25 Wrz
2018

Dokąd obecnie tupta Everton?

Nowy menedżer, nowi zawodnicy, nowa nadzieja. Cel? Europejskie puchary! O tym przed rozpoczęciem sezonu mówiono i pisano w kontekście The Toffees. Klub miał wejść na wyższy poziom, powrócić na ścieżkę wyznaczoną za czasów pierwszego roku pracy Koemana. Po 6 kolejkach nastroje są jednak zgoła inne.

Ekipa z Goodison Park zdobywa średnio 1 punkt na mecz i ma ujemny bilans bramkowy. Wygrała tylko 1 spotkanie, a w tabeli nie mieści się nawet w pierwszej dziesiątce. Nie tego oczekiwali spragnieni radości z oglądania ich ukochanej drużyny kibice, nie na to liczył inwestujący niemalże 100 milionów w letnim okienku transferowym właściciel. Nie spodziewali się tego także pełni entuzjazmu piłkarze oraz natchniony szkoleniowiec – Everton miał przecież stosunkowo łatwy terminarz.

Dlaczego więc jest tak przeciętnie, by nie napisać słabo?

Przede wszystkim brakuje skuteczności. The Toffees wciąż, bo od czasu odejścia Lukaku, nie mają w kadrze klasowego, bramkostrzelnego napastnika. Nie jest nim Tosun, ani Niasse, a już na pewno nie Calvert-Lewin, choć on przynajmniej wpisuje się od czasu do czasu na listę strzelców. W lidze najwięcej bramek zdobył Richarlison, którego Marco Silva wystawia na lewej flance.

Nie oznacza to jednak, iż Brazylijczyk jest liderem z krwi i kości. Tak jak cała ofensywa Evertonu cierpi na chimeryczność i wahania formy. Abstrahując od głupiej czerwonej kartki, która wykluczyła go z gry na 2 mecze, popularny „Fawelarz” nie udowodnił dotąd, iż potrafi utrzymać wysoką dyspozycję w dłuższej perspektywie. Wszyscy wiemy, co działo się z nim w okresie od grudnia 2017 do sierpnia 2018, kiedy, jeszcze w barwach Watfordu, nie zdobył ani jednego gola i nie zaliczył ani jednej asysty.

Oprócz niego z przodu hasają nie mniej zmienny Walcott i Sigurdsson, który pozostaje cieniem samego siebie z czasów występów w barwach Swansea. Zatrzymajmy się na dłużej przy Islandczyku. Wydawało się, że portugalski menedżer odzyska go dla zespołu dzięki zaufaniu i powierzeniu pałeczki dyrygenta. I faktycznie, Gylfi kieruje ruchem na połowie rywala, ale liczb z tego niewiele, bo ledwie 1 bramka i 1 asysta. Jest jednak jedno ale. W zasadzie to dwa.

Po pierwsze, ofensywny pomocnik kreuje szanse głównie po stałych fragmentach gry, które bije znakomicie. Po drugie, gdy dogrywa przysłowiowe „ciasteczka”, jego koledzy bardzo często je marnują. Brak cyferek nie jest więc wyłącznie jego winą, choć nie ukrywajmy, iż Siggy lubi pobawić się w magika i kompletnie zniknąć z radarów wciąż, podobno, przebywając na boisku.

Zerknijmy też w stronę nowo przybyłych, z którymi wiązano przecież spore nadzieje. Wspomniałem już o skutecznym Richarlisonie, który z pewnością jest wzmocnieniem. Regularnie gra też Zouma oraz Digne, który zadomowił się na lewej stronie obrony, a z przodu potrafi świetnie kopnąć ze stojącej piłki. Dalej nie jest już tak kolorowo, gdyż Yerry Mina i Andre Gomes jeszcze nie zadebiutowali. Ba, nie znaleźli się nawet w kadrze meczowej. Bernard natomiast na razie gra ogony – łącznie 69 minut w 3 występach.

Aklimatyzacja przebiega więc różnie, kolorowo i podłużnie. Połowa graczy radzi sobie przyzwoicie lub dobrze, a połowa wcale. Nie jest to może pora, by bić na alarm i rozliczać zarząd z efektów letniej pracy, lecz entuzjazmu również próżno szukać.

Na domiar złego na murawie brakuje prawdziwego lidera, który pociągnąłby grę drużyny lub chociaż zagrzewał partnerów do walki. Brakuje kapitana z silnym charakterem oraz osobowością. Z całym szacunkiem, nie jest nim przecież 20-letni Tom Davies.

Everton zwyczajnie nie przekonuje. Nie można ich dziś nazwać ekipą zdolną do zapewnienia sobie szansy gry w europejskich pucharach, o samych występach na Starym Kontynencie nie wspominając. Marco Silva bardzo powolnie układa klocki, a czas i konkurencja ucieka. Czy ekipa z niebieskiej części Liverpoolu wykorzysta swój potencjał? Jak wiele zaufania od szefostwa otrzyma menedżer? Nie ma przecież wątpliwości, iż kolejny sezon przejściowy nie wchodzi w grę.

Komentarze
Udostępnij: