Mistrzowie Polski

Z pasją opowiadamy o futbolu

Ekstraklasa

Finał bez historii

Minimalizm to rak toczący polską piłkę klubową. Finał Pucharu Polski, piękny stadion, świetna organizacja, pełne trybuny. A piłkarsko? Emocji niewiele. Arka gładko przegrała z Legią 1:2 i chyba nawet przez chwilę zawodnicy z Gdyni nie myśleli o tym, że mogą zejść z boiska jako zwycięzcy. Legia także za dużo nie pokazała, ot tyle żeby wygrać, nic więcej.

PRESJA, JAKA PRESJA?

Przez cały tydzień Arka szła w narrację „my możemy, Legia musi”. No urwa mać. Zawodowi piłkarze stoją przed szansą zdobycia trofeum, grania w europejskich pucharach, ale oczywiście oni „nie muszą”. To po cholerę w ogóle wychodzą na boisko? Minimalizm w deklaracjach, a w grze? Także i to po dwóch stronach. Ale po kolei.

Z góry zaznaczam to, że części meczu nie widziałem będąc w dymie, albo pod sektorówką. Dlatego jeśli pominąłem jakąś godną uwagi sytuację to przepraszam. Zaskoczeniem, przynajmniej dla mnie, był skład Legii. Brak Szymańskiego i Hamalainena biorąc pod uwagę ich dobrą formę mógł dziwić. Zastąpili ich Radović – trener chyba liczył na jego doświadczenie w meczach o wysokim ciężarze gatunkowym oraz Cafu, który generalnie dał radę.

Mecz się rozpoczął i nie trzeba było być wróżką żeby wiedzieć jak to będzie wyglądał. Arka na swojej połowie nieporadnie zbierająca się do kontrataków. I Legia przy piłce w ataku pozycyjnym. Scenariusz jak w 90% spotkań Legii w Ekstraklasie. I gdyby Arka nie grała z Legią w obecnej formie tylko z innym zespołem, to może taka bierna taktyka by coś dała. Czekaliby, czekali i wturlali coś z kontry. Tymczasem, Gdynianie sparodiowali grę obronną i w 30 minut było po meczu. W 12 minucie proste dogranie na prawą stronę do Antolicia, ten wrzucił w pole karne w sposób mało fantazyjny. Jednak to i tak było za dużo dla gdyńskiej defensywy. Trzech obrońców postanowiło napawać się widokiem imponującego, bądź co bądź, Stadionu Narodowego, Steinbors także postanowił poczekać na linii zamiast wyjść do piłki i Niezgoda musiał tylko dołożyć głowę. I plan taktyczny runął.

17 minut później zakopał się pod ziemię. Kolejna akcja prawą stroną (Warszawa pozdrawia Warcholaka). Tym razem płasko dośrodkował Vesović, obrońcy Arki pokazali jak bardzo „nie muszą” i z pięciu metrów trafił bez problemu Cafu. Makao i po makale:) Do końca pierwszej połowy kibice mogli skupić się już na śpiewaniu. W ciągu pierwszych 45 minut ujrzałem jeden celny strzał Arki i może jeszcze ćwierć sytuacji. Legia taka dobra? Niekoniecznie. Absolutnie nie była zmuszona do pocenia się. Niby był pressing Gdynian i tu można pochwalić Legię. Która wychodziła spod niego spokojnie krótkimi podaniami. Poza tym grała spokojnie, prosto. Na Arkę starczało, szczególnie przy takiej skuteczności.

DRUGA POŁOWA

Na drugą połowę trener Ojrzyński wpuścił Siemaszkę i Piesio. Arka zaczęła grać bardziej do przodu. Innego wyjścia nie miała przy tym wyniku, chociaż pardon – przecież oni „nie muszą”. Kilka razy zakotłowało się pod bramką Legii. Częściej jednak Legia spokojnie i jednocześnie bezproduktywnie oraz bez większego wysiłku (minimalizm) rozgrywała piłkę, a Siemaszko wściekle machał rękoma z bezradnością. Remy i Pazdan kasowali go raz za razem, a gdy się pomylili on sam źle przyjął piłkę i już było po groźnej akcji. Piesio w 71 minucie postanowił sprawdzić czy da radę urwać nogę Szymańskiemu i słusznie dostał (po VAR) bezpośrednią czerwoną. W obrazie meczu niczego to nie zmieniło.

Legia grała z Arką w dziadka chcąc chyba wejść z piłką do bramki – godne odnotowania są dwie sytuacje – obroniony strzał z bliska, ale i ostrego kąta, Antolicia oraz strzał z wolnego Szymańskiego – tuż nad poprzeczką. Naprawdę żal było patrzeć na bezładną bieganinę za piłką Gdynian, ale i Legia, podkreślam po raz wtóry, grała żeby nie stracić (daleko od swojej bramki, Cierzniak nawet dziś nie był pewny), a nie żeby strzelić. I to się zemściło. Sędzia doliczył 10 minut (race) i w 98 minucie po dalekim w rzucie z autu Sołdecki strzelił kontaktową bramkę. Zwiastun emocji? A gdzież tam. Po wznowieniu od środka przez Legię Arka nie dotknęła piłki do końcowego gwizdka sędziego, była bezradna jak przez całe spotkanie.

To nie był dobry mecz. Legia w pół godziny załatwiła sprawę. Plusy dla niej? Spokój w rozegraniu, pewność z tyłu, narzucenie rywalowi swojej gry. Minusy? Minimalizm (oszczędzanie sił?). Arka – plusy? Brak. Minusy? Nie będę pisał o jakości piłkarskiej choć z perspektywy trybun aż bolały oczy od kaleczenia tej gry. Minusem jest przede wszystkim brak ambicji, oni nawet nie jeździli na d…ach. Nic jednak w tym dziwnego, przecież oni „nie musieli”. Nigdy takiej postawy nie zrozumiem.

Facebook Comments