Mistrzowie Polski

Z pasją opowiadamy o futbolu

Bez kategorii

Mamo ja nie gram, ja trenuje przed igrzyskami

Tematyka e-sportu od zawsze wywołuje olbrzymie emocje. Dla jednych jest to sport XXI wiek który ma szansę przegonić popularnością tradycyjne dyscypliny. Inni uważają że gry komputerowe nigdy nie powinny być porównywane do lekkoatletyki, piłki nożnej czy skoków narciarskich. Podczas niedawnych igrzysk olimpijskich w Pjongczang rozegrano turniej w grę StarCraft II. Zawody patronatem objął Międzynarodowy Komitet Olimpijski który coraz częściej skłania się ku wprowadzeniu sportu elektronicznego do konkurencji olimpijskich. Oficjalnie podobno decyzja na zostać podjęta za dwa lata po igrzyskach w Tokio. Zdaję sobie sprawę że to nie jest łatwy problem, ale chciałbym podzielić się z Wami kilkoma spostrzeżeniami na temat e-sportu i jego „przynależności” do igrzysk.

Sport to biznes

Od wielu lat biznesmeni z całego świata starają się zarobić na sporcie. Dziś Liga Mistrzów, NBA czy SuperBowl to imprezy generujące miliardy dolarów. Największe telewizje na świecie wydają ogromne kwoty za prawa do transmisji, sponsorzy walczą żeby ogrzać się w blasku sławy czołowych sportowców. Sport jest biznesem. Mimo wszystko ten biznes ma spore ograniczenia. Pakowanie kasy w promocje piłki nożnej w USA, Chinach czy Japonii nie przyniosło dotychczas oczekiwanego wielkiego sukcesu.

Szczególnie atrakcyjny jest właśnie rynek Azjatycki. Zobaczcie sobie na wyniki produkcji filmowych. Amerykański film „Czarna Pantera” bije rekordy popularności w USA ale w skali świata przegrywa z chińską produkcją „Hong hai xing dong”. W Azji mieszka 60% popularności świata. To rynek na którym można generować gigantyczne kwoty. O ile z tradycyjnymi sportami ciężko zaistnieć w Chinach, o tyle e-sport robi tam niewiarygodną furorę. Już dziś przyjmuje się że w tym kraju jest więcej zawodowych graczy niż… mieszkańców w całym USA.

E-sport… to nie sport?

Liczby towarzyszące e-sportowi szokują. Nagrody dla najlepszych zespołów sięgają 10 milionów dolarów. Widownia mistrzostw świata w League of Legends była większa niż finałowe spotkania NBA. Przy obecnych prognozach w ciągu kilku, może kilkunastu lat liczba widzów e-sportu może zbliżyć się do miliarda osób. Warto dodać że cała branża cały czas ewoluuje i poszerza się o kolejne gry.

Nie wierzę że konserwatywni działacze MKOLu tak po prostu uznaliby że e-sport to ciekawa rywalizacja i postawili na ryzykowny krok. Tutaj wszystko rozbija się o kasę. Mało kto wprost nazywa temat, ale takie są realia. Zimowe igrzyska w Pjongczangu były marketingowo słabe. W całej Europie oglądało je około 212 milionów kibiców. E-sport śledzi obecnie na świecie 380 milionów osób. Oczywiście sporą część z tej liczby skupia Azja, ale tend jest klarowny. Igrzyska tracą widownię, e-sport zyskuje.

Koniunkture wykorzystują biznesmeni z całego świata. Już teraz planowana jest ekspansja na Indie. Podbicie tego kraju będzie bardzo ciężkie, ale jeśli się uda sport elektroniczny może wyprzedzić zainteresowaniem standardowe zmagania. Brzmi jak scenariusz fantastyczny, ale niczego nie można wykluczyć.

Gry to przyszłość

Co takiego sprawia że gry komputerowe elektryzują miliony? Łatwy dostęp, rywalizacja, ładne opakowanie. O ile spotkanie Ronaldo czy Messiego to wydarzenie nie dla zwykłych śmiertelników, to gra przeciwko topowym graczom świata w e-sporcie nie jest czymś niezwykłym. Sam grałem swego czasu w League of Legends. Istnieje coś takiego jak serwer PBE na którym testuje się nowe postacie i zmiany w grze. Przez długi czas dostęp do niego był niezwykle ograniczony, ale udało mi się założyć tam konto w odpowiednim momencie. I tak ja, zwykły pospolity gracz miałem okazję pograć z najlepszymi na świecie którzy akurat tam trenowali. Szczerze mówiąc chociaż czułem emocje to nie zauważyłem wielkiej różnicy na tle zwykłych graczy.

Oczywiście nie twierdzę że najlepsi na świecie wcale nie są tacy najlepsi. Po prostu e-sport to głównie biznes. Są ludzie z niskimi rangami którzy po prostu trafiają na mocnych rywali i nie mogą się przebić i tacy którzy mają najlepszy sprzęt, wsparcie bogatych sponsorów i dużo szczęścia.

Proplayerzy

Wiele osób zarabia na transmitowaniu w sieci swoich gier. Jeśli ktoś ma niezłe umiejętności i potrafi barwnie komentować sytuację, może w krótkim czasie zyskać spory rozgłos. Oczywiście to też często działa w teorii, bo część youtuberów którzy wypromowali się na grze w Counter-Strike’a zwyczajnie jest słaba.

I tutaj warto podzielić samych graczy na grupy. Pro playerzy którzy traktują gry jako swoją pracę to bardzo niewielkie grono. Zdecydowanie więcej jest osób które grają żeby zabić nudę, poobrażać innych albo promować swój kanał na Youtubie. E-sport to sporo patologii. Sam zresztą odpuściłem sobie częstszą aktywność zrażony dziesiątkami „trolli”. Bo o ile można zrozumieć brak umiejętności, tak ludzi celowo działających na szkodę swoje zespołu nie pojmuje. A już tym bardziej nie widzę opcji żebym zmarnował swój czas na użeranie się z debilami.

Producenci gier zarabiają na tym biznesie gigantyczne kwoty. Oczywiście teoretycznie każdy jest równy. Możesz wydać kasę żeby kupić sobie inny wygląd broni albo postaci. I ludzie to robią. Ceny niektórych skórek w Counter-Strike’u potrafią przekraczać tysiąc złotych. Twórców broni jednak fakt że poza wyglądem nie zmienia to samej rozgrywki. Dlatego też na straconej pozycji w e-sporcie stoi np. FIFA Mobile. Mówię akurat o tym tytule, bo sam w niego regularnie gram. Najlepszy jest ten kto ma najlepszy skład. A najlepszy skład ma ten który wyda na niego najwięcej kasy. Zero sprawiedliwości. To zwykła maszynka do wyciągania kasy.

Nie dla e-sportu na igrzyskach

Myślę że gry komputerowe nie potrzebują igrzysk. I tak generują wielkie pieniądze, chociaż pewnie miejsce na takiej imprezie jeszcze bardziej nakręciłoby zainteresowanie. Zdecydowanie bardziej e-sportu potrzebuje sam MKOL. W dobie gdy sport przegrywa z innymi rozrywkami, igrzyska potrzebują magnesu dla widza. Czemu? Czołowi hokeiści NHL nie zzagrali w Pjongczangu. W futbolu na turnieju pojawiają się anonimowi gracze. W koszykówce też kwestią czasu jest brak graczy z NBA. Jeśli MKOL chce zarabiać więcej, to skusi się na sport elektroniczny.

Czy to dobrze? Z góry odpowiem że nie jestem fanem e-sportu na igrzyskach olimpijskich. Po pierwsze czołowe teamy skupiają graczy różnej narodowości. Nie mamy reprezentacji Korei i reprezentacji Polski tylko Samsung Galaxy, SK Telecom i Virtus Pro. Co decydować ma o tym która ekipa pojedzie? Bo przecież tutaj w grę wchodzi kasa i Samsung oraz Telecom będą chciały zarobić na swoich graczach. Tak samo Dota, Counter Strike, League of Legends i StarCraft czy Hearthstone albo Call of Duty? A może idźmy po bandzie i zróbmy turniej w sapera! Wybranie jednej gry wywoła protesty producentów 20 innych gier. Wybór 20 gier sprawi protesty 60 innych wydawców.

To prosta droga żeby igrzyska stały się wystawą gier zamiast świętem sportu. Przecież nierealne jest stworzenie konkurencji „e-sport”. Jeśli już to MKOL musiałby otworzyć się co najmniej na kilka gier. Nie tędy droga. Nie lubię robienia czegoś tylko dlatego że takie są trendy. Nie trafiają do mnie argumenty że świat idzie do przodu, James Bond powinien być czarnoskórą kobietą, Oscary dostają filmy o transwestytach, a gra w CSa powinna być dyscypliną olimpijską.

Jest po prostu pewna subtelna granica której nie powinniśmy przekraczać. Nie wszystko można przeliczać na kasę, bo zaraz się okaże że wywalimy z igtzysk słabe marketingowo zapasy, a dodamy walki kobiet w kiślu. E-sport idzie swoją drogą i niech się dalej rozwija. Więcej byłoby strat niż pożytku z wciskaniem go za wszelką cenę do programu igrzysk olimpijskich.

 

Facebook Comments