Francuski buntownik

Eric Cantona, Manchester United

Podczas jednej z reklam Joga Bonito porównał futbol do pięknej muzyki. Powiedział wtedy, że: „usłyszysz piękno muzyki tylko wtedy kiedy wiesz jak gra prawdziwa orkiestra”. Nasz dzisiejszy bohater również był wirtuozem futbolu. Dzięki nietuzinkowym umiejętnościom strzelał piękne gole zarówno na boiskach Francji jak i Anglii. Swoich przeciwników rozgrywał niczym Patrick Jane w serialu „Mentalista”. Rywali wyprowadzał z równowagi jak Dennis Rodman Franka Brickowskiego podczas finałów NBA Bulls-SuperSonics z 1996 roku. Sam zresztą też był porywczy o czym przekonali się m. innymi Matthew Simmons, sędzia piłkarski i paparazzi. Pierwszy z nich otrzymał kopniaka, drugi dostał w twarz piłką, a trzeci został znokautowany prawym podbródkowym w stylu Mike’a Tysona. Taki właśnie był, ekstremalny, nieprzewidywalny i o zwiększonym poziomie adrenaliny jak u Jasona Stathama. Kiedy trafił na Old Trafford stworzył „związek idealny” z Sir Alexem Fergusonem. Charyzma Szkota i pewność siebie Francuza doprowadziły do powstania potęgi „Czerwonych Diabłów” w ostatniej dekadzie XX wieku. Wielu kibiców mówi o nim, że to piłkarz, który zmienił historię United i trudno się z tym nie zgodzić. Cztery mistrzostwa Anglii, trzy Tarcze Dobroczynności oraz dwa zwycięstwa w FA Cup i to wszystko w ciągu 5 lat gry. Karierę zakończył w wieku 31 lat. Po zawieszeniu butów na kołku rozpoczął swoją przygodę z przemysłem filmowym. Prezentował najciekawsze stadiony na świecie na antenie Discovery Channel. Człowiek, który wielokrotnie wychodził poza schemat. Przed Wami Éric Cantona!

Éric Cantona urodził się 24 maja 1966 roku w Marsylii.

Syn pielęgniarza Alberta Cantony i krawcowej Éléonore Raurich szybko zainteresował się futbolem. Już jako dziecko biegał za piłką po ulicach Marsylii, największego portu we Francji. Pochodzący z rodziny imigrantów (dziadek z Sardynii, matka z Barcelony) Eric wyróżniał się na tle rówieśników techniką i szybkością. Nikt nie panował lepiej nad piłką niż on. Był najzdolniejszym piłkarzem młodego pokolenia w 11 i 12 dzielnicy Marsylii. Życie w Rio de Janeiro Europy nie było łatwe. Gangi narkotykowe, handel ludźmi, przemyt uchodźców, tak właśnie wyglądała Marsylia na przełomie lat 70. i 80. XX wieku (podobno do dziś niewiele się zmieniło). Na szczęście brutalna rzeczywistość tego portowego miasta nie miała destrukcyjnego wpływu na Erica. Młody Cantona skupił się tylko i wyłącznie na futbolu. Swoją przygodę z piłką rozpoczął w wieku 14 lat w klubie SO Caillolais. Na początku Francuz chciał grać na pozycji bramkarza, tak jak jego ojciec, który amatorsko kopał piłkę. Tymczasem trener SO Caillolais miał inne zdanie i najczęściej ustawiał go na pozycji napastnika. Bramkostrzelnego Francuza szybko zauważył Guy Roux, legendarny trener AJ Auxerre. Po roku gry w SO Caillolais Cantona zmienił otoczenie i przeniósł się do miasta z regionu Burgundia-Franche-Comté.

Biało-niebiescy zadbali o jego odpowiedni rozwój. Guy Roux wiedział, że ma do czynienia z prawdziwą perełką, dlatego rozpisał Cantonie specjalny program treningowy. Ofensywny gracz spędził dwa lata w młodzieżowej drużynie Auxerre. W pierwszej drużynie zadebiutował 5 listopada 1983 roku w meczu przeciwko Nancy. Miał tez okazję spotkać w Burgundii Pawła Janasa. Kariera Polaka zbliżała się powoli do końca i trzeba sobie powiedzieć szczerze, że nasz rodak nie był wzorem profesjonalisty. Namiętnie palił papierosy. Uwielbiał sobie wychodzić na dymka w trakcie treningów. Cantona szybko poznał jego słabość, ale Paweł Janas był niczym wytrawny szachista i umiejętnie manipulował młodym Francuzem. Pokazał mu kiedyś koszulkę Paolo Rossiego, którą dostał po Mundialu w Hiszpanii. Pech chciał, że Paolo Rossi był idolem Erica. Francuz marzył o tej koszulce i robił wszystko, żeby ją dostać od Polaka. Właśnie dlatego został chłopcem na posyłki. Chodził do monopolowego po fajki i piwo dla Janasa. W końcu były trener reprezentacji Polski się złamał i dał Cantonie kultową koszulkę z numerem 20. Ciekawa historia prawda? Francuz, którego idolem jest Włoch. Szczerze, nie znam podobnego przypadku.

Kariera Cantony rozwijała się w błyskawicznym tempie. Francuz szybko przerósł Pawła Janasa i resztę kolegów z Auxerre pod względem umiejętności. Niestety problemem był jego charakter. Młokos zakładał kumplom z „AJA” siatki na treningach. Typ był niepokorny i niereformowalny. Uwielbiał też ośmieszać bramkarza Bruno Martiniego. Jedna z legend Stade l’Abbé-Deschamps głosi, że Bruno Martini był lobowany przez Cantonę na każdym treningu. W końcu bramkarz reprezentacji Francji nie wytrzymał i doszło do bójki. Panowie pobili się i po tym incydencie nie było już miejsca dla Erica w Auxerre.

Kontrowersyjny piłkarz nie miał problemu ze znalezieniem nowego klubu i w 1988 roku trafił do Olympique Marsylii. Już w swoim pierwszym sezonie gry na Stade Velodrome świętował mistrzostwo i Puchar Francji. Znakomita passa zakończyła się w meczu z Torpedo Moskwa. Wówczas Cantona nie mógł się pogodzić, że został zmieniony przez trenera. Eric ściągnął koszulkę, cisnął nią o ziemię, a piłkę kopnął w stronie trybun. Włodarze Marsylii szybko wypożyczyli go do Bordeaux. Nieokiełznany napastnik strzelił dla „Żyrondystów” 6 goli w 11 meczach. Powoli zaczął się odbudowywać. Wydawało się, że wrócił na właściwe tory, ale nic z tych rzeczy. Pewnego razu próbował wcielić się w Panenkę i koncertowo zmarnował rzut karny. Kibice Girondins de Bordeaux mu tego nie wybaczyli, a lokalna prasa zjechała go od góry do dołu za nonszalancję.
Niesubordynacji nie tolerował również trener Bordeaux i kazał Cantonie szukać nowego klubu. Eric trafił do Montpellier w sezonie 1989/1990. Rok później reprezentował już barwy Nimes. Podczas jednego z meczów w barwach „Les crocodiles” rzucił w sędziego piłką. Oczywiście wyleciał z boiska, a nazajutrz musiał stawić się Wydziale Komisji Dyscyplinarnej Federacji Francuskiego Futbolu. Pan piłkarz został zdyskwalifikowany na dwa miesiące. Wyroku nie uznał, a członków komisji dyscyplinarnej nazwał idiotami. Salę rozpraw opuścił z hukiem. Był jak bohater piosenki „Jeden taki dzień”, w której Peja rymował: „Wyszedł z domu, już nie wrócił, z całym światem się skłócił”.

Francuz ewidentnie miał problem z samym sobą i w wieku 25 lat zaczął się zastanawiać nad zakończeniem kariery. Nie potrafił go okiełznać nawet Guy Roux. Co prawda nadal był świetnym piłkarzem, ale problemem był jego charakter. Odwrócili się od niego wszyscy poza jedną osobą. Ówczesny selekcjoner reprezentacji Francji, Michel Platini spotkał się z Cantoną i doradził mu zmianę otoczenia. Po tej rozmowie Eric miał wiele nieprzespanych nocy. Ostatecznie postanowił, że opuści Francję i spróbuje swoich sił w innej lidze. Wybór padł na Anglię, a konkretnie Sheffield Wednesday.

Cantona był bliski dołączenia do Liverpoolu, ale ostatecznie trener Graeme Souness z niego zrezygnował. Miał wówczas Iana Rusha, Johna Barnesa i nie potrzebował kolejnego napastnika. Co ciekawe pobyt Cantony na Sheffield Arena trwał… dwa dni. Klub nie miał pieniędzy na gracza tego formatu. W rezultacie Eric trafił do Leeds United. Popularne „Pawie” zapłaciły za niego Nimes £900 tysięcy.

Eric szybko stał się gwiazdą Leeds i idolem publiczności. Jego transfer spłacił się z nawiązką. Francuz poprowadził Leeds do mistrzostwa Anglii w 1992 roku. W swoim drugim sezonie gry strzelił dla „The Peacocks” 11 goli w 20 meczach. Znakomita gra nie przekładała się na atmosferę w szatni. Trener Howard Wilkinson nie lubił Cantony. Krytykował go za etykę pracy i zbyt indywidualną grę na boisku. Problem trenera Wilkinsona rozwiązał Manchester United. Sir Alex Ferguson ściągnął Cantonę na Old Trafford za £1.2 mln. Kibice „The Whites” protestowali i nie ma się co dziwić. Stracili idola publiczności i magiczny amulet jakim był dla klubu Cantona, a w zamian dostali Briana Deane’a. Reszta jest historią.

Éric Cantona i Manchester United to był związek idealny, być może burzliwy, z wieloma przejściami, ale bardzo udany. Charyzmatyczny trener wykrzesał 110% z talentu Francuza. Dał mu numer „7” i wysłał na podbój Premier League. Francuz odwdzięczył się pięknymi golami. Jego postawa na boisku dodała kolegom pewności siebie. Luz, fantastyczna technika, nieprzewidywalność i smykałka do kombinacyjnej gry uczyniły go jednym z najlepszych piłkarzy w Anglii. Pierwszego gola dla „Czerwonych Diabłów” strzelił 19 grudnia 1992 roku w meczu przeciwko Chelsea. Później były dwa gole w finale FA Cup przeciwko „The Blues” i dwie bramki w meczach derbowych z City. Pasjonujący lider poprowadził United do czterech mistrzostw Anglii w ciągu pięciu lat gry. Do tego dwukrotnie celebrował zdobycie FA Cup i trzykrotnie Tarczy Wspólnoty (Dobroczynności). Został królem Old Trafford, a jego koszulki po czerwonej części Manchesteru sprzedawały się jak świeże bułeczki. Jego legendy nie zniszczył nawet incydent z kibicem Crystal Palace. Matthew Simmons podczas meczu wykrzyczał do niego następujące słowa: „Spier***aj do Francji, ty sku*****nu!”. Na rekcję nie trzeba było długo czekać. Cantona podbiegł do trybuny, na której był Simmons i kopnął go z wyskoku. Cios w stylu Chucka Norrisa był nokautujący. Skandal zakończył się zawieszeniem do końca sezonu. Za swoje zachowanie Cantona nie przeprosił, a po latach powiedział, że żałuje, iż nie kopnął Simmonsa mocniej.

W sezonie 1996/1997 został kapitanem United po tym jak Steve Bruce odszedł do Birmingham City. Po kolejnym mistrzowie Anglii postanowił, że czas pożegnać się z futbolem. Ostatni mecz w koszulce „Czerwonych Diabłów” w Premier League rozegrał 11 maja 1997 roku przeciwko West Hamowi. Buty na kołku zawiesił w wieku 31 lat. Postąpił podobnie jak nasz Zbigniew Boniek, który karierę zakończył w wieku 32 lat. Zarówno Francuz jak i Polak zeszli ze sceny w pełni sił, żegnani oklaskami i to jest najważniejsze.

Ten znakomity piłkarz nigdy nie wystąpił na Mistrzostwach Świata. Ciężko w to uwierzyć, ale w barwach „Tricolores” zagrał jedynie na turnieju Euro 1992. Na Mundial do USA w 1994 roku nie pojechał ponieważ „Les Bleus” sensacyjnie przegrali z Izraelem i Bułgarią w eliminacjach. Dramatyczny był szczególnie ostatni mecz z Bułgarią. Francuzi potrzebowali zaledwie punktu do awansu. Wydawało się, że Francja zagra na MŚ. Jednak Bułgarzy mieli inny plan i kompletnie zaskoczyli tłumy na Parc des Princes. Co prawda Cantona strzelił w tym meczu gola, ale katem Francuzów okazał się Emil Kostadinov, strzelec dwóch goli. Cantona koszulkę „Tricolores” zakładał 45 razy i strzelił dla reprezentacji Francji 20 goli.

Biorąc pod uwagę karierę klubową i reprezentacyjną, Éric Cantona rozegrał łącznie 530 meczów, strzelił 205 goli i zanotował 79 asyst.

Po zakończeniu kariery związał się z branżą filmową. Wystąpił w 27 filmach, a najsłynniejsze z nich to: „Looking for Eric”, „La liste” i „Papillon noir”. Poza tym dwie gry komputerowe zostały nazwane jego imieniem, mianowicie Eric Cantona Football Challenge i Eric Cantona Football Challenge: Goal! 2. Został także mistrzem Europy w beach soccerze. Ponadto próbował swoich sił w polityce. Krytykował banki za kryzys ekonomiczny wywołany upadkiem Lehman Brothers. Chciał nawet zostać prezydentem Francji…

Podniesiony kołnierzyk, bajeczna technika i cudowne gole, taki na boisku był Éric Cantona. Jego transfer na Old Trafford otworzył nowy rozdział w historii „Czerwonych Diabłów”. Dzięki jego charyzmie i pewności siebie United stał się najlepszą drużyną w Anglii w ostatniej dekadzie XX wieku. Sir Alex Ferguson trafił w dziesiątkę! Duet Fergie-Cantona odbudował potęgę United. Cantony można nie lubić, ale piłkarzem był genialnym, a jego nazwisko powinno się znaleźć w każdej książce dla trenerów i mówców motywacyjnych. Nikt tak jak on nie potrafił mobilizować kolegów z szatni. Szkoda, że dziś po murawie Old Trafford biegają takie panienki, a obecny trener z nostalgią wspomina przeszłość zamiast skupić się na teraźniejszości. Zespołowi „The Special One” brakuje lidera. Drużyna warta 855 mln euro według portalu transfermarkt przegrywa z takimi „tuzami” futbolu jak Brighton & Hove Albion F.C. Éric Cantona by do czegoś takiego nie dopuścił. Kiedy trzeba było potrafił w pojedynkę przesądzić o losach rywalizacji. Wiecie za co go zapamiętam? Na pewno nie za cios kung-fu na Simmonsie ani za znokautowanie nachalnego dziennikarza na plaży. Zapamiętam go przede wszystkim za gola przeciwko Sunderlandowi z 1996 roku i następujące słowa: „Możesz zmienić żonę, politykę, religię, ale nie możesz zmienić swojej ulubionej drużyny piłkarskiej”. Facet z charakterem!