Lewy w Barcelonie, czyli chwyt marketingowy po polsku

Futbol już dawno przestał być tylko 90 minutowym widowiskiem. Wielkimi krokami zbliża się zimowe okienko transferowe-dla wielu równie emocjonujące co same spotkania. Tego że w mediach rozpęta się telenowela o potencjalnych transferach Roberta Lewandowskiego, Michała Pazdana czy Igora Angulo jestem pewien. Dla dziennikarzy to interes życia, bo wiadomo że tytuł „Lewandowski w Barcelonie/Realu/PSG” zawsze będzie budził wielkie emocje. Postaram się Wam przytoczyć historię jednej z najciekawszych transferowych telenowel w dziejach polskiej piłki żeby pokazać jak działa ten biznes.

Kilkanaście lat temu gwiazdą Ekstraklasy był Maciej Żurawski. Nie był „gwiazdką” jak kilku obecnych ligowców którymi część ekspertów zachwyca się bo trzy razy kopnęli prosto piłkę. Żuraw przerastał ligę pod wieloma względami. Był gwarantem minimum 20 bramek i 15 asyst w sezonie, seryjnie świętował z Wisłą tytuły mistrzowskie. Wisła nie chciała sprzedawać swojej gwiazdy ale po kolejnym niepowodzeniu w europejskich pucharach uznano że nadszedł czas by zarobić na Żurawskim. I wtedy pojawił się najbardziej banalny problem. Portal transfermarkt wyceniał napastnika Białej Gwiazdy na sumę 5 milionów euro i tyle też za niego oczekiwano. Najwyższa ofera kupna jaką dostała Wisła (od tureckiego Trabzonsportu) nie przekraczała 2 milionów… Patowa sytuacja, zero szans powodzenia.

Jak wybrnąć z takiego problemu? Drodzy Państwo, wystarczy odrobinę pokombinować. Niespodziewanie wówczas gruchnęła w mediach bomba. „Hertha Berlin zainteresowana Żurawskim”. Nie minęło kilka dni a dostaliśmy kolejne artykuły w których opisywano że do wyścigu o piłkarza włączają się Austria Wiedeń i tajemniczy klub z Hiszpanii. „Maciej Żurawski blisko transferu do Rosji”-oznajmił niedługo później na swojej okładce Przegląd Sportowy opisując że sam piłkarz jest już praktycznie dogadany z Dynamem Moskwa a kwota transferu jest zbliżona do 4 milionów. Ktoś z Was zdziwi się jak to możliwe że jednego dnia nie było praktycznie żadnego zainteresowania Żurawiem a niedługo później pół europy chciało mieć go w swoim składzie? Odpowiedź jest bardzo prosta. Po kilku latach menedżerowie zdradzili że nie było żadnego zainteresowania poza Trabzonsporem. Ej chwileczkę… Przecież wszyscy widzieli te dziesiątki artykułów, przecież Żurawski był już dogadany w Rosji! Otóż to. Genialny chwyt marketingowy. Cała ta gierka medialna była istnym majstersztykiem. Po pierwsze plotki o wielkim zainteresowaniu wywierały presję na Turkach. Zapewne pomyśleli sobie wówczas: skoro tyle klubów jest zainteresowanych Żurawskim to może warto sypnąć więcej kasy żeby nikt nas nie przebił? Po drugie musicie zdawać sobie sprawę że media w każdym kraju są łase na plotki. Skoro więc polskie media rozpisywały się o transferze Żurawskiego do Rosji, to rosyjskie bardzo chętnie kopiowały tego typu newsy powołując się na Polaków. Genialne nieprawdaż?

I wszystko robione bardzo niskim nakładem. Opłacalny deal dla obu stron, dziennikarze będą mieć wyłączność na newsy z klubu, w zamian podkręcą temat transferowy. Prostym chwytem o Żurawskim usłyszało pół Europy. Na dobrą sprawę działacza Trabzonsporu bili się o piłkarza sami ze sobą. Nie było wówczas żadnego przeciwnika który przebijałby ofertą Turków. Wystarczyło dobrze współpracować z kilkoma dziennikarzami i efekt był zdumiewający. Kiedy więc w mediach gruchnęła informacja że Rosjanie chcą ściągnąć w pakiecie Żurawskiego i Szymkowiaka, Trabzonspor z miejsca wyłożył kasę na tego drugiego licząc że tym nakłoni do przeprowadzki ówczesnego króla strzelców ekstraklasy.

Negocjacje były burzliwe i trwały do ostatnich minut okienka transferowego w zimę 2004/05 a nawet dłużej, bo specjalnie ze względu na Żurawskiego wymuszono na tureckiej federacji przedłużenie ich okienka. Ogłoszono wówczas nawet oficjalne podpisanie kontraktu, ale ostatecznie piłkarz nigdy nie odszedł do Turcji. Podobno wszystko rozbiło się o sposób zapłaty Wiśle, Biała Gwiazda chciała proponowane 3.1 mln euro jedną transzą, Turcy chcieli zapłacić w kilku ratach. Pół roku później Żurawski trafił od Celticu, po zdecydowanie mniej ciekawym okienku. Czy zainteresował Szkotów już pół roku wcześniej? Myślę że tak, w końcu nie znając szczegółów tamtych negocjacji wyglądało to tak jakby Turcy, Rosjanie i Niemcy walczyli o piłkarza, a żadne nie dało rady więc musiał to być „łakomy kąsek”.

Dlaczego przytaczam przykład Żurawskiego? Żeby pokazać Wam że te wszystkie medialne plotki są bardzo często elementem gry menedżerów i działaczy. Wielkie transfery bardzo często przebiegają w ciszy, a dowiadujemy się o nich dopiero w ostatniej chwili. Kiedy więc pojawia się obecnie seria artykułów o tym jak włoskie, tureckie i rosyjskie kluby są zainteresowane Guilherme z Legii ale sam piłkarz chętnie by został w Warszawie, to jestem pewien że najzwyczajniej w świecie jest to gierka jego menedżera który chce wynegocjować dla piłkarza jak największą pensję. Przecież jakby chciał odejść to by w ciszy i spokoju wyczekał aż będzie kończył mu się kontrakt i tyle. A nie zaczynał temat w lipcu (bo wtedy już się pojawiały plotki), na 11 miesięcy przed terminem zakończenia kontraktu. Tak samo temat Angulo w Athletic Bilbao. Rozbawiło mnie to tym bardziej że w tym samym newsie pisze się o tym że z Angulo do Bilbao przejdzie piłkarz z Rumunii… Wystarczy elementarna wiedza żeby zdawać sobie sprawę że Athletic praktycznie nie dokonuje transferów, a tym bardziej miałby sprowadzać kogoś z Rumunii? Szanujmy się. Zresztą sam piłkarz zdementował już że nie ma nawet takiego tematu. Tematu nie ma a piękne artykuły w gazetach już opisane.

Gorącym tematem będzie zapewne Robert Lewandowski. Nie zdziwię się jeśli Lewy po mundialu opuści Bayern, bo to facet który obrał sobie za cel zdobycie złotej piłki, a do tej będzie mu bliżej z Realu czy Chelsea niż z Monachium. Bądźmy jednak szczerzy, nie opuści klubu z Niemiec na pół roku przed mistrzostwami świata, walcząc wciąż o sukcesy w Bundeslidze i Lidze Mistrzów. Tym bardziej że odchodząc do innego klubu zamyka już sobie występy w Europejskich pucharach w obecnym sezonie. Logiczna ocena tego typu transferu sprowadza się do 2 zdań. Mimo to z pewnością znajdą się dziennikarze chcący zarobić na tym że widzieli Anie Lewandowską jedzącą bagietkę, więc pewnie przyzwyczaja się do francuskich bagietek, więc pewnie myśli o wyjeździe do Francji, więc pewnie Lewandowski jest o krok od PSG. Tak to działa.

Jestem pewien że bohaterem transferowej telenoweli będzie również Michał Pazdan. Już zresztą pojawiały się artykuły o jego odejściu do… Trabzonsporu. Sami działacze Legii mówili wprost że chętnie sprzedaliby swojego obrońcę ale nie ma chętnych. Czeka nas więc zimowe okienko w którym możemy słyszeć o wielkim zainteresowaniu Pazdanem, mimo iż chętni będą tylko Turcy. Coś Wam to przypomina?

Facebook Comments