Dwie twarze polskiego futbolu

Po nieudanym mundialu w Rosji i fatalnej dyspozycji polskich klubów w europejskich pucharach skończyły się miesiące sielanki rodzimej piłki nożnej. Jeszcze na początku czerwca zajmowaliśmy 9 miejsce w rankingu FIFA wyprzedzając m.in. Hiszpanię, Anglię i Urugwaj. Dziś już 13 pozycji niżej sami oglądamy plecy Peru, Walii czy Szwecji. Oczywiście sam ranking jest niezbyt miarodajny, ale w pewnym sensie oddaje zmianę nastrojów wśród kibiców w Polsce. Jeszcze niedawno nie mieliśmy kompleksów przed Niemcami, Portugalią czy nawet Anglią. Z 9 ostatnich spotkań wygraliśmy jednak ledwie jedno, a selekcjoner Jerzy Brzęczek bezradnie rozkłada ręce i zapewnia że z braku innych opcji zmuszeni jesteśmy grać piłkarzami którzy w przeciętnych klubach Bundesligi i Premier League nie mieszczą się nawet na ławce rezerwowej. W dzisiejszym tekście postaram zastanowić się jak mocny jest polski futbol i która jego twarz jest prawdziwa, ta przegrywająca po bezbarwnym meczu z Czechami i tradycyjnie zbierająca baty w europejskich pucharach, czy ta z ułańską fantazją ogrywająca Niemców i Portugalię. Powinniśmy pogodzić się że najlepsze lata są już za nami, czy też możemy osiągnąć jeszcze więcej, ale marnujemy swój potencjał?

Analizując ostatnie dni w światowej piłce nożnej, można łatwo dojść do wniosków że polski futbol ma się bardzo dobrze. Robert Lewandowski dzięki dwóm trafieniom przeciwko Benfice Lizbona przesunął się na pozycję najlepszego strzelca trwającej edycji Ligi Mistrzów. Wojciech Szczęsny został bohaterem Juventusu po świetnej paradzie strzału Mouctara Diakhaby’ego w starciu z Valencią. Forma strzelecka Krzysztofa Piątka daje mu obecnie nie tylko tytuł najlepszego snajpera Serie A, ale i trzecie miejsce w prestiżowym plebiscycie Złotego Buta. Trzech piłkarzy, których prawdopodobnie w swoich szeregach chciałby mieć większość klubów w Europie. Czy takim wyczynem mogą pochwalić się Czechy, Ukraina, albo nawet Szwecja? Celowo nie wspominam tu chociażby o Kamilu Wilczku czy Łukaszu Zwolińskim którzy razem w ciągu ostatnich miesięcy uzbierali 23 bramki, ale grają w słabszych ligach. Dlaczego jest tak źle, skoro teoretycznie jest dobrze?

16 miejsce. Na takiej pozycji w skali całego świata znajdujemy się, gdyby oceniać reprezentacje pod względem wartości rynkowej ich zawodników. Aż 7 naszych piłkarzy jest wycenianych na kwoty powyżej 10 milionów euro. Dla porównania w Szwecji takich graczy jest ledwie 3, w Walii 5, a Chile tylko 2. Zdziwieni? Diabeł tkwi oczywiście w szczegółach i zachwyt pryska gdy oglądamy takiego Piotra Zielińskiego w biało-czerwonej koszulce. Jednym z zasadniczych problemów polskiego futbolu jest fakt że piłkarze którzy są promowani na liderów kadry nie potrafią spełnić się w tej roli. Najstarsi górale nie pamiętają kiedy Zielu ostatni raz ciągnął grę reprezentacji, Arek Milik od dłuższego czasu szuka odpowiedzi na pytanie czy jest dużym talentem, czy też pewnego poziomu nigdy nie przeskoczy. O Grzegorzu Krychowiaku wypowiadałem się dziesiątki razy więc tym razem sobie daruję. Gdy dodamy do tego gorsze występy Roberta Lewandowskiego w narodowych barwach, widzimy że z „magicznej 7” niewiele wynika.

Przed tygodniem w sieci pojawił się raport statystyczny InStat, w którym szczegółowo analizuje się występy poszczególnych zawodników. Jedni mogą traktować to jako ciekawostkę, inni jako świetny system który pokazuje kto na danej pozycji jest najlepszy w danej lidze. Gdyby oceniać powołania z ligi do reprezentacji Polski, to wyszłoby że selekcjoner Adam Nawałka kompletnie nie trafia z wyborami. Według InStat czołowi piłkarze Ekstraklasy w tym sezonie to m.in. Rymaniak z Korony, Wieteska z Legii, Romanczuk z Jagiellonii, Żurkowski z Górnika, Dziczek z Piasta, oraz Janota z Arki. Żaden z nich nie jest w kręgu zainteresowań selekcjonera. Wszyscy zdajemy siebie sprawę że ten ostatni nawet będąc w znakomitej formie nie dostanie szansy chociażby kosztem Piotra Zielińskiego. Wiadomo, Janota ma 28 lat i kilka nieudanych sezonów za sobą, a Zieliński jest 24-letnim talentem który wciąż wierzy w wielką karierę. Piłkarz Arki Gdynia może dwoić się i troić, ale zwycięstwa w tej rywalizacji nie zazna. Nie dostanie nawet powołania.

Pamiętacie spotkanie Polska-Portugalia z 2006 roku? Prehistoria, ale to był prawdopodobnie najlepszy mecz naszej reprezentacji Polski w XXI wieku. Leo Beenhakker nie bał się wówczas posadzić na ławce gwiazdę Bundesligi Jacka Krzynówka kosztem ligowca Kuby Błaszczykowskiego. Na bokach obrony świetnie prezentowali się wówczas Panowie Bronowicki i Golański. Prości piłkarze Ekstraklasy, podobnie jak Radosław Sobolewski. Żebyśmy dobrze się rozumieli, nie szukam na siłę argumentów żeby wcisnąć Rymaniaka czy Janotę do kadry. Pokazuję jedynie przykład że stawianie formy ponad nazwiskiem dawało nam w przeszłości efekty. Media zachwycały się że Holender „znajduje” świetnych zawodników w przeciętnej polskiej lidze, a przecież Don Leo nie jest żadnym magikiem, był jedynie człowiekiem z zewnątrz którym nie miał w tyle głowy presji żeby stawiać na konkretne nazwiska.

Piłka reprezentacyjna dzieli się na dwuletnie okresy przygotowań między mistrzostwami Europy i Świata. Mam wrażenie że kolejni trenerzy wierzą że skoro ktoś jest wartościowym graczem kadry na początku eliminacji, to i w trakcie turnieju da sobie radę. Niestety, wystarczy że ktoś źle przepracuje jakiś okres przygotowawczy i może kolejne pół roku szukać formy. To kolejny problem polskiego futbolu. Brak odważnych decyzji. Można go spotkać na wielu płaszczyznach. W reprezentacji nikt nie odstawi piłkarzy z nazwiskami, podobnie jak nie zaryzykuje powołań piłkarzy pokroju Janota, Rymaniak i Dziczek. Trenerzy klubowi niby chętnie opowiadają o stawianiu na młodzież, ale co do czego wolą doświadczonych obcokrajowców. Nie odkrywam Ameryki w tym tekście. To wszystko jest przecież doskonale znane kibicom. Ktoś może zarzucić mi że fantazjuje pisząc o Janocie i Rymaniaku, ale mogę fantazjować bo panowie nie są weryfikowani w kadrze.

Mimo to, nie wszystko w polskiej piłce jest złe. Tak jak wspomniałem na wstępie, mamy kilka indywidualności wokół których można budować solidną reprezentację. Rzecz tkwi w tym żeby pozwolić takim zawodnikom jak Robert Lewandowski wykorzystywać pełnię potencjału. To w geście selekcjonera tkwi kwestia dobrania odpowiedniej taktyki. Dziwną sprawą jest pomysł na promowanie Piotra Zielińskiego jako lidera pomocy, ustanowienie z jednym napastnikiem i jednocześnie częste wycofywanie do środka pola Lewego.

W Ekstraklasie wciąż trwają debaty nad kolejnymi limitami obcokrajowców w drużynach, co uważam za zły pomysł. Kluby same powinny zdawać sobie sprawę że stawianie na polską młodzież na dłuższą metę jest bardziej opłacalne. Przymus nic nie da, jeśli świadomość wciąż będzie niewłaściwa. Ciężko budować modę na piłkę klubową gdy jej wyniki są bardzo słabe. Boiska, centra treningowe, nowoczesny sprzęt to bardzo ważna sprawa, ale jeszcze ważniejszy jest pomysł i jego wprowadzanie w życie.

Reasumując, nie mamy czego się wstydzić w Europie. Nie jest z naszym futbolem tak źle jak mogłoby się wydawać. Powinniśmy jednak równać do najlepszych i systematycznie eliminować problemy które blokują rozwój. Selekcjoner musi zrozumieć że nazwiska nie grają, a działacze klubowi że warto poświęcić więcej czasu żeby rozwijać klub, nie naciskając na natychmiastowe rezultaty. Jest wiele do zrobienia, ale skoro Chorwacja mogła to dlaczego nie my?

Facebook Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *