Najgorsi napastnicy Ekstraklasy

Nie ma co się oszukiwać, Ekstraklasa ostatnimi laty zasłużyła na niezbyt pozytywną renomę. Kiedy kibice w większości europejskich państw emocjonują się wynikami losowania Ligi Mistrzów, nam pozostają emocje naszej rodzimej „szmacianki”. Oczywiście na naszym polskim oborniku wyrosło przez ostatnie lata kilku dobrze zapowiadających się zawodników, ale to nie oni będą bohaterami dzisiejszego wpisu. Tym razem opowiem Wam o gronie napastników powszechnie uważanych za najgorszy z możliwych szrotów. Takich, którzy nawet w polskiej lidze wyglądali na totalnych amatorów i niedorajdy. Kolejność wymienianych przeze mnie graczy jest przypadkowa, żebyście, nie sugerując się moimi spostrzeżeniami, mogli sami zastanowić się kto zasługuje na tytuł „najgorszego napastnika Ekstraklasy”. A może w kilku wypadkach taka ocena jest niesprawiedliwa? Chętnie przeczytam Wasze opinie.

Joseph Mawaye 

Podobno w 2006 roku turecka Kasimpasa wykupiła Kameruńczyka z belgijskiego Anderlechtu za okrągły milion euro. Po nieudanej przygodzie nad Bosforem, Mawaye szukał sobie nowego klubu i trafił na obóz przygotowawczy Arki Gdynia. Niezłą grą w sparingach przekonał do siebie sztab szkoleniowy, który uwierzył, że 24-letni wówczas piłkarz znacznie wzmocni siłę ataku. Ostatecznie skończyło się na 26 ligowych występach i 0 (ZERO!) trafień. Wyczyn jak na napastnika iście niewiarygodny. Mawaye po opuszczeniu Ekstraklasy trenował z amatorskim niemieckim zespołem Respect United, aż w końcu wylądował w IV lidze francuskiej. Nawet tam miał problemy ze zdobywaniem bramek. Bardzo dziwna historia. Albo mamy do czynienia z przebitymi papierami (czyli popularne w Afryce fałszowanie metryki), albo Mawaye nagle zapomniał jak się gra w piłkę. A może po prostu nigdy nie miał większego talentu. Z kwotą miliona euro spotkałem się jedynie na polskich stronach internetowych, żadne belgijskie ani tureckie źródła nie potwierdzają takiej sumy. Zresztą czy ktokolwiek wyłożyłby milion za juniora? Mawaye nigdy bowiem nie zadebiutował w seniorach Anderlechtu. Sprawa śmierdzi na kilometr. W kontekście oceny zawodnika spodobała mi się niezwykle fachowa ocena ówczesnego szkoleniowca Arki Gdynia Dariusza Pasieki, który stwierdził, że największym atutem Josepha jest jego młody wiek. No cóż, nic dziwnego, że z czasem nie było już argumentów, żeby udawać, że Mawaye umie grać w piłkę.

Manuel Pablo Garcia

Człowiek legenda. Do dzisiaj nie mam pojęcia skąd w 2004 roku wytrzasnął go Jerzy Engel, sprawujący wówczas rolę dyrektora sportowego Legii Warszawa. Pierwszy Argentyńczyk w klubie z „eLką” zachwycił na przedsezonowym zgrupowaniu we Francji, do tego stopnia, że były selekcjoner biało-czerwonych zaproponował mu pięcioletni kontrakt. Ostatecznie stanęło na rocznym wypożyczeniu, które już po pierwszym ligowym spotkaniu działacze chcieli skrócić. Zastanawiam się z kim ta Legia musiała na zgrupowaniu grać, skoro Garcia strzelał gola za golem? Jakie musiał mieć niewiarygodne szczęście, że skierował futbolówkę w stronę bramki? W lidze wyglądał jakby pierwszy raz w życiu brał udział w spotkaniu piłkarskim. Po roku opuścił stolicę, wracając do ojczyzny, a następnie ruszając na podbój amatorskich lig we Włoszech. Pozostały po nim jedynie piękne sesje zdjęciowe (które zrobiła redakcja „Naszej Legii”) oraz opowieści, że „wolał grać w rezerwach Racing Clubu, bo tam był lepszy trener”. Kultowy jest także tekst, że koledzy w drużynie powinni uczyć się hiszpańskiego, bo Garcia nie zna angielskiego. Taaa… Skąd oni go wytrzasnęli?

Daniel Sikorski

do dzisiaj wspominam ironiczne „Daniel Sikorski – najlepszy napastnik Polski”, które niosło się, gdy Austriak rozpoczynał rozgrzewkę przy ławce Wisły Kraków. Już wtedy cieszył się niezbyt pozytywną sławą, na którą zapracował pobytem w Krakowie, Zabrzu i Warszawie. Szczególnie spektakularnie zawalił w Polonii Józefa Wojciechowskiego, która zapłaciła za niego zabrzanom 400 tysięcy euro. W barwach Czarnych Koszul rozegrał 15 spotkań, w których nie zaliczył żadnego trafienia ani asysty. Obecnie kopie w lidze cypryjskiej, bez większych sukcesów. Czy rzeczywiście Daniel był aż tak fatalnym grajkiem? Z pewnością gorszym niż oczekiwano. Do Ekstraklasy trafił z polecanie Lukasa Podolskiego, ale do poziomu kolegi brakowało mu conajmniej kilka, jeśli nie kilkanaście klas. Swoją drogą miałem nieodparte wrażenie, że Daniel nie czuje, że kibice za jego plecami cisną niesamowitą bekę. Serio wierzył, że ktoś uważa go za najlepszego napastnika Polski. Nie dajcie się omamić tekstom, że Sikorski odblokował się po odejściu z Ekstraklasy. To wciąż ten sam supersnajper, który w sezonie ustrzela po 4 trafienia.

Dudu Omagbemi

latem 2007 roku przychodził do Wisły Kraków jako superstrzelec ligi… indyjskiej. „Goal Machine” – jak sam o sobie mówił, zaczął od mocnego wejścia, zdobywając gola w debiucie przeciwko Polonii Bytom, ale już po jednym sezonie postanowiono nie przedłużać z nim kontraktu. Nigeryjczyk zapisał się w historii jako wielki niewypał, a przecież rozgrywki zakończył z niezłym bilansem 6 trafień w 18 spotkaniach. Czemu więc nie udało mu się podbić polskich boisk? Ano dlatego, że nikt nie chciał na niego postawić. Dochodziło do takiej sytuacji, że Omagbemi wchodził na boisko, strzelał gola, wygrywał 100% pojedynków, nie zaliczał nawet jednego niecelnego podania i w kolejnym meczu grał jeszcze mniej. Piłkarz nie taki zły, tylko nieumiejętnie wykorzystany. Po odejściu z Wisły supersnajper w Finlandii i ponownie w Indiach. Pewnego poziomu nigdy nie przeskoczył, ale był lepszy niż wielu oceniło.

Cesar Cortes

Podejrzewam, że nawet zagorzali sympatycy piłki w wydaniu ligowym mogą mieć problemy z przypomnieniem sobie tego napastnika. Chlijczyk był wynalazkiem Jose Marii Bakero, który w 2010 roku sprowadził Cortesa do Polonii Warszawa. Od początku spotkało się to z wielką krytyką o prywatę, a że pan Cesar przez 127 minut, które spędził na boiskach Ekstraklasy nic specjalnego nie pokazał, to błyskawicznie okrzyknięto go jednym z najgorszych transferów w historii Polonii. Smutny koniec opowieści? Nic z tych rzeczy. Koleś uznawany za niedorajdę w Polsce trzy lata później grał w podstawowym składzie reprezentacji. Tak, dobrze przeczytaliście. Cesar Cortes wywalony z Polonii Warszawa znalazł się w zespole Jorge Sampaolego. Co więcej, zaliczył asystę w jednym ze spotkań. Rywal? Brazylia z Neymarem, Ronaldinho i Paulinho na boisku. Za słaby na Ekstraklasę, w sam raz na reprezentację. Typowe.

Ivica Iliev

Kolejny niewypał w historii Białej Gwiazdy. Do Krakowa przyjechał w glorii korony króla strzelców ligi serbskiej. Z Partizanem Belgrad zdobył wszystko co dało się zdobyć, ale jako że kończył mu się kontrakt i został wolnym zawodnikiem, postanowił spróbować szczęścia w Ekstraklasie. Swego czasu uważano go za jednego z najzdolniejszych młodych Serbów, a dobrą grą w rodzimej lidze zwrócił na siebie uwagę klubów Serie A i Bundesligi. Epizodów w Genui i Energie Cottbus nie mógł zaliczyć do udanych, ale wierzono, że to człowiek, którego trafienia zaprowadzą Wisłę do wymarzonej Champions League. 69 spotkań i 7 bramek to jednak wynik znacznie poniżej oczekiwań. Ktoś kiedyś na wiślackich forach stwierdził, że Iliev przychodząc do Białej Gwiazdy myślami był już na emeryturze i potraktował przeprowadzkę kategoriami czysto turystycznymi. Oczywiście to mocno niesprawiedliwa ocena, chociaż faktem jest, że po odejściu z Wisły ogłosił zakończenie kariery piłkarskiej. Niedługo później został dyrektorem sportowym Partizana. Jego przewaga nad kolegami polegała na tym, że potrafił odpowiednio promować się mimo słabej gry. „Kocham Kraków, jestem dumny z bycia Wiślakiem” i już zupełnie inaczej odbiera się jego osobę. Dla mnie osobiście spory zawód.

Daniel Chima Chukwu

Finansowa kompromitacja Legii Warszawa. Facet, który pobierał jedną z największych pensji w historii Ekstraklasy (0.7 mln euro rocznie!), przez 2 lata zdobył 3 trafienia. Dwa ze Świtem Nowe Dwór Mazowiecki i jedno z Ruchem Wysokie Mazowieckie. Wszystko w barwach rezerw stołecznego klubu. Znając realia polskiego futbolu, nie zdziwi mnie jednak jeśli Chukwu w rzeczywistości nie jest aż tak fatalnym piłkarzem jak panuje powszechna opinia. W lidze norweskiej strzelał gola za golem, w lidze chińskiej również należał do czołówki snajperów, a nawet w ostatnich tygodniach popisał się 4 asystami w kwalifikacjach Ligi Europy w barwach Molde. Może jednak to nie Chukwu taki beznadziejny, tylko w Warszawie nie potrafiono wykrzesać z niego więcej? I w tym przypadku można zastanawiać się, dlaczego niektórzy dostają szansę za szansą, mimo że zawodzą, a inni muszą udowodnić swoją wartość, wchodząc na 10-20 minut spotkania.

Mikel „po co nam Lewandowski” Arruabarrena

Napastnik, któremu na zawsze będzie towarzyszyć kultowy cytat z Mirosława Trzeciaka, ówczesnego dyrektora sportowego Legii Warszawa. Swego czasu to właśnie Arru został celem transferowym klubu ze stolicy, kosztem przyszłego snajpera Bayernu Monachium i reprezentacji Polski. Po co Lewy, skoro można tanio ściągnąć zdolnego Mikela? Hiszpan w Ekstraklasie rozegrał ledwie 88 minut, ale i tak uznano, że nie spełnia pokładanych w nim oczekiwań. Bez żalu odesłano go więc do ekipy Eibar, gdzie wkrótce zdobywał gola za golem. Ba! Wyobrażacie sobie, że ten „cienias” za słaby na polską ligę poprowadził Eibar do Primera Division, gdzie jako kapitan w 2014 roku zaliczył 9 bramek! Więcej od chociażby Kevina Gameiro, Pedro czy Alvaro Negredo. Oczywiście przy dokonaniach Lewandowskiego to pikuś, ale śmiem twierdzić, że Legii po prostu zabrakło jaj, dokonała złego wyboru i zamiast iść dalej, bez sensu pozbyła się przyzwoitego grajka. Arruabarrena pozostanie symbolem fatalnej polityki transferowej Legii, chociaż nie uważam go za złego piłkarza. Tutaj mała ciekawostka, Mikel jest starym znajomym Igora Angulo, z którym grał w Bilbao.

Denis Thomalla

Wielki podziw dla osoby, która uznała, że to właśnie trafienia Niemca wprowadzą Lecha Poznań do elitarnej Ligi Mistrzów. Żeby było zabawniej, Denis sezon rozpoczął od bramki w kwalifikacjach LM, ale później z meczu na mecz było coraz gorzej. Jakimś dziwnym trafem nikomu nie przyszło do głowy, że skoro facet odbił się od poważnej piłki, to nie ma sensu mieć wobec niego wielkich oczekiwań. Wierzono, że gole zdobywane w drugiej lidze austrackiej to wystarczające osiągnięcie, żeby marzyć o podboju Europy. Niestety Thomalla stał się symbolem bezradności Kolejorza, stąd szybko oddano go na wypożyczenie do drugoligowego niemieckiego Heidenheim, w którym gra do dzisiaj. Jak sobie tam radzi? 7 trafień. W 3 lata. Środkowy napastnik. Co więcej dodawać?

Nickie Bille Nielsen

Sprowadzając go do Poznania, władze klubu doskonale zdawały sobie sprawę, że mają do czynienia z człowiekiem skandalicznym. Olano jednak wszelką logikę, wierząc, że 11 goli w drugiej lidze hiszpańskiej nie mogło być przypadkiem. Niestety chyba jednak było. A może inaczej, co do sportowych umiejętności ciężko dokonać realnej oceny. Nielsen przeplatał słabe występy z absencją za kontuzje. Nie przeszkadzało mu to jednak w zaczepkach wobec rywali z Legii Warszawa, ani prowadzeniu rozrywkowego trybu życia. Lech w porę uwolnił się od specyficznego Duńczyka, który po wyjeździe do Grecji został zatrzymany za atak na 20-letnią partnerkę oraz posiadanie zdjęć pornograficznych i kokainy. Jak się bawić to się bawić…

Facebook Comments