Everton w drodze po szczęście

Sinusoida. To słowo w najlepszy sposób opisuje efekty boiskowych poczynań The Toffees i tyczy się to nie tylko tego sezonu, ale także kilku poprzednich lat. Ekipa z Goodison Park zaciekle ściga żelazną czołową szóstkę i jest jednym z kandydatów do gry w Lidze Europy, by następnie wpaść w dołek i wylądować w środku tabeli. Reprezentuje Anglię na arenie międzynarodowej, by na własnym podwórku męczyć się z uzyskaniem bezpiecznej i komfortowej pozycji. W niebieskiej części Liverpoolu trudno o stabilizację, w czym nie pomagają ani transfery wychodzące z klubu, ani zawirowania na pozycji szkoleniowca. Czym zakończą się tegosezonowe starania?

Everton od lat, z mniejszym lub większym powodzeniem, rywalizuje o miano „the best of the rest”, czyli tytuł najlepszej drużyny zaraz po krajowych potentatach. Od 2007 do 2014 roku niemal nieprzerwanie osiągał swoje minimum, 3-krotnie wdrapując się nawet na 5. miejsce w tabeli. Jednak od kiedy top six jest niemal hermetycznie zamkniętym gronem, realistycznym celem The Toffees stała się lokata numer siedem. Problem w tym, że w poprzednich 4 sezonach udało się ją osiągnąć tylko raz.

W tym okresie, na ławce trenerskiej drużyny z Merseyside zasiadało 3 szkoleniowców, nie uwzględniając tymczasowych kadencji Davida Unswortha. Co ciekawe, jeśli chodzi o zmagania w Premier League, wszyscy radzili sobie podobnie, to jest odnosili od 11 do 13 zwycięstw na sezon i tylko Ronald Koeman zdołał wybić się ponad przeciętność i wygrać 17 spotkań. Wywalczył dzięki temu awans do Ligi Europy, lecz niespełna pół roku później już go w klubie nie było.

Jego następcą został Sam Allardyce, pod wodzą którego Evertonowi wprawdzie udało się zająć 8. miejsce w tabeli, co z uwagi na słabą pierwszą część sezonu było dobrym rezultatem, lecz styl gry wołał o pomstę do nieba. Zespół prezentował toporny, przykry dla oka futbol, co nie podobało się ani fanom, ani osobom zarządzającym klubem. Rozstanie z Big Samem nikogo więc nie zaskoczyło, tak samo zresztą jak wybór kolejnego menedżera, o którego na Goodison Park starano się już kilka miesięcy wcześniej, a którym stał się Marco Silva.

Portugalczyk miał przywrócić The Toffees blask, a zawodnikom wpoić nie tylko mentalność prawdziwych zwycięzców, lecz również zmysł pięknej, ofensywnej gry. Jak po niespełna 8 miesiącach pracy byłego szkoleniowca Watfordu założenia te wypadają w praktyce?

Everton po 23 kolejkach angielskiej ekstraklasy zajmuje 11. pozycję w tabeli, ma na koncie więcej porażek niż zwycięstw i bilans bramkowy na poziomie 34:33. Tylko raz zdołał wygrać 2 mecze z rzędu, co doskonale oddaje brak regularności oraz wahania formy targające zespołem. Fakt, z reguły na ekipę z miasta Beatlesów patrzy się przyjemniej niż za kadencji Allardyce’a, lecz wyniki – a więc to, co najważniejsze – nie bronią Marco Silvy, który świadomy sytuacji swojej drużyny, w rozmowie ze Sky Sports mówił tak:

„Premier League jest bardzo wyrównana. To dla nas nic nowego. Teraz będzie jeszcze trudniej o punkty, gdyż pozostałe drużyny rywalizują niezwykle zaciekle, tak jak chcemy robić to i my.”

Nie da się jednak ukryć, że pod okiem Portugalczyka The Toffees poczynili spore postępy. Pomimo braku rasowego snajpera (napiszę to po raz kolejny: Duvan Zapata pasowałby idealnie!) i chimeryczności Richarlisona, zdobywają średnio 1.48 bramki na mecz (w zeszłym sezonie 1.16), sami tracąc przy okazji nieco ponad 1.4 gola na spotkania (wcześniej ponad 1.5). Dłużej utrzymują się też przy piłce, dzięki czemu wymieniają więcej podań – przeciętnie 432 na każdy występ względem 388 w poprzedniej kampanii. Co za tym idzie, kreują sobie pokaźniejszą ilość sytuacji dogodnych do skarcenia defensywy rywala. W 23 ligowych starciach obecnego sezonu stworzyli sobie takowych 37 (z czego prawie połowa była dziełem wyśmienitego duetu Digne-Sigurdsson), a w 38 meczach poprzednich rozgrywek tylko 41.

Mimo progresu, Everton nie potrafi złapać odpowiedniego rytmu i ustabilizować formy, przez co przeplata dobre występy ze słabymi. Napisanie, że zawodzi na całej linii byłoby moim zdaniem nadużyciem. Nie ulega jednak wątpliwości, iż podopieczni Marco Silvy nie spełniają oczekiwań, ani pokładanych w nich nadziei. Do siódmego w tabeli Watfordu tracą wprawdzie jedynie 3 punkty, lecz wzmocniona latem kadra ma potencjał, by wyraźnie wysunąć się na czoło peletonu ścigającego sekstet potentatów. Na papierze, The Toffees są głównymi kandydatami do wywierania presji na przedstawicielach żelaznego top six, a tymczasem znajdują się poza górną połową tabeli.

Jeden z kluczowych zawodników drużyny, Gylfi Sigurdsson uspokaja jednak:

„Wszystko wymaga czasu. To pierwszy sezon pod wodzą nowego szkoleniowca, który chce zmienić styl gry zespołu i prowadzić go przez wiele lat. To proces, lecz uważam, iż obecnie menedżer wykonuje dobrą robotę.”

Koniec końców nieistotne, jak wiele trudności napotka na swej drodze Everton i jak wiele razy niepotrzebnie straci punkty. Ważne natomiast, by sezon 2018/19 za wszelką cenę zakończyć na 7. miejscu w tabeli Premier League, odzyskać tytuł „the best of the rest” i położyć solidne fundamenty pod kolejne cele. Nie mam wątpliwości co do tego, że The Toffees na to stać. Co więcej, sądzę iż Marco Silva jest w stanie zbudować na Goodison Park silny i zdolny do wielkich rzeczy zespół. Mimo że ekipie z niebieskiej części Merseyside w ostatnich latach wiodło się różnie, niekoniecznie wybitnie dobrze. Mimo że także w obecnych rozgrywkach nie przekonuje i nie pokazuje swojego potencjału w pełni. Stabilizacja oraz cierpliwe realizowanie długofalowej wizji to najważniejsze wartości, które powinny przyświecać Evertonowi w drodze po szczęście.

Facebook Comments