Londyńska sinusoida nastrojów

– Co z tym Arsenalem? – głośno zastanawia się wielu. Po bardzo udanej pierwszej fazie sezonu co odważniejsi snuli już mocarstwowe plany i wizualizowali sobie rychły powrót Kanonierów na szczyt. W okresie, w którym drużynie idzie w kratkę, zachodzą natomiast w głowę rozmyślając nad tym, dlaczego targają nią wahania formy. Unai Emery deklaruje z kolei – tak jak robił to zresztą w czasie, gdy jego podopieczni wprawiali opinię publiczną w zachwyt – że realizuje długofalową wizję, której efekty będzie można oceniać dopiero po upływie roku lub dwóch. Upomina przy tym jednego z drugim: „Nie mów hop, póki nie przeskoczysz!”.

Trzeba sobie zdać sprawę z tego, iż podobnie jak nie od razu Kraków zbudowano, tak w czerwonej części północnego Londynu nie od razu zapanuje złota era. Uformowanie nowego Arsenalu to wieloetapowy proces, który z dnia na dzień nie przyniesie wyników gwarantujących trofea, a cierpliwość jest kluczem do szczęścia. Ponadto pozwala ona na przyjrzeniu się sytuacji z innej perspektywy.

Prawda jest taka, że Kanonierzy jeszcze niedawno byli wrakiem drużyny, tak kadrowo, jak i mentalnie. Wiele pozycji wymagało wzmocnień, wiele głów wymagało motywacji oraz przyswojenia cech prawdziwych zwycięzców. Etap przebudowy zespołu, a także pracy nad zmianą myślenia wciąż trwa i należy założyć, iż trochę jeszcze zajmie. Nie zmienia to jednak faktu, że po nieco ponad pół roku pracy hiszpańskiego szkoleniowca, wyraźnie widać jego wpływ na drużynę. Jak sam zaznaczył, do zrobienia miał wiele:

„Ważne jest dostrzeżenie dobrych rzeczy – rzeczy, które należy zachować – ale też wyselekcjonowanie elementów, które trzeba zmienić lub poprawić. W tym wypadku było wiele kwestii wymagających zmiany i poprawy.”

Podstawową różnicą między Arsenalem Wengera a Arsenalem Emery’ego jest styl gry zespołu. Obecny szkoleniowiec preferuje bezpośredniość (stąd średnia ilość wymienianych podań w meczach ligowych na poziomie 565.8 względem 619 za kadencji Francuza) opartą na budowaniu akcji od własnego pola karnego. Skutkuje to pokaźniejszą liczbą strzelanych goli, wynoszącą przeciętnie 2.09 na każde spotkanie (wcześniej 1.95), ale też większą średnią bramek traconych – 1.45 do 1.34 przy okazji każdej potyczki.

Szczytowym momentem obecnego sezonu była najdłuższa od ponad dekady seria meczów bez porażki, której licznik zatrzymał się na 22 starciach. Nadeszła jednak szara rzeczywistość, okres turbulencji, w którym Kanonierzy dobre występy przeplatają słabszymi, wygrywają i przegrywają na zmianę, a do czołowej czwórki tracą już 6 punktów.

Emery niezmiennie zachowuje spokój i na chłodno analizuje bieżące wydarzenia:

„Adaptacja klubu i drużyny zmierza w dobrym kierunku. Prawdą jest natomiast to, że w kontekście awansu do Ligi Mistrzów i zakończenia rozgrywek w pierwszej czwórce, co jest naszym głównym celem, nie jesteśmy w zadowalającej sytuacji. Rywalizacja jest bardzo zacięta.”

Dodaje jednak, iż jego podopieczni mają jeszcze sporo czasu na zrealizowanie założeń i podkreśla, że na Emirates Stadium mieli świadomość tego, iż w drodze do celu napotkają wiele trudności.

Arsenal wciąż szuka balansu oraz stabilizacji, w czym nie pomagają mu ruchy kadrowe. Wiemy już, że po zakończeniu sezonu z zespołu odejdą kończący swoją piękną karierę Petr Cech oraz udający się do Juventusu Aaron Ramsey. Wciąż niepewna pozostaje natomiast przyszłość Danny’ego Welbecka i Mesuta Ozila. Ponadto z klubem ma pożegnać się szef skautingu, Sven Mislintat, który był odpowiedzialny za transfery między innymi Sokratisa i Aubameyanga.

Forma tego drugiego budzi wśród sympatyków Kanonierów wiele emocji. Z jednej strony zdobywa on bowiem mnóstwo goli i liczy się w rywalizacji o koronę króla strzelców Premier League, z drugiej jednak marnuje sporo sytuacji stuprocentowych (w tym sezonie ligowym zaprzepaścił takowych aż 15). Koniec końców Gabończyk jest liderem drużyny i to na nim w dużej mierze spoczywa odpowiedzialność za jej wyniki.

Arsenal poczynił naprawdę spory postęp (w Premier League dopisuje do swojego konta średnio 1.9 punktu co kolejkę, względem 1.7 w zeszłej kampanii), czym dał swoim fanom nadzieję na nadejście lepszych czasów. Być może nieco zbyt mocno rozbudził ich apetyty, przez co obecna sytuacja jest dla nich trudna, gdyż chcieliby oglądać zespół grający na miarę tego, co prezentował w okresie od września do grudnia. Nie można jednak zapominać, że Londyńczycy bez przeszkód awansowali do fazy pucharowej Ligi Europy, co oczywiście było ich obowiązkiem, lecz jest też alternatywną opcją powrotu do Ligi Mistrzów w przypadku niepowodzenia w Premier League.

Wahania formy czy nawet krótkotrwałe kryzysy są naturalną częścią procesu przywracania Kanonierom blasku. Postawię nawet tezę, iż nie sposób ich uniknąć, więc trzeba się z nimi pogodzić. Jeśli ekipa Emery’ego wraz z końcem sezonu nie zrealizuje swoich założeń, będzie można prawić o zawodzie oraz źle wykonanej pracy. Teraz jest na to zdecydowanie zbyt wcześnie.

Facebook Comments