Franek Smuda, gdzie się podziały tamte cuda?

Gdybyśmy chcieli stworzyć ranking na najlepszego i najgorszego polskiego trenera XXI wieku, bez wątpienia byłby mocnym kandydatem w obu zestawieniach. To nie będzie historia z happy endem, chociaż przez długi czas zapowiadała się na polski „american dream”. Długimi latami uchodził za szarlatana rodzimego futbolu, którego metody treningowe bazowały bardziej na własnym przeczuciu i szczęściu, niż umiejętnościach i posiadanej wiedzy. We współczesnej Polsce niewielu szkoleniowców osiągało takie sukcesy jak on. Franciszek Smuda to bez wątpienia jedna z najbardziej kontrowersyjnych postaci w historii polskiej piłki. Cudotwórca który doprowadził Widzew do elitarnej Ligi Mistrzów i „Dyzma” który zawinił jedną z największych kompromitacji w dziejach naszej reprezentacji. Jaki naprawdę jest Smuda? Czy rzeczywiście całą swoją karierę opiera na przypadku i szczęściu, czy też mamy do czynienia ze świetnym fachowcem który z biegiem lat rozmienia się na drobne? Zapraszam do subiektywnej oceny kariery byłego selekcjonera biało-czerwonych.

Ulubieniec Smuda

Gdy w październiku 2009 roku Franz obejmował posadę trenera reprezentacji Polski, opinia publiczna nie kryła zachwytów. Ba! To kibice wymusili zatrudnienie Smudy, domagając się rodzimego szkoleniowca po bolesnym romansie kadry z Leo Beenhakkerem. Bukmacherzy na długo przed ogłoszeniem oficjalnej decyzji PZPNu jednoznacznie wskazywali faworyta w osobie ówczesnego trenera Zagłębia Lubin. Na 16 osób które znalazły się w specjalnie powołanej komisji, 15 głosów oddano właśnie na Smudę. To miał być powiew normalności po burzliwej końcówce kadencji Beenhakkera. O ile pierwsze lata pracy Holendra były niesamowitym passem sukcesów, o tyle z biegiem czasu wyniki i styl były coraz gorsze. Lekarstwem na problemy kadry miał zostać człowiek którego nazwisko w piłce klubowej było synonimem sukcesu. We wcześniejszych latach zbudował efektowną drużynę w Poznaniu, a potem w imponującym stylu uratował zmierzające do spadku Zagłębie. Nie było żadnych wątpliwości czy jego wybór jest właściwy.

Paradoksalnie, na początku swojej kariery trenerskiej uchodził za postać z zachodu, kogoś kto wprowadza do polskiego futbolu wcześniej nieznane metody treningowe. To on pracując w Stali Mielec nauczył piłkarzy jak wielkie zalety ma odnowa biologiczna, jak ogromne znaczenie ma regeneracja i przygotowanie kondycyjne. Sprawiał wrażenie człowieka nowoczesnego, który sztuki trenerskiej uczył się w Niemczech i Turcji. Innowatora, który wprowadzi do Ekstraklasy nieznane wcześniej metody treningowe rodem z Zachodu. Nikt nie przejmował się tym że nie ma matury i że spore problemy sprawia mu język polski.

Od zera…

Franciszek Smuda nigdy nie był wybitnym piłkarzem. Właściwie godne wymienienia są jedynie trzy sezony w barwach Legii Warszawa, ale i tam był głównie rezerwowym. Zbliżając się do trzydziestki wyemigrował najpierw do Stanów Zjednoczonych, a następnie do Niemiec. Tam właśnie rozpoczęła się jego przygoda na ławce trenerskiej. Do Polski wrócił przyjmując posadę w Stali Mieliec, ale największą popularność przyniosła mu praca z Widzewem Łódź. Geniusz, cudotwórca, człowiek który w każdym zdaniu wplatał niemieckie słowa, a zarazem prosty facet w ortalionowym dresie z coraz większą łysiną. Nie dało się przejść obok niego obojętnie. To nie był wyimaginowany mędrzec w eleganckim garniturze jak wielu współczesnych trenerów, a prosty chłop ze śląskiej rodziny, który niejedno w życiu przeżył. Syn działonowego spod Monte Cassino i wnuk uczestnika Powstań Śląskich.

Tytan pracy który grając w USA ciężko harował w rafinerii żeby zarobić na życie. Lubił powtarzać że nie potrzebuje do pracy komputera, a „nos to jego laptop”. Kultowa jest historia opowiadana przez analityka reprezentacji Polski, Marcina Broniszewskiego który tygodniami przygotowywał dla Smudy szczegółowy raport o reprezentacji Grecji. Tekst miał ponad 600 stron i opisywał schematy rozgrywania stałych fragmentów gry, portrety psychologiczne poszczególnych zawodników oraz dokładny przebieg przygotowań (Broniszewski dosłownie śledził drużynę Fernando Santosa wynajmując pokoje w tym samym hotelu i z lornetki obserwując zamknięte treningi). Kiedy w końcu przekazał go Smudzie, ten pokręcił głową, przewertował kilka kartek i wypalił: „Chu… grają, opier… ich”. Cały Franz.

…do trenera

„Zaczekaj Pan, siedzę na kiblu”- tego typu słowami Franz potrafił przywitać dzwoniących dziennikarzy. „Uganda? Pałętają się gdzieś po buszu, a w rankingu są przed nami, to jakieś jaja”. „Nie potrzebuje w drużynie psychologa, bo nie mam tu wariatów”. „Chcecie zmian? Zmienić to ja mogę spodnie”. „Ciężkie treningi? Zajechać kogoś to można w łóżku”. To tylko kilka z powiedzonek którymi dziennikarzy uraczył były selekcjoner. O dziwo prostacki, często buraczany styl przyniósł mu wielu zwolenników. Smuda za nic robił sobie przyjęte standardy zachowań, mówił to co mu ślina na język przynosiła. Żadnej wazeliny i akcji pod publikę. Jedne stawały się kultowe i szybko wchodziło do języka codziennego, inne wywoływały jedynie zażenowanie. Ponad wszystko stawiał przygotowanie kondycyjne i profesjonalizm, za to systematycznie karcił wszelkie objawy niesubordynacji i buntu.

Niechęć do alkoholu była u niego tak potężna, że już jako selekcjoner potrafił grzebać w rzeczach zawodników, zarzucając im picie po kryjomu. Ebi Smolarek opowiadał swego czasu że Smuda robił mu rewizję kartonów po butach, myśląc że ten ukrywa w nich butelki z wódką. Dziwne zwyczaje starszego pana w mniejszych klubach budziły tematy do żartów, ale wśród gwiazd reprezentacji spotkały się z wrogim przyjęciem. W trzy lata pracy z reprezentacją Polski narobił sobie więcej wrogów niż przez wcześniejsze szesnaście odnosząc sukcesy w lidze. Być może dlatego że z nikim się specjalnie nie liczył. Nie miał ludzi od PR-u, nikt nie promował go w mediach. Chciał zostać sobą. Świat futbolu w ciągu 20 lat poszedł do przodu, a on mentalnie pozostał w latach 90.

Wróg publiczny

Dlaczego Euro 2012 mimo mocno przeciętnych rywali zakończyliśmy już na fazie grupowej? Oczywiście większość win ponosi sam Smuda, który miał 2.5 roku na przygotowanie zespołu pod ten konkretnie turniej. Z drugiej strony brak eliminacji i wyłącznie spotkania towarzyskie były czynnikiem mocno utrudniającym zadanie człowiekowi który nigdy wcześniej nie pracował z reprezentacją. Nie było żadnej chemii między selekcjonerem a zawodnikami. Robert Lewandowski zdradził zresztą że większość kadry po prostu nie rozumiała Smudy i sama między sobą decydowała o taktyce. Trener swoje, piłkarze swoje. Na domiar złego Franz dał się wkręcić w tandetną machinę promocyjną. Z ligowego geniusza w ortalionie zmienił się w bohatera reklam Biedronki, w których powoływał do reprezentacji Adamiakową. Grał kogoś kim nigdy nie był. To trochę tak jakby Patryk Vega miał zostać reżyserem nowej części Jamesa Bonda i starał podporządkować fabułę pod swój styl.

Czasem w życiu lepiej mądrze stać niż bezmyślnie biegać. Nasz dzisiejszy bohater w przeciwieństwie do innych selekcjonerów nie potrafił odpuścić i postanowił dalej się pogrążąć. Jerzy Engel mimo fatalnego mundialu do dzisiaj ogrzewa się w blasku udanych eliminacji sprzed 16 lat. W przeciwieństwie do Franza nie przyjmował kolejnych ofert pracy „jak leci”, tylko czekał na mocne finansowo propozycje, oraz ciepłe posady za biurkiem. Smuda kilka miesięcy po Euro został trenerem ostatniej drużyny 2. Bundesligi, Jahn Regensburg. Tym razem magia nie podziałała i nie udało się uratować przed spadkiem. Mimo 70-ki na karku, pan Franciszek nie potrafił długo wytrzymać bez piłki nożnej.

Wisła Kraków, Górnik Łęczna, ostatnio Widzew Łódź. Coraz niżej i coraz gorsze wyniki. W kilka lat z synonimu sukcesu stał się obiektem docinek i wszechobecnego hejtu. Zraził do siebie kibiców klubów w których świętował największe sukcesy. Dlaczego Engel nie został trenerem Polonii Warszawa z którą jest przecież sentymentalnie związany, tylko bawił się w rolę działacza? Bo wiedział że przy braku wyników cała złość odbije się właśnie na nim. Miał więcej do stracenia niż zyskania, prosta kalkulacja. Smuda się z tym nie liczył i wkrótce pogrążył niepowodzeniami z Widzewem.

Dyzma

Ten sam człowiek który był bohaterem dla piłkarzy z Wodzisławia czy Lubina, stał się Dyzmą dla reprezentantów Polski. Ci pierwsi wpatrywali się w niego jak w nieomylnego generała i bez zastanowienia wypełniali jego rozkazy. Efekt zazwyczaj był pozytywny. Władze PZPNu wierzyły że Franz podobną drogą pójdzie w zawodnikami reprezentacji, co z góry skazane było na porażkę. Dlaczego? O ile ligowcy dawali się zaczarować magii Franza, o tyle reprezentanci którzy pracowali w poważnych ligach chcieli czegoś więcej niż „nosa trenera”. Z jednej strony Lewy który w Bayernie miał każdy trening wyliczony co do minuty, z drugiej Smuda który opierał się jedynie na własnym przeczuciu. Anegdota że podpisał kontrakt z zawodnikiem widząc jedynie jak chodzi po schodach brzmi fajnie, ale w poważnej piłce jest objawem braku profesjonalizmu.

Franz ma jedną cechę która uniemożliwiała mu odnoszenie sukcesów w zespołach o dużych oczekiwaniach. Nigdy nie potrafił poradzić sobie z krytyką. Zdecydowanie lepiej szło mu tam gdzie skazywano go na pożarcie, gdzie nikt nie wierzył że zrobi dobry wynik. Niestety, gdy na dzień dobry stawiano mu konkretne cele, gubił się i nie potrafił przyznać do winy. Nawet gdy z Jahn Regensburg spadał do 3. Bundesligi, uważał że spełnił swoje zadanie, bo wypromował kilku piłkarzy, a ligi i tak nie udałoby się uratować.

Mimo klęski na Euro zapewniał że to on stworzył podwaliny pod późniejsze sukcesy kadry Adama Nawałki. Tłumacząc się z niepowodzeń jedynie ośmieszał się w oczach kibiców. Oczywiście nie on jedyny notował wpadki, ale o ile koledzy po fachu potrafili w odpowiednim momencie wycofać się i po jakimś czasie powrócić, o tyle Franz w mocno debilny sposób próbował wmówić że to on ma rację, nawet jeśli nie miał na to żadnego argumentu.

Pokruszony pomnik

Jeszcze dziesięć lat temu nie dało się Smudy nie lubić. Dziś ciężko powiedzieć o nim cokolwiek dobrego, nie odnosząc się do sukcesów z przeszłości. Pogrążyły go trenerskie niepowodzenia, ale także wymyślone teorie którymi uraczył dziennikarzy. O ile w latach 90- mógł mówić co chciał i każdy z zainteresowaniem tego słuchał, o tyle we współczesnym świecie media bezwzględnie wytykają każde przekłamanie. Jak można poważnie traktować kogoś kto jednego dnia chwali swoich zawodników, a za chwilę narzeka że nie mamy nawet jednego tak dobrego gracza jak piłkarze Kamerunu? Franz latami budował swój pomnik jednego z lepszych trenerów w historii polskiej ligi. Niestety, sam ten pomnik zburzył swoim nieprzemyślanym zachowaniem. Nie potrafił zejść ze sceny może nie tyle niepokonany, co lubiany i szanowany.