Mistrzowie Polski

Z pasją opowiadamy o futbolu

La Liga

Kopciuszek który uległ pokusom

To był 25 kwietnia 2006 roku, półfinał Ligi Mistrzów na kameralnym obiekcie Estadio El Madrigal. Manuel Pellegrini postawił wszystko na jedną kartę, oszczędzając swoich kluczowych graczy na rewanż z Arsenalem. Jego Villareal musiał odrobić u siebie jednobramkową stratę z pierwszego spotkania, co wiązało się koniecznością przerwania niesamowitej serii dziewięciu spotkań Jensa Lehmanna bez straty bramki. Niemiecki bramkarz Kanonierów przez większość spotkania był bezrobotny, a jego koledzy z drużyny skupiali się na bezpiecznym dowiezieniu korzystnego wyniku do końca. Gdy wydawało się że nic nie może stanąć na drodze piłkarzy Arsene Wengera, sędzia Walentin Iwanow podyktował rzut karny po faulu na Jose Mari. Gael Clichy nie potrafił pogodzić się z tego typu decyzją, a Juan Roman Riquelme ustawił piłkę na jedenastym metrze. Miał przed sobą strzał na wagę dogrywki. Klub z niewielkiej hiszpańskiej mieściny był o krok od sprawienia sensacji dekady. Zapraszam do opowieści o „Miastu Króla” i historii kopciuszka który uległ pokusom.

Miasto Króla

Jeśli ktoś uważa że historia polskich królów jest pogmatwana, to powinien poczytać sobie o kimś takim jak Piotr II Katolicki. W tym wypadku nawet scenarzyści Mody na Sukces mogliby pozazdrościć fantazji. Niech Was nie zmyli przydomek pana Piotra, ów jegomość wsławił się zwycięstwami przeciwko muzułmanom którzy zalewali Hiszpanię, ale w dalszej części swojego życia otwarcie krytykował działania papieży, a widząc że interesy kościoła zagrażają jego własnej niezależności, w 1213 roku wystąpił zbrojnie przeciwko krzyżowcom zmierzającym na krucjatę do Ziemi Świętej. Dlaczego tak postąpił? Ano dlatego że sojusznicy papieża plądrowali jego ziemie i mordowali jego wasali. Skoro Papież przymykał na to oko, to Król postanowił pokazać że nie można z nim zadzierać. Co ciekawe, opisywany przeze mnie Piotr był wnukiem Władysława II Wygnańca (czyli także potomkiem Mieszka i Bolesława Chrobrego).

Marzyło mu się zjednoczenie Katalonii, ale do tego potrzebował potomka. Niestety, jego żona Maria de Montpellier nie należała do najatrakcyjniejszych, a nasz pan Król szukał wymówek żeby unikać wspólnego spędzania nocy. Mówiąc wprost, został zmuszony do małżeństwa i otwarcie szukał sobie „kogoś na boku”. Patrycjusze wpadli więc na pomysł i podstępem spili władcę, wmawiając mu że w łożu czeka na niego urodziwa kochanka. Piotr w ciemnościach nie zauważył że ową panią była jego własna żona, a owocem tamtej nocy był ich jedyny syn, późniejszy król Jakub Zdobywca.

Relacje ojciec-syn nie należały do najlepszych, a panujący władca zginął podczas walk z krzyżowcami, jak głoszą kroniki wyczerpany upojną orgią z jedną z przypadkowych kobiet i dla niepoznaki przebrany w zbroję przeciętnego rycerza. Śmierć Piotra II Katolickiego pozwoliła objąć tron jego synowi Jakubowi, który zjednoczył część hiszpańskim ziem i walczył z muzułmanami, a następnie zasiedlał tereny wcześniej przez nich okupowane. Jednym z nich były ziemie blisko miasta Burriana, w północnej części Walencji. Założony przez króla gród nazwano Miastem Króla (Vila-Real). Rolnicze tereny rozwijały się w powolnym tempie, przede wszystkim w oparciu o handel pomarańczami i włókiennictwo, dopiero pod koniec XX wieku skupiając się na produkcji płytek ceramicznych, czym zajmuje się największa w mieście fabryka. Tylko szaleńcy mogli wtedy pomyśleć że za jakiś czas o niewielkiej mieścinie będą mówiły miliony ludzi na całym świecie.

Właściciel z wizją

Skąd w 50-tysięcznym mieście pojawił się futbol? Wielka piłka rozpoczęła się w tym klubie, gdy pojawił się w nim Fernando Roig. 71-letni dziś biznesmen przejął „Żółtą Łódź Podwodną” w 1997 roku i doprowadził do sukcesów o jakich nie śniło się największym optymistom. Skąd miliarder znalazł się w Villarealu? Jak sam przyznał, szukał wyzwania, które mogłoby przynosić mu wielkie emocje. Początkowo inwestował w koszykarski klub Pamesa Valencia, ale czuł że to nie jest to. Kiedy więc dostał propozycję od Jose Manuela Llanzy (ówczesny prezydent „Żółtej Łodzi Podwodnej”, poczuł że to może być coś w co się z radością zaangażuje. Już po podpisaniu odpowiednich dokumentów załamał się widząc ile jest do zrobienia.

Stary, niewielki stadion, brak ludzi do pracy, niewielkie zainteresowanie sportem w regionie. Roig mimo pokaźnego portfela nie pakował milionów w kosztowne wzmocnienia, tylko postawił na rozwój i bliskie relacje między piłkarzami a kibicami. Uznał bowiem że klub z tak małego miasta musi mieć wsparcie lokalnej społeczności, więc z miejsca wprowadził wiele rozwiązań dzięki którym zyskał sympatie w okolicy.

Straciłeś pracę i nie masz pieniędzy na bilet? Na mecz wejdziesz za darmo. Samorząd nie ma pieniędzy na budowę stadionu? Okej, niech nam sprzedadzą sad pomarańczy, pan Fernando zbuduje tam za własne pieniądze obiekt, a miejska kasa niech idzie na ważniejsze cele. Dzieciaki w szkołach nie mają gdzie trenować? 10% rocznego budżetu przeznaczymy na akademię i rozwój sportu w regionie. Mieszkańcy chcieliby kina? No to w budynku klubowym będą mieć salę kinową. Wzrosło bezrobocie? To robimy prace nad renowacją stadionu, dzięki którym 500 mieszkańców z miasta dostanie pracę. W filozofii Roiga piłkarze nie mogą być gwiazdami rozbijającymi się po mieście drogimi autami, a ludźmi którym społeczność zaufa, których spotka w sklepie kupując bułki, którzy są „swoi”.

Inwestycje

Właściciel klubu wiele zyskał zatrudniając w klubie Antonio Cordona, którzy przez 17 lat decydował o rozwoju sportowym w Villarealu. Jego praca została doceniona przez Monaco, w którym do niedawna pracował (w czasie gdy drużyna z księstwa zdobywała mistrzostwo Francji), jak radzi sobie dzisiaj ekipa Kamila Glika, nie muszę wspominać. To Cordon sprowadzał do zespołu takich zawodników jak Pepe Reina, Diego Godin, Santi Cazrola, Diego Forlan, Eric Bailly czy Juliano Belletti, którzy później odchodzili za kilku/kilkunastokrotnie większą kwotę. Dyrektor sportowy i właściciel świetnie dogadywali się przez te wszystkie lata, dogadując się w polityce kierowania klubem. Nawet jeśli w klubie grały takie gwiazdy jak Forlan, Riquelme, czy Giuseppe Rossi, to musieli dostosować swoje ego pod interesy Villarealu. Często brali udział w akcjach charytatywnych, odwiedziali szpitale i lokalne szkoły. Dzięki temu w 50-tysięcznym mieście, komplet widzów na każdym spotkaniu było normą.

Cordona szczególną sympatią otoczył zawodników z Ameryki Południowej. Już w 1999 roku w klubie pojawił się Argentyńczyk Walter Gaitan, rok później dołączył do niego Diego Cagna, a jeszcze w następnym sezonie trio Martin Palermo, Rodolfo Arruabarrena i Gustavo Schelotto. Mimo zainwestowania w każdego z nich kwot rzędu 4-5 milionów euro, nie przekładało się to na żadne wielkie wyniki. A może inaczej, Villareal nie zdobywał żadnych nagród, ale jak sam twierdził Fernando Roig, przed każdym sezonem stawiali sobie wyzwanie równorzędnej walki z czołówką La Ligi. Nie ważne czy kończyli na piątym, czy na trzynastym miejscu, sukcesem było gdy czuli że nie odstają od bogatszych rywali. Cordona nie poddawał się i coraz intensywniej penetrował rynki latynoskie, wyławiając m.in. Marcosa Sennę, oraz Juana Pablo Sorina.

Kluczowymi inwestycjami było natomiast sprowadzenie do zespołu Diego Forlana i Juana Romana Riquelme. Obaj z miejsca wyprowadzili klub na wyższy poziom, w sezonie 2004/05 świętując trzecie miejsce w La Lidze. Dla ekspertów taki wyczyn, tak „małego” klubu był wielkim szokiem. Dzięki temu wynikowi, w kolejnym sezonie drużyna mogła zadebiutować w Lidze Mistrzów, gdzie doszła aż do półfinału.

Roig lubi opowiadać anegdotę o negocjacjach nad sprowadzeniem do klubu Diego Forlana. W propozycji dla Manchesteru United poza kwotą wykupu, złożono chęć rozegrania wspólnego spotkania towarzyskiego. Czerwone Diabły olały taką możliwość uważając że szkoda tracić czasu na wycieczki do Villarealu. Właściciel klubu miał powiedzieć wówczas do swojego prezydenta „odpuść, przyjdzie taki czas gdy będą musieli tu przyjechać”. Jako że los bywa złośliwy, rok później ManU wylosowali hiszpański klub w rozgrywkach Ligi Mistrzów i na boisku Villarealu nie potrafili ich pokonać.

Villareal – biedaki, czy… Villareal bogacze?

Złośliwi mogliby stwierdzić że razem z niewykorzystanym karnym Juana Romana Riquelme skończyły się sny Villarealu o podboju Europy, ale to nieprawda. Drużyna dalej robiła swoje, a w sezonie 2007/08 wyprzedziła Barcelonę świętując wicemistrzostwo Hiszpanii. Ponownie udało im się wywalczyć awans do Champions League, i ponownie na drodze do trofeum stanął Arsenal Londyn. Tym razem w spotkaniu ćwierćfinałowym Kanonierzy nie pozostawili złudzeń, wygrywając u siebie 3:0. To była już jednak zupełnie inna ekipa, w której zabrakło zarówno Riquelme, jak i Forlana. Nowym liderem klubu został sprowadzony za 10 milionów euro Giuseppe Rossi, ale i polityka transferowa mocno odbiegała od wcześniej przyjętej. W samym sezonie 2007/08 na wzmocnienia wydano 40 milionów euro. Przy coraz większej rotacji zawodników i trenerów, w 2012 roku Villareal spadł z ligi. Na szczęście udało się uniknąć dalszego upadku, a rok później „Żółta Łódź Podwodna” wróciła do elity. Od tamtej pory przez pięć kolejnych sezonów zawsze kończą sezon w czołowej szóstce, chociaż coraz rzadziej można spotkać komentarze o „biednym klubie” który ogrywa bogaczy. W trakcie ostatniego okienka wydano bowiem na transfery bagatala 83 miliony euro. Kosmiczna kwota, kompletnie nie pasująca do wizerunku na jaki latami pracował ten klub.

Czy można więc uznać że Villareal sprzedał swoje ideały? Czy rzeczywiście to już nie jest ten skromny klubik, tylko potężna firma obracająca potężnymi kwotami? Przeanalizowałem które miejsce wśród wszystkich hiszpańskich klubów zajmował ten zespół pod względem kwot wydanych na transfery w poszczególnych sezonach:

2004/05 5
2005/06 6
2006/07 5
2007/08 5
2008/09 6
2009/10 4
2010/11 10
2011/12 6
2012/13 18 (sezon w drugiej lidze)
2013/14 6
2014/15 6
2015/16 5
2016/17 4
2017/18 5
2018/19 5

Zdziwieni? Na przestrzeni ostatnich 15 sezonów tylko Real, Barcelona, Atletico, Valencia i Sevilla wydały więcej na transfery niż nasz poczciwy, biedny Villareal. Oczywiście z roku na rok są to większe kwoty, ale podobnie dzieje się w pozostałych klubach La Ligi. Możemy opowiadać bajki o zdolnych wychowankach i świetnej akademii, ale koniec końców i tak klub opiera się na rotacji sprowadzanymi piłkarzami. Jednych promuje, innych odbudowuje, jeszcze innym daje możliwość rozwoju. Raz się uda trafić jak z Forlanem, innym razem jak w 2012 roku kończy się wielką porażką i spadkiem. Nie ma dziś w klubie kogoś pokroju słynnego Urugwajczyka, a największą gwiazdą pozostaje Santi Cazorla, wyniszczony kontuzjami były piłkarz Arsenalu. Głośnym echem odbiła się natomiast sprawa trenera Marcelino, który dwa lata temu dzielnie radził sobie w lidze, ale zwolniono go po tym jak w ostatniej kolejce „podłożył się” Sportingowi Gijon. Właściciel klubu po fali krytyki w mediach ugiął się i zwolnił zdolnego szkoleniowca, co odbiło się na formie ekipy.

Co dalej?

Na ten moment, Villareal znajduje się w końcówce tabeli Primera Division. Widmo spadku raczej im nie grozi, bo nie grają aż tak strasznie, ale naiwnym byłoby wierzyć że coś osiągną na koniec rozgrywek. W gablocie z klubowymi nagrodami znajduje się jedynie Puchar Intertoto, ale właściciela klubu to w żadnym wypadku nie frustruje. Kto wie jak potoczyłaby się historia Villarealu gdyby w pamiętnym półfinale Riquelme nie zmarnował karnego. Finał z Barceloną mógłby być intrygujący, szczególnie że w latach 2003-2007 obie ekipy spotykały się 11 razy, a Żółta Łódź Podwodna zwyciężyła aż 6 z tych pojedynków. Dziś z sentymentem może wspominać tamte czasy. Nie tylko dlatego że od tamtej pory ani razu nie ograła Barcy, ale zmienił się sam klimat wokół drużyny. To już nie jest duma lokalnej społeczności, w której piłkarze to „dobrzy znajomi”, tylko klub ze sporym budżetem, w którym gracze przychodzą i odchodzą. Skromny kopciuszek zapragnął ucztować z elitami i dostosował się do panujących wśród nich zasad.

Facebook Comments