już nie mówiąc o jakichś fajnych podaniach do przodu… Boli, to wszystko kurewsko boli, że taki wielki polski klub tak popada w bliżej nieznany nieporządek, w którym nic a nic nie współgra…”.

Powiem więcej – w Warszawie nie ma klubu. Z czego bowiem się składa klub? Z prezesa, trenera i zespołu, który tworzy szatnię. Prezesa nie ma, bo jest nim osoba, która jest dobrym biznesmenem, ale nie ma wyczucia do tego biznesu, bo po prostu nie czuje sportu. Nie ma trenera, bo najpierw był nim ktoś bez doświadczenia, dla odmiany (o niespodzianka!) ktoś bez doświadczenia, a teraz ładuje się osobę, która (uwaga!) nigdy nie będzie brana pod uwagę jako pierwszy trener. Zaś szatnia? Tylko z nazwy, bo wszyscy są na siebie tak obrażeni i tak skłóceni, że gdyby nie stroje mógłbym pomyśleć, że to postacie z jakiegoś serialu klasy Z dla młodzieży. Legia to teraz wydmuszka, na zewnątrz niby coś jest, ale w środku pustka. Dlatego też Weronika ma rację – jako trener przyjdzie tam teraz tylko samobójca. Ewentualne cudotwórca, ale chyba w piłce nie powinno się ciągle liczyć na cuda, prawda?

CO Z INNYMI?

Jagiellonia i Lech też się nie popisały, ale nie ukrywajmy, nikt od nich niczego nie wymagał. Lech Poznań niby z początku coś tam próbował, ale z czasem po prostu zwyczajnie zgasł. Duet Cywka-Trałka wbije mi się w pamięć na zawsze. Miałem czasem wrażenie, że równie dobrze na boisku zaprezentowaliby się Lippy i Messy. Klub wyjdzie na chwilę z Ekstraklasy, ale Ekstraklasa z niego nigdy. Co do Jagiellonii, to gol w końcówce podciął skrzydła, ale można być generalnie zadowolonym. Środek pola trochę szwankował, ale ewidentnie widać, że się piłkarzom Mamrota chciało. Swoją drogą widzicie to? Szukając plusów mówimy o tym, że „chciało się piłkarzom!”. Chociaż najciekawszym momentem meczu było to, jak Hajto swoim eksperckim okiem zauważył, że pada deszcz. Obie przegrały, lecz bądźmy szczerzy, mało kto liczył na zwycięstwo. Remisy byłyby brane w ciemno.

Legia jednak wniosła definicję eurowpierdolu na nieznany dotąd poziom. Ona nie sięgnęła dna, ona go przebiła. Trudno mi się o tym mówi jako kibicowi, jeszcze trudniej mi się to oglądało, ale widząc to jak piłkarze z Luksemburga wygrywają pojedynki biegowe, rozgrywają piłkę i ogólnie są taktycznie poukładani, to czasem miałem po strojach wrażenie, że Legia gra z Manchesterem City. Bądź Dudelange gra z Sandecją Nowy Sącz za ich pociesznych ekstraklasowych chwil. Nie obrażając Sączersów. Gdyby było 5-1 dla graczy z Luksemburga, nikt nie miałby pretensji. Czasem zabrakło szczęścia, czasem skuteczności. Tak, dobrze czytacie. Porażka 1:2 była dla piłkarzy Vukovicia najniższym wymiarem kary.

ŚMIECH I ŁZY

Jak to mówiło stare powiedzenie: „Problem nie jest w tym, że jesteśmy w dupie. Problem jest w tym, że zaczynamy się w niej urządzać”. Ja dodam od siebie, że ona nas w tym momencie wywala, bo takiego lokatora nie jest w stanie znieść. A wiecie co jest w tym wszystkim najgorsze? Pytałem ośmiu kibiców Legii, wszyscy stwierdzili, że chociaż się pośmiali. Jeden nawet stwierdził, że go to nie boli, bo za entym razem już nie piecze. Polski kibic nie jest już wściekły, nie jest nawet smutny, on jest po prostu rozbawiony… i tylko niewielu widzi, że to śmiech przez łzy.

Facebook Comments