Gigant uratowany przez brata

Każdy wielki gracz w NBA miał ksywkę. Karla Malone’a zapamiętamy jako „Litonosza”, Paula Pierce’a jako „The Truth”, Ray Allen będzie kojarzony zawsze jako „Sugar Ray” lub „Jesus Shuttlesworth”, a Allen Iverson to „The Answer”. Lista ksywek zawodników NBA jest długa niczym mur chiński. Nasz dzisiejszy bohater jest nazywany przez kibiców Oklahoma City Thunder „Big Kiwi”. Słowo „big” nawiązuje do jego wzrostu (facet mierzy 213 cm), a „kiwi” do kraju, z którego pochodzi. Dlaczego „kiwi”? Ponieważ Nowa Zelandia to kraj, w którym wszystko nazywa się kiwi. Symbol nowej Zelandii – ptak nazywany jest kiwi tak samo jak prezydent i mieszkańcy. Ten najczystszy i najbardziej odizolowany kraj na świecie słynie z pięknej przyrody, fiordów, gejzerów i rugby. To właśnie ten sport ludność Nowej Zelandii kocha najbardziej. W krainie Hobbitów rugby jest zawsze na pierwszym miejscu. Jednak on postanowił, że będzie grać w koszykówkę, a właściwie pomógł mu w tym brat. Warren Adams uratował mu życie. Dosłownie ocalił go przed autodestrukcją. Poznajcie niesamowitą historię Stevena Adamsa, centra OKC.

Steven Funaki Adams urodził się 20 lipca 1993 roku w mieście Rotoura w Nowej Zelandii.

Jego dzieciństwo było delikatnie mówiąc… skomplikowane. Jego ojciec Sid pochodził z Anglii, a matka z Tongi, państwa w Polinezji na południowym Pacyfiku. Steven jest najmłodszym z 18 dzieci. Sid Adams miał dzieci z 5 kobietami. Był niczym Krzysztof Stelmaszyk w „Testosteronie”. Filmowy Stavros był bawidamkiem i wszędzie gdzie jeździł to zostawiał ślady. Doskonały przykład na to, że znakomita większość może zostać ojcem, ale nie tatą. Dosyć żartów, wróćmy do tematu. Steven Adams był najmłodszym dzieckiem w rodzinie. Swoje dzieciństwo wspomina tak: „Moi bracia znęcali się nade mną, więc dużo płakałem. Kiedy mówiłem, żeby przestali to tego nie robili. Płacz był moją jedyną formą obrony i powodował, że mój Tata wchodził do pokoju”.

Ojciec Sid nie był wzorem do naśladowania. Był zasadniczy i rzadko okazywał emocje. Być może wynikało to z tego, że służył w marynarce wojennej Nowej Zelandii. Mimo wszystko najmłodszy z 18 dzieci, Steven był bardzo przywiązany do ojca. Sid Adams zawsze powtarzał synowi, żeby w życiu stawiał na sport. Aktywność fizyczna miała nauczyć go nauczyć przede wszystkim dyscypliny. Jego bracia byli znakomitymi atletami, mierzyli średnio po 206 cm, a siostra Valeria Adams odnosiła sukcesy jako kulomiotka (dwa złote medale olimpijskie w pchnięciu kulą w 2008 i 2012 roku). Warren Adams grał w koszykówkę w reprezentacji Nowej Zelandii. Młodziutki Steven nie miał więc wyjścia i musiał wybrać jedną z dyscyplin sportowych. Zdecydował się na koszykówkę. W wieku 14 lat miał 195 cm wzrostu. Niestety koszykarskie treningi przerwała śmierć ojca. Sid Adams zmarł na raka żołądka. Po śmierci ojca Steven nie potrafił się odnaleźć. Coraz częściej opuszczał szkołę. Wpadł też w toksyczne towarzystwo. Zaczął pić i palić. Błąkał się po ulicach miasta Rotoura i jako nastolatek bardziej przypominał Jerzego Pilcha z filmu „Pod Mocnym Aniołem” niż ambitnego sportowca. Zrezygnował ze szkoły, nocował na ulicach, a dzień rozpoczynał od puszki piwa niczym żul pod Biedronką. Dłużej nie mógł tego znieść jeden z jego starszych braci. Warren Adams odnalazł Stevena w pubie, który przypominał Cafe Szafe. Wyciągnął go z knajpy i oświadczył, że przeprowadzają się do Wellington, stolicy Nowej Zelandii.

Brat Warren zastosował na Stevenie terapię szokową. Drastyczna zmiana była jedynym możliwym ratunkiem dla rozbitego wewnętrznie nastolatka. Starszy brat zadzwonił do Kenny’ego McFaddena, koszykarskiej legendy z Wellington i poprosił o pomoc. McFadden się zgodził i przyjął Stevena Adamsa do swojej akademii koszykarskiej. Początki dla Stevena były trudne. McFadden nie był miły. Pełnił rolę policjanta. Był jak świętej pamięci Hubert Wagner, pseudonim „Kat”, który doprowadził polskich siatkarzy do złota olimpijskiego w Montrealu w 1976 roku. Wiecie co powiedział do Adamsa McFadden na pierwszym spotkaniu? „Teraz uzależnisz się od ciężkich treningów. Dam Ci taki wycisk, że zapamiętasz go do końca życia. Na końcu za wszystko mi podziękujesz”. Kenny McFadden słowa dotrzymał, a Steven trenował tak ciężko jakby codziennie musiał ukończyć „Ironmana”. Trener McFadden miał misję jak Clint Eastwood w filmie „Wzgórze Rozdartych Serc”, w którym wcielił się w sierżanta Toma „Gunny” Highwaya. Mordercze treningi po dwóch latach przyniosły efekty. Steven Adams mierzył 208 cm, był silny, świetnie zbierał i pakował do kosza. Coach McFadden wysłał nagranie z treningu Adamsa do Adidas Nations. Efekt? Adams został zaproszony na międzynarodowy obóz dla talentów koszykarskich w Los Angeles.

Na campie Adidasa Adams wypadł bardzo dobrze i już Stanów Zjednoczonych nie opuścił. Trafił do szkoły średniej w Fitchburg w Massachusetts, a później dostał się do Pittsburgh Panthers, drużyny z NCAA. Jako center Pittsburgh Panthers notował w sezonie 2012/2013 średnio 7.2 pkt., 6.3 zb. i 2 bloki na mecz. Po roku gry w Pittsburghu zdecydował się, że weźmie udział w drafcie do NBA.

Jego koszykarskie CV wyglądało całkiem nieźle. Był MVP młodzieżowego turnieju koszykarskiego w Nowej Zelandii. Został zaproszony na mecz The Jordan Brand Classic w Charlotte. Otrzymał tytuł „National School Player of the Week” od magazynu Sports Illustrated. Miał się czym pochwalić. Poza tym cały czas chciał się rozwijać i pragnął grać w NBA. Swoje marzenie spełnił 27 czerwca 2013 roku. Oklahoma City Thunder wybrała go w pierwszej rundzie z numerem 12. Tym samym Steven Adams został pierwszym koszykarzem z Nowej Zelandii, który trafił do NBA już w pierwszej rundzie draftu. Ponadto został pierwszym koszykarzem od czasu Vonteego Cummingsa (Indiana Pacers), który dostał się do drużyny NBA w pierwszej rundzie draftu z Pittsburgh Panthers.

Popularny „Big Kiwi” dostał się do magicznego świata NBA. Szybko jednak musiał zdjąć różowe okulary. Najlepsza koszykarska liga świata to nie jest miejsce dla słabeuszy. Utrzymują się w niej prawdziwi twardziele i z tego bardzo szybko zdał sobie sprawę center z Nowej Zelandii. Oczekiwania kibiców Thuder po drafcie były ogromne. Wcześniej stracili Jamesa Hardena, który przeszedł do Houston Rockets. Brakowało im zawodnika, który natychmiast podniesie poziom drużyny. Pierwsze treningi były ciężkie. Na jednym z nich Steven dostał z łokcia od Kendricka Perkinsa, po czym usłyszał: „Witamy w NBA chłopcze”. Gigant z Nowej Zelandii tylko się uśmiechnął. Wiedział, że podobnie będzie w normalnych meczach na parkietach NBA. Kendrick Perkins pokazał mu co go czeka w NBA. W swoim debiutanckim sezonie Adams otrzymał cios od Nate’a Robinsona w brzuch, Vince Carter trafił go w głowę łokciem, a Jordan Hamilton uderzył w ramię. Otrzymał też cios od Zacha Randolpha. Jako rookie był sponiewierany, ale się nie załamał. Zresztą sam Adams też do ministrantów nie należy. Gra twardo, bo nie ma wyboru. Pozycja centra to przede wszystkim siła fizyczna. W swoim pierwszym sezonie w NBA notował średnio 3.3 pkt., 4.1 zb. i 0.7 bloku na mecz. Jego Oklahoma dostała się do playoffs i doszła aż do finału Konferencji Zachodniej (porażka z San Antonio Spurs w 6 meczach).

Przed rozpoczęciem drugiego sezonu udzielił wywiadu stacji ESPN. Opowiadał o swoich idolach i o swoim pierwszym sezonie w NBA. Center OKC powiedział, że najbardziej podziwiał trzech graczy: Larry’ego Birda, Tima Duncana i Peję Stojakovicia. Ponadto podkreślił, że nie spodziewał się, iż gra w NBA jest tak twarda.

Jego drugi sezon w NBA nie był udany. Rozpoczął go dobrze, bo od 6 bloków w meczu z Houston Rockets. Pod koniec grudnia 2014 roku rzucił 16 punktów i zebrał 15 piłek w meczu z San Antonio Spurs. Na początku 2015 roku pobił swój rekord w zbiórkach – 20 w meczu z Washington Wizards. Jego dobra passa zakończyła się w lutym z powodu złamania małego palca prawej reki. Steven pauzował przez ponad miesiąc. Kiedy wrócił udało mu się rozegrać kilka dobrych meczów, ale OKC ostatecznie zakończyła sezon 2014/2015 na 9. miejscu w Konferencji Zachodniej i nie dostała się do playoffs.

Rozczarowany „Big Kiwi” postanowił spędzić lato na treningach i analizie gry koszykarzy, których podziwiał. Godzinami przesiadywał przed komputerem oglądając filmiki na YouTube z gwiazdami NBA. Najczęściej odtwarzał klipy z Timem Duncanem, Marckiem Gasolem i Hakeemem Olajuwonem, który słynął z najlepszej pracy nóg spośród wszystkich centrów w historii NBA (nawet LeBron James pobierał u niego lekcje). Na efekty nie trzeba było długo czekać. W playoffs Thunder szli jak burza. Pokonali Dallas Mavericks 4:1, a później wyeliminowali San Antonio Spurs 4:2 (Game 6 był ostatnim meczem w NBA Tima Duncana). W serii ze Spurs Adams błyszczał (w meczu numer 2 rzucił 12 pkt. i zebrał 17 piłek, a w Game 4 zdobył 16 punktów). W finale Konferencji Zachodniej Oklahoma zmierzyła się z Golden State Warriors. Pomimo prowadzenia 3:1 w serii koszykarze Thuder nie zdołali wyeliminować „Dubs”. Splash Brothers w ostatnich trzech meczach grali jak natchnieni. Curry i Thompson mieli także wsparcie w postaci Andrew Boguta i Andre Iguodali, dlatego ostatecznie wyeliminowali OKC po 7 meczach. To była epicka batalia.

Porażka była bolesna, ale Steven Adams koniecznie chciał kontynuować karierę w Thunder, dlatego przedłużył kontrakt z klubem o cztery lata ($100 milionów). Miniony sezon był jego najlepszym pod względem liczb w NBA. Rzucał średnio 13.9 pkt. i notował 9.0 zb. oraz 1 blok na mecz. Stał się też trzecim w historii Oklahomy koszykarzem, który rzucił 3 tysiące punktów i zablokował 350 rzutów (wcześniej w barwach OKC dokonali tego Kevin Durant i Serge Ibaka). Udany sezon Adamsa nie przełożył się na grę Thunder w playoffs. Eksperyment o nazwie Russell Westbrook-Paul George-Carmelo Anthony nie wypalił i Oklahoma pożegnała się z playoffs już w pierwszej rundzie. Utah Jazz byli wyraźnie lepsi i zakończyli serię z Thunder w 6 meczach.

„Upadłem, nikt nie podał mi ręki. Wstałem sam, silniejszy”. Tego nie może powiedzieć o sobie Steven Adams. W trudnej chwili pomocną dłoń wyciągnął do niego Warren Adams. Starszy brat uratował mu życie. Później „zaopiekował” się nim Kenny McFadden. Trener z Wellington zrobił z niego prawdziwego koszykarza i pokazał go światu. Dzięki niemu „Big Kiwi” trafił do Nort Dame Prep, a później do Pittsburgh Panthers, by ostatecznie wylądować w NBA. Gracz z Nowej Zelandii jest doskonałym przykładem na to jak porażkę zamienić w sukces. Piotr Gacioch napisał kiedyś, że: „Porażki są wpisane w Nasze życie, dlatego trzeba umieć się podnieść, bo tylko to pozwoli nam osiągnąć upragniony cel”. Także niezależnie od tego gdzie jesteście i co robicie, nigdy się nie poddawajcie. Warto mierzyć wysoko i spełniać marzenia, a jeżeli kiedykolwiek będziecie mieć chwile zwątpienia to przypomnijcie sobie o Stevenie Adamsie. Nie ma lepszego motywatora. Jego historię możecie także przeczytać w książce autobiograficznej pod tytułem „My Life, My Fight”. Steven Adams powinien być następnym bohaterem reklamy NBA „Where amazing happens”, bez dwóch zdań!

Facebook Comments