Gwiazda, która zgasła zbyt szybko

Swoimi kolorowymi fryzurami wyróżniał się na piłkarskich boiskach niczym Dennis Rodman na parkietach NBA. Pojawił się znikąd i swoimi rajdami na prawej flance podbił serca kibiców we Francji. Kiedy trafił na Półwysep Apeniński wszystko się zmieniło. Ofensywny pomocnik nie potrafił się odnaleźć w Milanie. Nie rozumiał dlaczego trenerzy w Serie A przywiązują tak dużą wagę do taktyki. Mimo niepowodzeń oszalał na punkcie słonecznej Italii. Wśród ponad 100 Francuzów, którzy grali w Serie A, niewielu zostało we Włoszech. On jednak postanowił zamieszkać w Italii. Po zakończeniu kariery jeździł na zloty Harleya Davidsona z Mauro Tassottim, boksował z Paolo Maldinim i rywalizował z „Bobo” Vierim w paintballu. Jest żywym dowodem na to, że nawet w dobie kryzysu imigracyjnego Francuz może pokochać Włochy. Poznajcie Ibrahima „Ibou” Ba.

Ibrahim Ba urodził się 12 listopada 1973 roku w Dakarze, stolicy Senegalu.

Można powiedzieć, że futbol miał we krwi. Jego ojciec, Ibrahim „Eusebio” Ba był zawodowym piłkarzem i grał w Le Havre AC. Ba senior karierę zakończył w 1984 roku w klubie SC Abbeville na zapleczu najwyższej klasy rozgrywkowej we Francji. Po swojej przygodzie z futbolem skupił się na „Ibou”. Ba junior marzył o grze w piłkę, a jego ojciec nie miał nic przeciwko temu. Widział, że syn „zaraził” się tym sportem, dlatego postanowił działać. Ibrahim Ba senior wykorzystał swoje znajomości w Le Havre AC i dzięki nim jego syn dostał się do akademii piłkarskiej tego najstarszego we Francji klubu.

Po kilku latach treningów akademia Le Havre wypuściła swojego wychowanka na szerokie wody. Ibrahim Ba junior zadebiutował w barwach Le HAC w wieku 17 lat i błyskawicznie zaczął się wyróżniać. Był szybkim prawoskrzydłowym ze znakomitą zdolnością przechodzenia z obrony do ataku. Jego rajdy prawą stroną demolowały obronę przeciwników.
Swoją drogą warto zauważyć jakich piłkarzy na świat wydaje akademia Le Havre Athletic Club. Ibrahim Ba był tylko jednym z wielu. Po utalentowanym skrzydłowym akademia wyszkoliła takich graczy jak m. innymi Lassana Diarra, Florent Sinama Pongolle, Steve Mandanda, Guillaume Hoarau, Dimitri Payet, Carlos Kameni, Riyad Mahrez, Benjamin Mendy, Jean-Alain Boumsong, Vikash Dhorasoo, Mamadou Niang czy Paul Pogba. Po prostu kuźnia piłkarskich talentów!

Ofensywny pomocnik spędził w Le Havre AC pięć długich lat. Niebiesko-błękitną koszulkę Le HAC zakładał 140 razy (8 goli). W 1997 roku przeniósł się do Girondins de Bordeaux.
Uzdolniony Francuz trafił do drużyny, która oczarowała piłkarską Europę swoją grą w sezonie 1995/1996. Popularni Żyrondyści dotarli wtedy do finału Pucharu UEFA po drodze eliminując takie marki jak Real Betis, AC Milan i Slavia Praga. W finale Bordeaux przegrało 3:1 z Bayernem, ale pozostawiło po sobie dobre wrażenie.

Co prawda Zinedine Zidane i Christophe Dugarry odeszli, ale Ba trafił do drużyny, w której miał się od kogo uczyć. Wówczas w Bordeaux grali tacy zawodnicy jak m. innymi Johan Micoud, Stephane Ziani, Michel Pavon i Jean-Pierre Papin. Skrzydłowy szybko się robił postępy. Momentalnie przebił się do pierwszego składu i stworzył kapitalny duet w pomocy z Micoudem. Sezon 1996/1997 Bordeaux zakończyło na 4. miejscu i duża w tym zasługa Ba, który w 35 meczach strzelił 6 goli i zanotował 10 asyst. Zdążył też zadebiutować w „Les Bleus” w meczu z Portugalią i zdobył w nim bramkę. Francuzem zaczęły się interesować największe kluby w Europie, ale najszybszy był Milan. Włodarze Rossonerich zapłacili za niego Bordeaux 12 mln euro, co wówczas było niemałą kwotą.

Popularny „Ibou” trafił do włoskiej stolicy mody i od razu się w niej zakochał. Podczas swojego pierwszego tygodnia w Mediolanie zwiedził praktycznie wszystkie najważniejsze miejsca stolicy Lombardii. Urzekły go zwłaszcza gotycka, marmurowa katedra w centrum Mediolanu, Zamek Sforzów i „La Scala” włoskiego futbolu, czyli San Siro.

Zafascynowany Mediolanem Ibrahim Ba nie mógł się doczekać swojego pierwszego treningu w Milanello. Kiedy przyjechał do tego słynnego ośrodka treningowego koledzy powitali go ciepło. Wyjątkiem był trener Fabio Capello. Być może coś w tym jest, że dla niektórych trenerów liczy się pierwsze wrażenie. Wie coś o tym Ilijan Micanski, który nie miał łatwego początku w Lechu. Dlaczego? Bo Franek Smuda nie tolerował gości, którzy nie byli pewni siebie. Po pierwszym spotkaniu z Bułgarem trener „Kolejorza” powiedział, że Micanski to facet, który nawet nie potrafi normalnie ze schodów zejść. Natomiast Fabio Capello nie tolerował gwiazdorstwa, ani kolorowych fryzur w stylu Dennisa Rodmana. Szorstkie powitanie ze strony trenera przypominało czasy Leszka Millera i Aleksandra Kwaśniewskiego w polskiej polityce. Panowie za sobą nie przepadali, ale współpracować musieli jako premier i prezydent. Identycznie było z nowym nabytkiem Milanu i doświadczonym szkoleniowcem Rossonerich. Ba jednak trenował ciężko i wywalczył sobie miejsce w pierwszym składzie Milanu.

Pierwszy raz czerwono-czarną koszulkę założył 13 września 1997 roku i od razu w swoim debiucie na San Siro strzelił gola Lazio. Po meczu zapytany przez dziennikarza Rai Uno co czuje odpowiedział: „To najpiękniejsza chwila w moim życiu. Forza Milan!”. Miłe złego początki. Po znakomitym starcie Francuz znacznie obniżył loty. Nie rozumiał taktyki opracowywanej przez Fabio Capello. Nie chciał także grać w obronie co we Włoszech jest w zasadzie niemożliwe. Francuz myślał, że będzie szaleć na prawej stronie jak w Ligue 1. Tymczasem rzeczywistość w Serie A okazała się brutalna. Zresztą cały Milan grał koszmarnie i sezon 1997/1998 zakończył na 10. miejscu wyprzedzając takie „potęgi” calcio jak Bari, Empoli, Piacenza i Vicenza. Jego pierwszy rok we Włoszech okazał się totalną klapą, ale to nie był koniec fatalnej passy „Ibou”. Prawoskrzydłowy nie otrzymał powołania do reprezentacji Francji. Selekcjoner „Trójkolorowych” postawił na Roberta Piresa i Bernarda Diomede’a. Jak się później okazało trener „Les Bleus” miał rację, bowiem Francuzi na własnym podwórku wywalczyli Mistrzostwo Świata. Mundial z perspektywy kanapy i telewizora okazał się traumatycznym doświadczeniem dla Ibrahima. Chłopak się załamał i nigdy nie wrócił do dawnej formy.

Nowy sezon rozpoczął źle. Rozegrał zaledwie 15 meczów, w tym tylko jeden cały i Milan postanowił wypożyczyć go do Perugii. Na Stadio Renato Curi również nie czarował, ale przynajmniej przypomniał sobie jak się strzela bramki. Koszulkę „Grifoni” zakładał 18 razy i strzelił dla Perugii 2 gole. Dlaczego tylko 18? Ponieważ wypadł z gry na 3 miesiące z powodu złamanej nogi, a kiedy wrócił to znokautował swojego przeciwnika ciosem z główki, także pamiętajcie Ba uderzał głową zanim to było popularne…

Po powrocie z wypożyczenia wystąpił w zaledwie 5 meczach w barwach Rossonerich i w 2001 roku został ponownie wypożyczony, tym razem do Olympique. Wydawało się, że w Marsylii odnajdzie formę. Iskierkę nadziei dały pierwsze mecze, w których Francuz błyszczał. Biegał szybko niczym filmowy Flash po prawej stronie murawy stadionu Stade Velodrome. Niestety motywacji starczyło na 11 meczów. Ba nie przekonał do siebie zarządu OM i musiał wrócić do Mediolanu.

Przez następnych 18 miesięcy rozegrał tylko 5 meczów w Milanie. Jego kariera chyliła się ku upadkowi. Wreszcie 11 września 2003 roku włodarze Rossonerich pozbyli się Francuza. Ibrahim Ba trafił do angielskiego Bolton Wanderers F.C. Skrzydłowy obiecał kibicom „The Trotters”, że wróci do formy, ale słowa nie dotrzymał. Nie przykładał się do treningów co widział trener Sam Allardyce. Jego przygoda z Reebok Stadium zakończyła się już po roku. Dziś kibice Boltonu uważają go za jeden z najgorszych transferów w historii klubu obok Julio Cesara, Vincenta Candeli, Hidetoshiego Nakaty i Mario Jardela.
Nieudany epizod w Anglii okazał się gwoździem do piłkarskiej trumny „Ibou”. Francuz próbował jeszcze ratować karierę w Turcji i Szwecji, ale bez powodzenia. Pomocną dłoń wyciągnął do niego Milan i zabrał go na finał Ligi Mistrzów z Liverpoolem. Vendetta Milanu w Atenach stała się faktem, a Ba otrzymał od czerwono-czarnych propozycję rocznego kontraktu i oczywiście z niej skorzystał. Sezon 2007/2008 okazał się ostatnim w jego karierze. Ibrahim wystąpił w nim jeden raz, wchodząc z ławki rezerwowych w meczu Pucharu Włoch. Przez ostatnie cztery lata swojej kariery rozegrał zaledwie 25 meczów. Buty na kołku zawiesił 1 lipca 2008 roku.

Biorąc pod uwagę karierę klubową i reprezentacyjną, Ibrahim Ba rozegrał łącznie 330 meczów i strzelił 20 goli.

Zajęcia na piłkarskiej emeryturze zapewnił mu Milan, legendy Rossonerich oraz byłe gwiazdy calcio. Silvio Berlusconi i Adriano Galliani kolejny raz udowodnili, że „Il Diavolo” jest wyjątkowym klubem i zaproponowali Ba grę w drużynie „Milan Glories”. Dzięki niej Ibrahim Ba zwiedził kawał świata. Grał z legendami Milanu w USA, Kanadzie, Portugalii, Hiszpanii, Anglii i Chinach. Poza tym zarobione pieniądze wydawał na kolejne inspirujące podróże. Podczas jednej z nich spotkał gwiazdy światowego sportu, m. innymi Usaina Bolta, Asafę Powella i Lennoxa Lewisa (dokładnie w Kingston, stolicy Jamajki).

Mediolan dał mu sławę, pieniądze i przede wszystkim przyjaciół. Kiedy rozwiedli się jego rodzice, Ba sprowadził do włoskiej stolicy mody swoją matkę, młodszą siostrę i brata. Dzięki wysokiej pensji zapewnił im godne życie przez trzy lata w stolicy Lombardii. Nie zapomnieli o nim także byli piłkarze Milanu. Paolo Maldini pomógł mu w zrzuceniu zbędnych kilogramów i zapraszał go na treningi bokserskie. Zvonimir Boban brał go na lekcje tenisa (Chorwat trenował z Goranem Ivaniseviciem i jest uważany za jednego z najlepszych tenisistów wśród byłych piłkarzy), a Christian „Bobo” Vieri organizował z nim turnieje gry w paintball, w których brali udział m. innymi Angelo Carbone i Maldini. Na sam koniec Christian Abbiati i Mauro Tassotti „zarazili” go pasją do motocykli. Francuz jeździł z nimi na zloty Harleya Davidsona do Rzymu, Saint-Tropez i Wiednia. Jaki z tego morał? Milan to jedna, wielka rodzina. Mówili o tym m. innymi Berlusconi, Galliani, Maldini, Nesta i van Bommel. Życie „Ibou” po karierze sportowej jest na to kolejnym dowodem.

Ibrahim Ba nigdy nie był wielkim piłkarzem, a jego prime trwał mniej więcej tyle co popularność wokalistki Jennifer Paige po przeboju „Crush” z 1998 roku. Gracz, który tylko przez chwilę był gwiazdą został kolejnym niespełnionym talentem. Dobrze prezentował się jedynie na boiskach Francji i w swoim pierwszym meczu na San Siro. Później sparaliżowała go presja ze strony kibiców Milanu. Jednak najmocniejszy cios zadał mu Aime Jacquet. Nigdy nie wiadomo co by się stało gdyby „Ibou” znalazł się w kadrze „Les Bleus” na Mundial we Francji, ale jedno jest pewne, brak powołania tylko przyspieszył jego upadek. Załamany po tym odrzuceniu Ba nigdy nie wrócił do wielkiej formy i to wszystko pokazuje jak brutalny jest futbol.