Mistrzowie Polski

Z pasją opowiadamy o futbolu

Premier League

Dwa oblicza Bournemouth

Każdy kij ma dwa końce, każdy medal ma dwie strony, a każdy sezon ligowy składa się z dwóch części. Miejsce w tabeli, które ostatecznie zajmuje drużyna, zależy od jej dyspozycji na przestrzeni całych rozgrywek, co sprawia, że marząc o sukcesie nie może ona pozwolić sobie na dłuższe chwile słabości. Na nic zdadzą się bowiem dobre rezultaty osiągane na początku rywalizacji, jeśli ich następstwem będzie kryzys i utrata recepty na wygrywanie. Najświeższe poczynania Bournemouth są tego wręcz podręcznikowym przykładem.

Przed rozpoczęciem zmagań w ramach 27. edycji Premier League, głównym zadaniem Wisienek było ugruntowanie pozycji w elicie, czemu miało przysłużyć się przejście przez sezon spokojnym krokiem, z chłodną głową i bez konieczności drżenia o utrzymanie. Cel niewygórowany, adekwatny do potencjału zespołu. Kapitalne wejście w rozgrywki kompletnie odmieniło jednak postrzeganie podopiecznych Eddiego Howe’a, a poprzeczka powędrowała w górę. Nagle, z brzydkiego kaczątka o przyziemnych aspiracjach, ekipa z Dean Court przemieniła się w łabędzia, kandydującego do gry w europejskich pucharach.

Po dziesięciu kolejkach, Bournemouth z bilansem sześciu zwycięstw, dwóch remisów oraz dwóch porażek zajmowało szóste miejsce w tabeli, zostawiając w tyle między innymi Wolverhampton, Watford, Everton i Leicester, czyli drużyny, które mają obecnie największe szanse na uzyskanie tytułu “best of the rest”, a co za tym idzie, na występy w Lidze Europy. Ba, za plecami Wisienek był także Manchester United, walczący aktualnie o pozycję gwarantującą udział w Lidze Mistrzów. Forma zespołu z Dean Court, jak i prezentowany przezeń atrakcyjny dla oka styl gry, zwyczajnie musiały robić wrażenie.

Nic więc dziwnego, że w pokonanym polu pozostali nie tylko beniaminkowie z Fulham i Cardiff, ale też West Ham, Crystal Palace oraz wspomniane wcześniej Lisy i Szerszenie. Nie są to wprawdzie ekipy ze ścisłej czołówki angielskiej ekstraklasy, ale o brak ambicji i umiejętności posądzić ich nie sposób. Do remisów z Evertonem i Southampton, Wisienki dołożyły porażkę z Chelsea, która była w tamtym momencie poza ich zasięgiem, a także niespodziewane niepowodzenie w starciu z Burnley. Mimo to, rozpoczęcie sezonu okazało się więcej niż zadowalające, w czym nie było ani krzty przypadku.

W większości spotkań Bournemouth było bowiem stroną przeważającą – utrzymywało się przy piłce dłużej od przeciwników (średnie posiadanie futbolówki wynosiło 51,3% na mecz) i wymieniało więcej podań (przeciętnie 439,8 na każdy występ). Oddawało też sporo strzałów (w sumie aż 120), a dzięki ich skuteczności zdobywało statystycznie prawie dwie bramki na kolejkę. Naprawdę przyjemnie patrzyło się na współpracę Ryana Frasera z Callumem Wilsonem, którzy strzelili w sumie osiem goli, a przy kolejnych dziesięciu mieli udział w postaci asyst. Całkiem nieźle radziła sobie również defensywa, bo choć Asmir Begović 12-krotnie wyjmował futbolówkę z własnej siatki, to cztery razy zdołał zachować czyste konto.

Szkoda, że sen o Europie potrwał zaledwie do listopada. Wtedy bowiem drużyna wpadła w dołek, z którego do dziś nie zdołała się wydostać. Być może zawodnicy źle znieśli presję otoczenia, czego poniekąd obawiał się Eddie Howe. – Mam nadzieję, że nie zacznie się o nas mówić zbyt dużo. Chcielibyśmy pozostać w cieniu, występować w roli underdoga – mówił Anglik po rozbiciu Watfordu. Forma jego podopiecznych nie mogła jednak pozostać bez echa, a medialny szum okazał się dla nich destrukcyjny.

Cztery porażki z rzędu mogły być dla Wisienek sporym ciosem, lecz nie powinny być zaskoczeniem, wszak grono pogromców – poza Newcastle – składało się z zespołów znacznie silniejszych, majętniejszych oraz jakościowo lepszych. Mimo to, w spotkaniach z Manchesterem United, Arsenalem i Manchesterem City, ekipa z hrabstwa Dorset postawiła rywalom twarde warunki, dzięki czemu zminimalizowała rozmiary niepowodzeń. Zwycięstwo z Huddersfield było jednak tylko chwilowym przebudzeniem z letargu.

Po nim nastąpił kolejny zjazd w postaci przegranych z Liverpoolem, a także Wolverhampton, okraszony odpadnięciem z Pucharu Ligi po batalii z Chelsea. W lidze Wisienki spadły na 11. miejsce w tabeli i definitywnie rozpoczęły okres wegetacji. Co z tego, że pokonały Brighton, skoro pożegnały się z rywalizacją o Puchar Anglii, zremisowały z Watfordem i uległy Tottenhamowi, Manchesterowi United oraz Evertonowi? Co im po ograniu West Hamu i Chelsea, skoro następnie zanotowały serię ośmiu meczów bez zwycięstwa, przerwaną jedynie kolejną wygraną z beznadziejnym Huddersfield?

Efekty degrengolady przybrały zaskakująco duże rozmiary, a Bournemouth zaliczyło jeden z największych regresów w tym sezonie Premier League. Gdyby rozgrywki zaczęły się w 11. kolejce, podopieczni Howe’a byliby dziś w strefie spadkowej. Niebywałe, że drużyna, która w pierwszych 10 spotkaniach uzbierała 20 punktów, w kolejnych 23 zgromadziła zaledwie 18 oczek. Niewiarygodne, iż po obiecującym początku wygrała jedynie pięć starć, zaś aż piętnaście przegrała. Statystyki każą jednak sądzić, iż nie było w tym ani grama przypadku.

Zespół z Dean Court przestał dyktować rywalom warunki i nie prowadził już gry – średnie posiadanie piłki spadło o ponad 6%, a przeciętna liczba podań wymienianych co mecz zmalała o 40. Mniej dobrego działo się ofensywie (Wisienki zdobywały statystycznie tylko 1,09 bramki na spotkanie, oddając przy tym niecałe 11 strzałów, spośród których niespełna 4 były celne), natomiast więcej złego w defensywie (aż 49 straconych bramek), na którą lekiem nie okazał się nawet Artur Boruc. Dyspozycji ogółu nie pomogły z pewnością wahania formy liderów w osobach Wilsona i Frasera, wobec których zadowalająca postawa Kinga i Brooksa zdała się na niewiele. 

Nie sądzę, że zawodnicy spoczęli na laurach i zadowolili się fenomenalnym startem. Nie wydaje mi się też, iż trud włożony w pierwsze kolejki wyssał z nich całą energię i pozbawił sił na dalszą część rozgrywek. Być może zwyczajnie nie byli oni gotowi na stanie się kandydatami do gry w europejskich pucharach, a wzrost oczekiwań środowiska źle wpłynął na ich psychikę. Nie jest to jednak usprawiedliwieniem dla nieustającego kryzysu.

– Najbardziej boli mnie to, że w minionych tygodniach nie dostrzegłem w grze zespołu filozofii, którą staram się mu wpoić. (…) Musimy przeanalizować wszystko, co robimy. (…) Podczas mojej menedżerskiej kariery bardzo rzadko zdarzało się, że patrzyłem na drużynę i nie byłem w stanie dostrzec tego, nad czym pracowaliśmy – wyznał Howe. Anglik jest wyraźnie zawiedziony postawą swoich podopiecznych, czemu trudno się dziwić.

Bournemouth zaprezentowało w tych rozgrywkach dwa zupełnie różne oblicza. Paradoks całej sytuacji polega na tym, że zrealizowało przy tym przedsezonowy cel, bowiem na pięć kolejek przed końcem rywalizacji nie grozi mu spadek. Mimo że apetyt rośnie w miarę jedzenia, a poprzeczka z oczekiwaniami podnosi się z każdym kolejnym zwycięstwem, Wisienki zajmują adekwatną do swoich możliwości, 13. pozycję w tabeli. Początek zmagań nie powinien przesłonić brutalnego, lecz niepodważalnego faktu, że drużyny z Dean Court nie stać na nic więcej, poza spokojną egzystencją w Premier League. A przynajmniej nie w tym, słodko-gorzkim sezonie.

W kolejnym łatwiej jednak nie będzie, albowiem latem kilka większych klubów wybiera się na południe Anglii i to bynajmniej nie w celach rekreacyjno-wypoczynkowych. Nie od dziś wiadomo przecież, że Fraser, Wilson oraz Brooks kuszą krajowych potentatów, którzy chętnie widzieliby ich w swoich szeregach i zapewne niebawem poczynią ku temu stanowcze kroki. Wszystko wskazuje więc na to, że z trzonu formacji ofensywnej Bournemouth wiele się nie ostanie, wobec czego trudno marzyć o czymś więcej niż utrzymanie w elicie. Cóż poradzić, taki los średniaka…

Facebook Comments