Mundial, mundial i już po

Podstępny drań. Każe na siebie czekać 4 długie lata, pojawia się na chwilę i znika nie wiadomo gdzie i kiedy. Mundial, jak zwykle, zleciał jak z bicza strzelił. Przed chwilą oglądaliśmy mecz otwarcia, napawaliśmy się atmosferą i nadchodzącymi emocjami, a dziś już po finale. Nie sposób się jednak obrażać. Z niecierpliwością poczekamy kolejne 4 wiosny, mimo że należy zdać sobie sprawę, że następny turniej rozpocznie się dopiero w listopadzie 2022. 

Ostatni miesiąc był prawdziwym świętem futbolu. Można mówić, że piłka klubowa dawno odjechała reprezentacyjnej pod względem poziomu rywalizacji i umiejętności drużyn, z czym nie sposób się nie zgodzić. Starcia między przedstawicielami narodów, którzy jednoczą się w ten wyjątkowy czas, wciąż mają jednak w sobie coś niezwykłego. Są wolne od klubowych podziałów czy pojedynków na poziomie finansowym. Tu niczego nie da się kupić. Ta nutka romantyzmu potrafi przyciągnąć nas na stadion lub przed ekran telewizora i pozwala cieszyć się widowiskiem.

Nawet jeśli akurat nie grają nasi, co niestety znów prędko nastąpiło, jesteśmy się w stanie dać wciągnąć w wir emocji. Jasne, marzyliśmy o kolejnej pięknej przygodzie ekipy Nawałki, o kolejnym udanym turnieju i kolejnych chwilach ogólnokrajowej radości. Niestety nie udało się, lecz rozpacz, o ile kogoś dotknęła, ukoiły spotkania innych, w większości przypadków lepszych, drużyn. Każdy szukał nowej sympatii lub przestawiał się na trzymanie kciuków za reprezentację drugiego wyboru. Nie było o to trudno.

Postawię nawet tezę, że było bardzo łatwo. Cała plejada najlepszych zespołów na świecie. Do wyboru, do koloru. Od walecznego i ułożonego Urugwaju, przez konsekwentną Francję, niezłomną Belgię, marzący Meksyk, żyjącą snem Anglię, aż po niesamowicie zdeterminowaną Chorwację. I nawet Rosji dało się kibicować po ich morderczym boju z Hiszpanią, a Stanisław Czerczesow znów przypomniał się polskim kibicom pamiętającym jego przygodę z naszą rodzimą ekstraklasą.

Bez bicia przyznam, że jako miłośnik piłki w wydaniu brytyjskim, z przyjemnością obserwowałem poczynania Anglików. Entuzjazm zawodników i kibiców, atmosfera w kadrze i w kraju, jedność gwiazd największych klubów Premier League i dążenie do wspólnego celu. To naprawdę mogło się podobać i mimo, że „futbol nie wrócił do domu”, zgraja Southgate’a może chodzić z podniesioną głową. Nie z powodu nie wiadomo jakiego sukcesu lub samozadowolenia, lecz z uwagi na danie swoim rodakom radości, na którą po tylu latach niepowodzeń zasłużyli.

Nie sposób również nie pochwalić postawy Szwecji oraz Korei Południowej. Ćwierćfinał pierwszych, to triumf kolektywu nad siłą jednostki. Z kolei drudzy zaprezentowali nam moc ułożenia taktycznego oraz siły mentalnej. Pokazali, że warto walczyć do końca i gonić marzenia. Mimo braku wyjścia z grupy udowodnili swoją jakość i dali namiastkę swoich możliwości.

W Rosji nie zabrakło też popisów indywidualnych, które złożyły się na kilka fenomenalnych występów poszczególnych piłkarzy. Z kopyta w turniej wszedł Ronaldo, lecz daleko swojej reprezentacji nie dociągnął. Jego wybitny występ przeciwko Hiszpanii zostanie mi jednak w głowie na długo, a zdobyty hat trick przeszedł już do historii. Pomimo nierównych występów swoją klasę udowodnili Lukaku oraz król strzelców całej imprezy – Harry Kane. W swojej grze po raz kolejny rozkochał nas Luka Modrić, czyli mózg i płuca Chorwacji. Do tego prawdziwy artysta, który nie boi się pobrudzić, by dać z siebie wszystko. Miał u boku nie mniej utalentowanego kompana, który nie bał się odpowiedzialności. Mowa oczywiście o Rakiticiu.

Na wyższy poziom wszedł wreszcie Eden Hazard. Belgijski solista od dawna miewał przebłyski geniuszu, lecz rzadko utrzymywał regularną dyspozycję. Tym razem mu się udało i spokojnie można określić go mianem lidera z krwi i kości. Nieco mniej kunsztu, ale z pewnością nie mniej waleczności i motywacji ma w sobie zgraja Hrvatskiej. Mam tu na myśli choćby Mandzukicia, Perisicia czy Rebicia. Wszyscy trzej to prawdziwi żołnierze zdolni do największych poświęceń w imię dobra zespołu.

W finale ulegli jednak francuskiej sile, w której wyróżniał się mocarny Varane, niestrudzony Kante, przebojowy Mbappe oraz kapitalny Griezmann. Także bramkarze mogli sobie w Rosji poszaleć. Najsolidniej wypadł Courtois, lecz tylko nieznacznie ustąpił mu Pickford i Lloris. Objawili nam się również spece od bronienia jedenastek, czyli Akinfeev, Schmeichel i Subasić.

Swoje nazwisko wypromowali Pavard oraz Cheryshev, którzy mogą liczyć na transfery do lepszych klubów. Jeśli nie w to lato, to w przeciągu najbliższych 2-3 okienek na pewno.

Wszystkie spotkania rozgrywane były pod czujnym okiem VARu, co niejednokrotnie przyniosło wyśmienite skutki. Czy były to najsprawiedliwsze mistrzostwa w historii? Nie jestem skłonny do bycia pewnym tej tezy, lecz sądzę, iż nikt nie został wybitnie pokrzywdzony.

Można narzekać na mnogość goli zdobytych po stałych fragmentach gry (45%), lecz taki jest dzisiejszy futbol i nie uciekniemy od tego. Selekcjonerzy nie mają przesadnie wiele czasu, by wpoić swoim drużynom kilkadziesiąt schematów rozegrania ataku pozycyjnego, lecz kilka manewrów przy okazji stojącej piłki już tak. I jak pokazał mundial – warto.

Podsumowując, nie był to najgorszy miesiąc w życiu pasjonatów piłki nożnej. Spokojnie mogę założyć, że w wielu domach, nie mówiąc już o stadionach czy strefach kibica, emocje sięgnęły zenitu. Podziwianie najlepszych z najlepszych w większości przypadków było przyjemne, a popularnych „gniotów” było jak na lekarstwo. Nie ukrywam jednak, że powoli zacieram ręce na powrót futbolu klubowego, a zmagania reprezentacyjne wrócą do nas niebawem przy okazji pierwszej edycji Ligi Narodów. Do kolejnego mundialu pozostało już tylko 1589 dni!

Facebook Comments