5 Cze
2018

Europejska dominacja mundialowa

Do meczu otwarcia Mistrzostw Świata pozostało 9 dni. Czas dłuży się niemiłosiernie i pozostaje mieć jedynie nadzieję, że widowisko nas nie zawiedzie. Ostatnie chwile przed startem imprezy to zawsze dobry moment na wszelkiego rodzaju typowania i przewidywania. Dziś jednak nie o tym. Nie da się ukryć, iż ostatnie lata, w których odbywały się mundiale, zdominowane są przez kraje europejskie. Honor reszty ratuje w XXI wieku jedynie Brazylia, która triumfowała w 2002 roku. Jak będzie tym razem?

Rywalizacja w Rosji będzie 21. w historii potyczek o miano najlepszych na naszej planecie. Najwięcej razy (5) trofeum unosili w górę wspomniani wyżej piłkarze z kraju kawy, którzy są dodatkowo jedynymi, którzy brali udział we wszystkich turniejach. Zaraz za ich plecami znajdują się Niemcy oraz Włosi, którzy mają na koncie po 4 zwycięstwa. Po 2 mają Argentyńczycy wraz z Urugwajczykami, a po jednym Anglicy, Francuzi i Hiszpanie. Łatwo policzyć, że dziewięciokrotnie najlepsze okazywały się państwa z Ameryki Południowej, a jedenastokrotnie przedstawiciele Europy. Żaden inny kontynent nie zaznał smaku triumfu.

Podczas trzech ostatnich finałów górą byli zawodnicy ze Starego Kontynentu, odpowiednio: Włosi, Hiszpanie i Niemcy. 16 lat temu, w Korei i Japonii miał miejsce ostatni wybitny akt Brazylijczyków, którzy od tamtego czasu nie doszli nawet do ostatniej fazy turnieju. Zarówno oni, jak i pozostali uczestnicy postarają się przerwać europejską hegemonię, lecz nie będzie o to przesadnie łatwo. Cofnijmy się w czasie i prześledźmy losy najświeższych (lekko naciągane określenie) imprez.

Włoscy królowie defensywy

W 2006 roku mundial organizowali nasi zachodni sąsiedzi. Mocno liczyli na triumf na własnej ziemi, lecz w półfinale ponieśli klęskę z, jak się później okazało, ostatecznymi zwycięzcami całej imprezy – Włochami. Za sterami całej machiny stał wówczas Marcello Lippi, a skład ociekał jakością. W odróżnieniu od obecnych reprezentantów, w kadrze roiło się od gwiazd klasy światowej. Buffon, Cannavaro, Del Piero, Gattuso, Totti, Nesta, Inzaghi czy Pirlo. Tych panów nikomu nie trzeba przedstawiać, lecz ich osiągnięcie jest nieco przytłumione przez wydarzenia z samego finału w Berlinie. Ale po kolei.

Squadra Azzurra bezproblemowo wyszła z grupy z pierwszego miejsca z bilansem 2 zwycięstw i jednego remisu.

Screenshot 2018-06-05 13-39-04.jpg

Paradoksalnie, to USA, które zajęło ostatnie miejsce, urwało im punkty w pierwszym spotkaniu. W pozostałych dwóch Włosi nie stracili nawet bramki. Nie inaczej było również w 1/8, kiedy Australia uległa 0:1. 3:0 z Ukrainą zwiastowało zwyżkę formy strzeleckiej, lecz w półfinale czekali już Niemcy. Nigdy nie jest łatwo grać z gospodarzem, za którym stoi niemal cała okolica, a jej doping jest zdecydowanie głośniejszy. W takich warunkach rodzą się jednak mistrzowie, co udowodnili przybysze z Półwyspu Apenińskiego.

Rezultat 2:0 dał przepustkę do upragnionego finału. W związku z tym okresem krążą liczne legendy, jak choćby ta o Gattuso, który non stop chodził w tym samym dresie z uwagi na swoje przesądy i zabobony. Czy to pomogło? Trudno stwierdzić, lecz puchar padł łupem Włochów, którzy kosztem Francuzów cieszyli się w Berlinie.

Tym razem nie poszło jednak tak gładko. Wynik jeden do jednego utrzymał się aż do serii jedenastek, które lepiej wykonywali gracze Lippiego. Wcześniej czerwoną kartkę obejrzał Zinedine Zidane, który dał się sprowokować Materazziemu i uderzył go głową. To wydarzenie przeszło do historii futbolu, choć nie jest czarno-białe. Nie mnie to oceniać, a fakty są takie, że Włosi stali się Mistrzami Świata. W całym turnieju stracili jedynie dwa gole, czym po raz kolejny dali dowód swoim umiejętnościom obronnym.

Lata chwały Hiszpanów

Okres 2008-2012, to prawdziwa hegemonia La Roja. Zaczęło się od EURO w Austrii i Szwajcarii, potem był mundial w RPA, a na koniec obrona europejskiego tronu, która odbyła się w Polsce i Ukrainie. Hiszpanie wreszcie grali pięknie i zwyciężali, a nie jak bywało w przeszłości, kiedy walory wizualne nie szły w parze z wynikami. Podopieczni del Bosque jechali do Afryki w roli faworyta i doskonale poradzili sobie z presją. Choć zaczęło się niekolorowo…

Pierwszy mecz, to porażka ze Szwajcarią. Dzisiaj wiemy, że jedyna w tamtejszym turnieju, lecz w czerwcu 2010 roku wszyscy zastanawiali się o co chodzi. Napakowana geniuszami kadra nie radzi sobie w starciu z przeciętnym rywalem? Czy to oznaki wypalenia? Być może zimny prysznic był potrzebny, gdyż kolejne spotkania odbyły się pod dyktando Hiszpanów. Mimo, że pragmatycznych, to do bólu skutecznych.

Pierwsza lokata w grupie zaowocowała starciem z Portugalią. 1:0 po bardzo zaciętym meczu dało awans do ćwierćfinału, w którym Mistrzowie Europy zmierzyli się z Paragwajem. Zwycięstwo w końcówce zapewnił David Villa, który został jednym z króli strzelców mundialu.

W półfinale jedynego gola zdobył Carles Puyol, a Niemcy po raz kolejny obeszli się smakiem. Na pocieszenie wywieźli z RPA brąz. Drugi raz z rzędu mieliśmy do czynienia z europejskim finałem: Holandia kontra Hiszpania. Blisko było również rzutów karnych, lecz w 116. minucie na listę strzelców wpisał się specjalista od arcyważnych bramek, czyli Andres Iniesta. Były wprawdzie wątpliwości co do tego, czy gracz Barcelony nie znajdował się na spalonym, ale sędzia uznał, że wszystko odbyło się zgodnie z przepisami gry. I tak właśnie La Roja po raz pierwszy w historii zasłużyła na miano Mistrza Świata.

Spain-FIFA-World-Cup-2010

Niemiecki walec

2014 rok, to mundial w Brazylii, która pod wodzą Neymara miała wrócić na tron. Gdzie, jak nie w ojczyźnie? Niestety lub stety, nadzieje i plany spełzły na niczym. Czwarty raz triumfowali Niemcy, którzy miewali momenty dominacji oraz słabości. Mocny początek (4:0 z Portugalią) nie zapowiadał remisu z Ghaną. Bracia Ayew i spółka pokazali ducha walki, lecz był to tylko jednorazowy wyskok, gdyż ostatecznie zajęli ostatnie miejsce w grupie. Nasi sąsiedzi z zachodu przewodzili stawce, co nikogo nie mogło dziwić.

Kolejna faza, to znów zawirowania. W spotkaniu z Algierią (2:1) wszystkie gole padły w dogrywce, a nerwów nie zabrakło. Oszczędził ich natomiast Hummels, który już w 13. minucie starcia z Francuzami ustalił jego wynik. I tak oto zawodnicy Loewa dotarli do półfinału, który zapowiadał się niezwykle ciekawie. Jedyną ujmą dla widowiska mogła być absencja lidera Brazylii, który doznał urazu w meczu z Kolumbią. Nie można tym jednak usprawiedliwić blamażu gospodarzy.

Niemcy rozgromili ich 7:1, co z pewnością będzie wspominane przez kolejne pokolenia. Gracze Scolariego byli absolutnie bezradni i gdyby przeciwnicy nie zdjęli nogi z gazu mogłoby skończyć się dwucyfrówką. Nie zrobiło to jednak większego wrażenia na Argentyńczykach, którzy w finale niczym nie ustępowali rywalom. Aż do 113. minuty. Powtórzyła się niejako sytuacja z 2010 roku, a w roli Iniesty wystąpił Mario Gotze. Rezerwowy idealnie wykorzystał dośrodkowanie Schurrle i wpakował piłkę do siatki. Kto by pomyślał, że cztery lata później nie pojedzie na mundial do Rosji?

635408927021766963.jpg

Na zbliżających się Mistrzostwach Świata Niemcy będą jednym z faworytów. Oprócz nich wyróżnia się również Hiszpanię, Francję, Argentynę i Brazylię, lecz ostatecznego triumfatora poznamy dopiero 15 lipca. Czy europejska dominacja zostanie przerwana?

 

Komentarze
Udostępnij: