11 Maj
2018

Nawiązać do tego spotkania

26 maja na stadionie w Kijowie rozpocznie się finałowy mecz Ligi Mistrzów. Real jest zespołem, który z Champions League stworzył swój ogród zabaw. Od dwóch sezonów jak bajkowy struś pędziwiatr przedzierają się przez kolejne fazy i najważniejszym meczu pokazują, że nie ma na nich mocnych. The Reds z kolei to zespół, który kiedyś bezwzględnie panował w europejskiej piłce, ale po haniebnych wydarzeniach na Heysel słusznie zostali strąceniu z piedestału. Drużyna Zizou to gotowy produkt, którego trzeci finał z rzędu nie jest dla nikogo zaskoczeniem, inaczej sprawa ma się z drużyną prowadzoną przez Jurgena Kloppa, która miała być po raz kolejnym chłopcem do bicia z przepłaconym Van Dijkiem, słabym Hendersonem, Firmino, który został na siłę ustawiony jako „9” i Salahem, który nie poradził sobie kiedyś w Chelsea. Dużo wody upłynęło od ostatniego finału The Reds w Champions Leage, a miało to miejsce dokładnie 23 maja 2007. Z racji tego, że w finale spotkają się dwie zupełnie różne ekipy, chciałbym przypomnieć ostatnie wygrane spotkanie drużyny z hrabstwa Merseyside w starciu z Królewskimi i ukazać ile czasu minęło od tamtego zdarzenia. Pozwoli nam to uszanować sukces, jaki osiągnął Klopp wraz ze swoimi zawodnikami, niezależnie od tego, jaki wynik będzie widnieć na tablicy kijowskiego stadionu po końcowym gwizdku sędziego Milorada Mazića.

Pamiętny mecz


Spotkanie to odbyło się 10 marca 2009 roku, było rewanżowym meczem w 1/8 finału Ligi Mistrzów sezonu 2008/2009. W pierwszym spotkaniu niespodziewanie na Santiago Bernabeu wygrał Liverpool po bramce Yossi Benayouna, co gwarantowało emocję w rewanżowym spotkaniu.

45 276 mogło oglądać spotkanie prowadzone przez belgijskiego arbitra Franka de Bleeckere. Trenerem The Reds w tamtym okresie był nie kto inny jak wielki Rafael Benítez, który w ciągu 2 lat doprowadził Liverpool do dwóch finałów Ligi Mistrzów. Mimo tego, że w 2005 roku Steve G podnosił puchar po pamiętnym meczu z Milanem, ta drużyna, którą dzisiaj przedstawimy była w 90% inna. Cztery lata sprawiły, że zwycięski Liverpool przeszedł gruntowną renowację, czy opłaciło się to hiszpańskiemu trenerowi? Ocenić możecie sami.

Bramka


Pepe Reina-wiele razy pisałem już o nim w swoich artykułach. Pozytywny wariat, który nigdy nie zdobył mojej sympatii. Czasy Liverpoolu to jednak złoty okres jego kariery, dzięki której był stałym bywalcem w kadrze La Furja Roja. W tamtym spotkaniu nie dał się pokonać, mimo że w zespole Realu występowali w ataku tacy zawodnicy jak: Raul, Higuain, Robben, czy Sneijder. Do dzisiaj pamiętam jego lot przy interwencji przy rzucie wolnym wykonywanym przez Sneijdera w 29 minucie spotkania.

Obrona


Alvaro Arbeloa-wychowanek Realu Madryt, który w początkowej fazie swojej kariery został oddany do Deportivo la Coruna. Znający hiszpański rynek Rafa Benitez odnalazł godnego następcę Steve’a Finnana, który był uosobieniem równej formy. Dla The Reds rozegrał 98 spotkań i trzeba przyznać, że w większości były one udane. Swoją grą zapracował sobie na transfer właśnie do Królewskich z Madrytu, którzy kilka lat wcześniej zrezygnowali z niepozornego Hiszpana. W opisywanym spotkaniu wywalczył rzut karny. Po jego główce piłkę w polu karnym ręką zagrał Gabriel Heinze.

Martin Skrtel-świeżak w zespole Beniteza. Namaszczony na następcę naszego byłego kapitana Samiego Hyypii. Człowiek, który przez 8 lat godnie reprezentował The Reds. Niezwykle silny w powietrzu, niebojący się ostrych starć. Stoper starego typu, od którego nigdy nie można było wymagać żadnej kombinacyjnej, ładnej gry. W swoim ostatnim sezonie w barwach Zenit St. Petersburg zdobył Puchar UEFA, nie wiem, czy pamiętacie, ale tworzył tam środek obrony z Iwicą Kriżanacem, który występował wcześniej w Górniku Zabrze oraz Groclinie Dyskoboli.

Jamie Carragher-przekwalifikowanie go z prawej strony do środka obrony było strzałem w „10”. Hyypia, Skrtel, Agger to zawodnicy, którzy przy Jamie’em stawali się lepszymi zawodnikami. Nie tylko świetny obrońca, ale także nieformalny kapitan, który swoją miłość do The Reds pokazywał w każdej sytuacji, czasami emanował nią aż za bardzo, czego dowodem jest słynna sprawa z opluciem fanki United. Kierowany przez niego blok defensywny zupełnie odciął od podań legendarnego Raula.

Fabio Aurelio-człowiek, który w kilku spotkaniach zachwycił kibiców The Reds. Niestety jego cała kariera w czerwonej koszulce naznaczona była kontuzjami, które nie pozwoliły pokazać Brazylijczykowi pełni swoich umiejętności. Umiejętnie kontrolował Sergio Ramosa, który nie pohasał sobie po prawym korytarzu boiska. Wszyscy znamy kapitana Realu jako stopera, ale mało kto pamięta, że jeszcze parę lat temu był świetnym bocznym defensorem, co pozwoliło mu trafić do reprezentacji Hiszpanii.

Pomoc


Javier Mascherano-jeden z najlepszych defensywnych pomocników w historii piłki nożnej. Takiego piłkarza jak on do dzisiaj brakuję na Anfield. Bliski strzelenia gola w 4 minucie spotkania. Gola? Powinienem raczej napisać „bramki a’la stadiony świata”. Uderzenie z 20 metrów, lewą nogą tylko cudem nie wpadło pod poprzeczkę Realu. Ten cud nazywał się Iker Casillas. W parzę z Alonso wciągnął Gago i Diarrę jedną dziurką od nosa, a drugą wypuścił. Gra tej pary w starciu ze środkiem pomocy Realu był jak starcie Dawida z Goliatem, tylko, że bez biblijnego happy endu. Zaliczył asystę przy ostatnim trafieniu The Reds.

Xabi Alonso-po tym spotkaniu Real Madryt zakochał się w zawodniku pochodzącym z Kraju Basków. Kapitalne przerzuty, celne, krótkie podania, wizja gry i pewność w zachowaniu. Z perspektywy czasu powinniśmy być dumni, że udało nam się go wyrwać z ukochanego San Sebastian. To zawodnik, który za czasów Anfield był jednym z najlepszych pomocników na świecie, po transferze do Królewskich wszedł na prawdziwy top. Jednym tchem wymieniany z takimi pomocnikami jak Xavi, Pirlo, czy Gerrard, czy Lampard.

Ryan Babel- wielki talent holenderskiej piłki. Do The Reds przechodził w wieku 20 lat i to chyba okazało się największym problemem. Nigdy nie potrafił on mentalnie wytrzymać spotkań o najwyższą rangę, co jednak nie miało miejsca w starciu z Realem. Sergio Ramos na długo zapamięta napis „Babel 19″ na czerwonej koszulce, ponieważ najczęściej oglądał właśnie plecy piłkarza pochodzącego z Surinamu. Ryan nigdy nie miał kapitalnej techniki, genialnego uderzenia, ale miał to coś, co sprawiało, że potrafił uciekać obrońcom. Bardzo żałuję, że nie zrobił większej kariery w hrabstwie Merseyside. Teraz kiedy ma już ponad 30 lat gra jak natchniony w Besiktasie. Może poradził już sobie ze swoimi problemami i skupia się wyłącznie na piłce?

Steven Gerrard-jeden z najlepszych występów naszego kapitana podczas jego kariery. Dwie bramki strzelone Realowi? Tego pozazdrościć mu mogą najwięksi. O ile bramka z karnego to po prostu psychologiczne zwycięstwo nad Ikerem Casillasem to drugie trafienie było z serii: „niemożliwych”. To uderzenie stało się na tyle legendarne, że w tym roku klubowa telewizja nagrywała Alex Oxlade-Chamberlaina jak próbował odtwarzał to trafienie. Musicie je pamiętać, podanie z lewej strony Babela, a tam Gerrard, który z 14 metra uderzył w ekwilibrystyczny sposób w prawe okno bramki Ikera.

Atak


Dirk Kuyt-jeden z najbardziej walecznych piłkarzy, jakiego przyszło nam oglądać na Anfield. Jeden z moich ulubionych zawodników. Talentu nie miał zbyt wielkiego, jednak ciężka praca pozwoliła mu na dojście do miejsca, w którym jest. Szanowany przez kibiców każdego klubu, w którym występował. Wielokrotny reprezentant kraju, mistrz Holandii w barwach Feyenoordu, Turcji z Fenerbahce, piłkarz roku w Holandii z 2006, a przecież miał zostać biednym rybakiem jak jego ojciec. Zaliczył asystę przy bramce El Nino oraz napsuł wiele krwi Cannavaro i Pepe. Kuyt rasowym snajperem nigdy nie był, ale po starciu z Holendrem obrońcy przeciwników zawsze schodzili do domu zmęczeni jak po przebiegnięciu maratonu.

Fernando Torres-bohater mojego ostatniego wpisu z cyklu: The Reds i człowiek dzięki, któremu zakochałem się w Liverpoolu. Ten mecz z Realem był jednym z najlepszych indywidualnych występów piłkarza, jakie pamiętam. To, co El Nino wyprawiał z obroną Królewskich sprawiło, że niedawny zdobywca złotej piłki- Fabio Cannavaro mógł tylko usiąść na murawie i płakać jak małe dziecko. Gol strzelony po asyście Kuyta był najbrzydszą rzeczą, jaką w tym meczu zrobił wychowanek Atletico. Zwody, podania, uderzenia na bramkę Casillasa były prawdziwą sztuką. Napastnik Liverpoolu na tle piłkarzy Realu wyglądał jak Leo Messi między obrońcami Leganes.

Ławka rezerwowych:


Diego Cavalieri, Sami Hyypiä, Martin Kelly, Lucas Leiva, Jay Spearing, David N’Gog i…

Andrea Dossena- czyli włoski lewoskrzydłowy, który ustalił wynik spotkania na 4:0. Asystę przy tym trafieniu zaliczył Javier Mascherano. Ten gol to chyba największy sukces w karierze Dosseny, który zamiast poważnym graniem zajmował się zwiedzaniem kolejnych klubów. Przez Udine, Napoli, Sunderland po FC Chiasso, Leyton Orient i Piacenze. Gol Andrei był ostatnim strzelonym przez The Reds w starciach z Realem, ponieważ w dwóch następnych spotkaniach nasz bilans bramkowy wynosi 0:4.

Liverpool 4:0 Real


Tamten mecz na długo pozostanie w pamięci kibiców The Reds. Od pierwszych sekund drużyna Beniteza atakowała bramkę Casillasa. Po 5 minutach spotkania wynik na tablicy powinien pokazywać dwubramkowe prowadzenie Liverpoolu, tylko dzięki Ikerowi nie doszło do większej kompromitacji. Kolejne minuty to pełna dominacja angielskiego zespołu, który w pierwszej połowie zdołał dwukrotnie umieścić piłkę w siatce. W przerwie nikt nie miał wątpliwości, że awans do 1/4 jest sprawą rozstrzygniętą. Mimo wzmocnienia obrony przez Juande Ramosa The Reds atakowali z podobnym polotem. Steven Gerrard i Andrea Dossena ustalili wynik meczu, w którym wielki Real był tylko tłem dla Liverpoolu. 4:0 było najmniejszym wynikiem kary dla słabo grających piłkarzy ze stolicy Hiszpanii. Blok defensywny Realu w składzie: Ramos, Cannavaro, Pepe i Heinze na długo zapamięta łatwość, z jaką szachował nimi Torres. Gago i Diarra jedyne co mogli wynieść pozytywnego z tego meczu to koszulki Gerrarda, Alonso i Mascherano z autografami zawodników. Higuain i Raul nie musieli nawet brać prysznicu po meczu, ponieważ ich wkład w grę był znikomy, dzięki naszym kapitalnie grającym obrońcom.

Czy jesteśmy w stanie ograć Real 26 maja na stadionie w Kijowie? Tak. Ponieważ obecny Liverpool jest podobny do tego z 2009 roku. Van Dijk występuje w roli Carraghera, Salah jest niczym El Nino, Firmino walczy w obronie i ataku jak Gerrard z najlepszych lat, Mane jest szybszą wersją Babela, a zdrowy Hendo jest w stanie nawiązać do najlepszych występów Xabiego Alonso. Pamiętajcie: We are Liverpool, We trust in Klopp and You’ll never walk alone!

Komentarze
Udostępnij: