Mistrzowie Polski

Z pasją opowiadamy o futbolu

La Liga

Najgorszy z najgorszych

Pozycja bramkarza to najbardziej niewdzięczna rola w piłce nożnej. Weźmy takich napastników, mogą niemiłosiernie pudłować, a i tak na koniec zbierają brawa za zdobywane bramki. Pomocnicy? Grają na alibi, ale od czasu do czasu wymyślą coś kreatywnego i trafiają na okładki gazet. W przypadku golkiperów coś takiego jak margines błędu nie istnieje. Napastnik może, bramkarz musi. A jeśli już wpuści gola, to od razu znajdą się tacy którzy stwierdzą że mógł się lepiej ustawić, albo wcześniej wyjść z bramki. Jeśli nie potrafisz radzić sobie z krytyką, to nie jest zawód dla ciebie. Jakakolwiek pomyłka to już w ogóle niekończąca się lawina hejtu i krytyki. Nasz dzisiejszy bohater wielokrotnie powtarzał że gdyby mógł cofnąć czas, nigdy nie zostałby bramkarzem.

Mimo że w XXI wieku niewielu osiągnęło tyle co on, dziś z wielkim rozgoryczeniem wspomina czasy wyrzeczeń i nierównej walki z presją oczekiwań. Jak to możliwe że ktoś taki jak Victor Valdes stał się najbardziej utytułowanym bramkarzem Barcelony, skoro sam twierdzi że był jej… najgorszym golkiperem w dziejach?

Prestiż ważniejszy od umiejętności?

Złośliwi na każdym kroku wypominali Valdesowi że grał w Barcelonie, bo ta nie chciała przegrać wizerunkowej rywalizacji z Realem Madryt. Galaktyczni Królewscy przez lata sprowadzali do siebie największe gwiazdy światowej piłki, ale w bramce konsekwentnie bronił Iker Casillas, Madridista z krwi i kości. Barca nie mogła być gorsza i postawiła na swojego chłopaka, od dziecka związanego z klubem. Właściwie, już w tym momencie wypada sprostować pewne niedopowiedzenia. Valdes rzeczywiście od 10 roku życia był zawodnikiem Barcelony i przeszedł przez jej drużyny młodzieżowe, ale nie był żadnym wypadku jakimś wielkim fanem tego klubu. Futbol nie był jego pasją, a pracą do której zmuszał go ojciec, wieloletni kibic Dumy Katalonii. Młody golkiper nie czuł się dobrze w La Masii, magia tego miejsca przytłaczała go. Po pół roku uznał że nie może dłużej udawać i opuścił słynną akademię.

Spore znaczenie mieli tutaj także rodzice, którzy pracowali w innym rejonie Hiszpanii, co utrudniało częsty kontakt. Powrócił gdy… zobaczył w telewizji turniej z udziałem młodych piłkarzy Barcelony. Najzwyczajniej w świecie poczuł zazdrość że o jego kumplach zrobiło się głośno, a on odszedł w zapomnienie. Zrozumiał że mimo braku przyjemności z gry w piłkę, to będzie jego zawód który kiedyś przyniesie mu sukcesy. Że właściwie nic innego nie umie robić.

Od przypadku, do przypadku, w końcu dostał swoją szansę w pierwszej drużynie Barcelony. Miał być opcją tymczasową, do momentu aż w klubie nie pojawi się bramkarz o większych umiejętnościach. Początki w jego wykonaniu nie były najlepsze, ale z upływem kolejnych miesięcy prezentował się coraz pewniej, wygrał nawet rywalizację z szanowanym wówczas tureckim golkiperem Rustu Receberem. Gdy Katalonię podbijała samba znajdującego się w fantastycznej dyspozycji Ronaldinho, na bramce stał facet który wychodząc na murawę czekał jedynie na końcowy gwizdek. W swojej biografii („Samotność bramkarza”) powtarzał że świat futbolu nie był jego światem, że nawet gdy odnosił kolejne sukcesy, miał ochotę olać piłkę i zniknąć na zawsze. Tu jest właśnie wielka różnica charakterów. Są tacy piłkarze którzy świetnie bawią się tym co robią i tacy dla których to przykry obowiązek. Valdes należał do tej drugiej grupy.

Problemy psychiczne?

Poniekąd można to tak nazwać, chociaż sam zawodnik przyznał że jego najlepszą motywacją było powtarzanie sobie że jest najgorszym bramkarzem w historii klubu i że do niczego się nie nadaje. To właśnie „metodaV” chociaż dziwna, pozwalała mu przezwyciężyć stres. „Kim jesteś? Jesteś najgorszy”. Facet który męczy się grą w piłkę i klub którego spotkania śledzą dziesiątki milionów kibiców na całym świecie. To się nie mogło udać, a jednak w 2006 roku Barcelona znalazła się na szczycie, zdobywając trofeum Ligi Mistrzów. Victor Valdes stał się jednym z bohaterów finałowego spotkania z Arsenalem, a kibice zaczęli przekonywać się do jego talentu. Ci którzy snuli opowieści o ręczniku który jest bezużyteczny, teraz chwalili Valdesa nie mniej niż gwiazdy pokroju wspomnianego Ronaldinho.

Dzięki tamtym wydarzeniom Victor dostał powołanie na mundial w RPA, podczas którego siedział jedynie na ławce rezerwowych, ale mógł przeżyć euforię po zdobyciu mistrzostwa świata. Podobnie było na Euro 2012, ale po tamtych wydarzeniach zaczął dostawać coraz więcej szans gry. Brakowało realnej weryfikacji talentu, eksperci mimo kolejnych wygranych nagród kręcili nosami uznając że obsada bramki to najsłabsza strona Barcy. Tak zresztą rzeczywiście było, ale póki gablota z pucharami była zapełniania, nikt nie myślał o zmianach. W ten sposób coraz bliżej mu było do wygryzienia z reprezentacyjnej bramki Ikera Casillasa. Co ciekawe, mimo w corocznym plebiscycie Międzynarodowej Federacji Historyków i Statystyków Futbolu, pan Victor znalazł się jedynie pięciokrotnie:

2004-14
2005-13
2006-11
2007-12
2012-6

Victor Valdes ląduje w Belgii

Mimo kilku lat sukcesów, jego renoma cały czas wahała się. Kiedy więc w 2012 roku Real ograł Barcę w finale Superpucharu Hiszpanii, a Valdes popełnił wielki błąd przy golu Angela di Marii, fala krytyki powróciła. Victor długo rozważał co dalej, aż w końcu ogłosił że nie przedłuży wygasającego kontraktu. Jego zamiar był oczywisty, udowodnienie w innym zespole że ma wysokie umiejętności, a potem kto wie, może nawet powrót do Barcelony. Niestety, niedługo później doznał ciężkiej kontuzji kolana, która utrudniła mu znalezienie nowego pracodawcy. Miał co prawda wstępnie podpisaną umowę z Monaco, ale na skutek kontuzji francuski klub zrezygnował z opcji transferu.

W takiej sytuacji Victor przyjął zaproszenie ze strony Manchesteru United, który szukał rezerwowego. Plan był prosty, dojście do pełni zdrowia i walka o pozycję bramkarza numer jeden którą okupował David de Gea. Niestety, Louis van Gaal nie widział miejsca dla 31-letniego wówczas zawodnika i odesłał go do rezerw. Tam Valdes grać nie zamierzał, więc wypożyczono go do Standardu Liege.

Wprawionej w ruch machiny upadku nie dało się zatrzymać. Z kolesia który bronił bramki jednej z największych klubowych drużyn świata, Valdes spadł do pozycji rezerwowego w lidze belgijskiej. Nie popełniał wielkich błędów, ale zarazem w Standardzie woleli stawiać na własnych wychowanków. Właściwie, padł ofiarą takiej samej logiki, jaką stosowano wobec niego w Katalonii. Popularny bramkarz? Po co, skoro można postawić na własnego młodziaka, nawet jeśli jest ciut gorszy. Co ma obronić to i tak obroni.

Spójrzcie zresztą na współczesne PSG, gdzie sprowadzono Gigiego Buffona. Włoch to bez wątpienia jeden z najlepszych graczy na tej pozycji w ciągu ostatnich 20 lat, co sezon jest w światowej czołówce i co? Rozegrał w tym sezonie dla paryskiego klubu ledwie 6 spotkań, a „średni” Alphonse Areola który uważany był za bramkarza numer 3 w reprezentacji Francji, ma w tym sezonie 7 występów. Brak logiki? Nie, korzystniej jest stawiać na dłuższą metę na swojego, młodego gracza. Buffon za rok/dwa odejdzie, a Areola może przy nim się wiele nauczyć i rozwiązać problem z obsadą bramki na długie lata.

Wczesna emerytura

Ostatnim akcentem w piłkarskiej karierze Valdesa było Middlesbrough, z którym spadł z Premier League. Poczuł że rozmienia się na drobne i ogłosił zakończenie swojej przygody z piłką nożną. Niedługo później usunął swoje media społecznościowe i odciął się od wielkiego futbolu. Jak sam przyznaje, wielki wpływ miała na to rehabilitacja po kontuzji kolana którą przeszedł w Augsburgu, gdzie mógł „normalnie żyć”. Przez lata traktowany był jak gwiazda, możliwość samodzielnego wyjścia na zakupy, przejazdu tramwajem czy jedzenia w taniej knajpce bez strachu przed nękającymi fanami i dziennikarzami była dla niego nowością.

Możnaby zastanawiać się dlaczego Victor Valdes zdecydował się na karierę piłkarza, skoro nie lubił futbolu i popularności. Dwie odpowiedzi które serwuje sam zawodnik to „ojciec kazał” i „futbol to dobry sposób na zarobek”. Słabe, chociaż prawdziwe wytłumaczenie. Z drugiej strony, nie dajmy się oszukać temu co wmawiają niektóre media, futbol już na zawsze będzie częścią życia Valdesa. To trochę jak z żołnierzem który wraca z frontu, coś na zawsze się w nim zmienia. Oczywiście, ktoś może powiedzieć że przecież Victor skupił się na własnym biznesie, ale jaki to był biznes? Niszowa stacja telewizyjna w której prowadził audycje? A czego one dotyczyły? Gotowania? Szydełkowania? Nie, oczywiście że futbolu. Tak samo od jakiegoś czasu jest menedżerem młodzieżowego zespołu Moratalaz (współpracującego z Realem). Czyż to nie paradoks? Koleś który twierdził że nienawidzi futbolu, teraz sam próbuje zarazić pasją do piłki dzieci w Madrycie.

Facebook Comments