Mistrzowie Polski

Z pasją opowiadamy o futbolu

Inne ligi

Bierzemy na tapet: 1. kolejka LM

Wróciła ona, królowa wszystkich lig – Liga Mistrzów. Rozgrywki, które śledzi każdy szanujący się fan kopanej, rozgrywki, które chętnie obejrzą nawet niedzielni kibice, rozgrywki, dzięki którym wtorkowe i środowe wieczory zamienią się w falę pozytywnych emocji. Niektórzy mogą powiedzieć, że wyjście z grupy to tylko formalność dla gigantów, a prawdziwa futbolowa gorączka zacznie się dopiero na wiosnę, w fazie pucharowej, kiedy zostaną już tylko najlepsi z najlepszych. Nie do końca jest to prawdą. Fakt, kumulacja emocji następuje wraz z kolejnymi etapami LM, ale czy w fazie grupowej nie brakuje niespodzianek, hitowych meczów, czy objawień? Uważam, że nie. A te osoby, które – z różnych powodów – swoją przygodę z Champions League planują zacząć dopiero w nowym roku, zapraszam na subiektywne podsumowanie najciekawszych aspektów pierwszej kolejki tegorocznej LM. Po to, aby nie wypaść z rytmu.

Wejście smoka

Może i wtorkowe mecze nie były nad wyraz emocjonujące, ale jedno z tych spotkań, na które wcale nie ostrzyliśmy sobie zębów jest zdecydowanie warte zapamiętania. Red Bull Salzburg po 11 nieudanych próbach przebrnięcia przez eliminacje do fazy grupowej najbardziej elitarnych rozgrywek na starym kontynencie, wreszcie dopiął swego. Jak widać, czekanie na swój moment się opłaciło. Mistrz austriackiej Bundesligi rozbił 6:2 belgijski Genk w swoim debiutanckim meczu Ligi Mistrzów.

Wtorkowy wieczór na Red Bull Arena był prawdziwym pokazem siły ofensywnej gospodarzy. 6 wbitych goli i pełna dominacja nad rywalem. Indywidualnie całe show skradł Erling Braut Haaland (tak, to ten sam zawodnik, który na MŚ U-20 w Polsce strzelił 9 bramek Hondurasowi). Dotychczasowe popisy 19-letniego Norwega przechodziły bez echa. 14 goli i 5 asyst w zaledwie 8 meczach tego sezonu (statystyka przed meczem z Genkiem) nie sprawiły, że młodzian był na czołówkach zagranicznych gazet i ustach wielu kibiców. Nic dziwnego, bo – mimo, że Die Bullen na własnym podwórku leją wszystkich równo, a Halland jest pierwszoplanową postacią zespołu – to liga Austriacka nie należy do europejskiej czołówki.

Dzień później mieliśmy okazję oglądać kolejnego hat-tricka. Dinamo Zagrzeb prowadzone przez Nenada Bjelicę pokonało faworyzowaną Atalantę 4:0, a strzelcem trzech goli był Mislav Orsic. Chorwat zaliczył prawdziwe wejście smoka do Champions League i jest kolejnym piłkarzem, który przez występy w tych rozgrywkach może na trafić na listę skautów czołowych klubów.

Król jest nagi

Jeśli wskazywalibyśmy faworytów do końcowego zwycięstwa w Lidze Mistrzów, nie mogłoby obejść się bez Liverpoolu. Po pierwsze – to niesamowicie mocna, a zarazem ciągle rozwijająca się ekipa. Start sezonu Premier League to komplet punktów po 5 meczach. Po drugie – poprzedni triumfator LM. A jednak na Stadio San Paolo The Reds ulegli Napoli 2:0. Powtórka z rozrywki – rzec można. Niecały rok temu, Azzuri w Neapolu również ograli Liverpool, wówczas 1:0. Jurgen Klopp ma teraz spore pole do popisu. Co prawda rozgrywki ligowe jego zespół zaczął w świetnym stylu, jednak – znając ambicję niemieckiego szkoleniowca – chciałby on powtórzyć ubiegłoroczny wyczyn w LM. A żeby stało się to faktem, The Reds muszą poprawić wyjazdowe mecze z najlepszymi drużynami Europy. Z ostatnich 8 takich poczytek, przegrali aż 6.

Król Champions League? Z klubów należałoby wybrać Real Madryt. W końcu to Królewscy mają najwięcej triumfów w tych rozgrywkach. A jeśli dodamy fakt, że na ławkę trenerską Los Blancos wrócił Zinedine Zidane – trener, który trzy razy z rzędu zdobywał trofeum za najcenniejsze rozgrywki europejskie – to skojarzenia nasuwają się same. Tą drużynę można śmiało nazwać jedną z najlepszych w historii Ligi Mistrzów. Po klęsce w ubiegłorocznej edycji, teraz kibice Królewskich mieli nadzieję na nawiązanie do wcześniejszych sukcesów.

Ale jak to często bywa, rzeczywistość brutalnie zderza się z oczekiwaniami. Pierwsze spotkanie w Lidze Mistrzów po powrocie Zidane’a okazało się totalną klapą. PSG dało solidną lekcję Los Blancos, a Thomas Tuchel nakrył czapką Zizou pod względem taktycznym. Paryżanie byli stroną wyraźnie dominującą i pewnie zgarnęli 3 punkty, zwyciężając 3:0. A przecież w ich składzie zabrakło największych gwiazd – Neymara, Mbappe oraz Cavaniego. Piłkarze Realu wyglądali tak, jakby wyszli na Parc des Princes za karę. Oglądając ten zespół w ogóle nie było widać determinacji, zaangażowania i pasji. Ponadto Królewscy fatalnie wyglądali w defensywie. Zostawiali mnóstwo miejsca przed i we własnym polu karnym, rywale z łatwością stwarzali okazje w bocznych sektorach boiska. W ofensywie też nie było lepiej. Goście nie oddali nawet celnego strzału, a ich wyprowadzanie piłki od własnej bramki wołało o pomstę do nieba.

Nie wyciągajmy pochopnych wniosków

Od lat prowadzona jest dyskusja, dlaczego kluby Premier League tak słabo radzą sobie w Lidze Mistrzów. Fani tejże ligi usprawiedliwiają swoich ulubieńców brakiem przerwy zimowej oraz sporą rywalizacją na krajowym podwórku. Jak pokazał miniony sezon – wszystko da się połączyć. Mieliśmy przecież dwa angielskie finały w europejskich rozgrywkach. Liverpool kontra Tottenham w LM i Chelsea vs Arsenal w LE. Ponadto Manchester City został wyeliminowany przez inną angielską ekipę – Tottenham, a United – przez giganta z Barcelony. To wynik, który z pewnością wlał nadzieję w serca angielskich kibiców, którzy nareszcie mają argumenty w sporach o to, która liga jest najlepsza.

Jednak tegoroczna edycja LM dla angielskich zespołów rozpoczęła się fatalnie. Jedyną ekipą, która może cieszyć się z trzech punktów po pierwszej serii gier jest Manchester City. Podopieczni Pepa Guardioli pewnie pokonali Szachtar 3:0. Za to dla Chelsea i Tottenhamu sprawa nie wygląda tak różowo. The Blues pod wodzą debiutującego w rozgrywkach LM Franka Lamparda przegrali 0:1 z Valencią. Decydującego gola zdobył Rodrigo, a Chelsea, pomimo wielu stworzonych okazji, nie potrafiła znaleźć drogi na umieszczenie piłki w siatce Jaspera Cillessena.

Mauricio Pochettino może pluć sobie w brodę. Jego podopiecznym znów zabrakło wyrachowania. Koguty szybko objęły dwubramkowe prowadzenie, ale nie potrafiły dowieźć tego wyniku do końca. Olympiakos wbił im 2 gole i Spurs mogą czuć spory niedosyt po tym meczu. Zwłaszcza, że to kolejna delegacja, z której Spurs nie potrafią wywieźć kompletu punktów z delegacji.

Za nami dopiero pierwsza kolejka Ligi Mistrzów i nie wyciągałbym pochopnych wniosków. Znamienny jest fakt, że finaliści poprzedniej edycji do ostatnich minut drżeli o wyjście z grupy. Tak samo może być i w tym sezonie. Dlatego mimo fatalnego meczu nie skreślajmy jeszcze Realu, czy nie wieszczmy rychłego odpadnięcia zespołom z Anglii. Tak samo nie popadajmy w zachwyty nad Salzburgiem, Dinamem Zagrzeb, PSG czy ambitną Slavią Pragą. Jak to mawia prezes PZPN Zbigniew Boniek:

Facebook Comments

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *