Czy warto osiągać sukces?

Dla wielu jest to pytanie retoryczne. Ludzie, świadomie lub nie, pragną bowiem znaleźć się na szczycie. Choćby swoich możliwości, choćby na krótką chwilę. Wiadomo jednak, że po hossie nadchodzi bessa, z którą jakoś trzeba sobie poradzić, choć bywa to trudne.

Ambicje i oczekiwania, podobnie jak apetyt, rosną w miarę jedzenia, to jest w miarę osiąganych wyników. Burnley, klub pełniący funkcję marginalną w nowożytnej historii angielskiej piłki, spędzający w XXI wieku zaledwie 4 sezony w najwyższej klasie rozgrywkowej dwukrotnie z niej spadając, nagle, ni stąd, ni zowąd, zagrał na nosie aspirującym do dogonienia czołowej szóstki i zajął pierwsze miejsce tuż za nią. Po 51 latach The Clarets zyskali szansę powrotu do europejskich pucharów!

Jak wiemy, niestety jej nie wykorzystali. Niestety pogubili się także w rozgrywkach ligowych i w połowie września obudzili się z tak zwaną ręką w nocniku – na szarym końcu tabeli Premier League i bez awansu do fazy grupowej Ligi Europy.

Przyznaję, że sądziłem, iż skupienie się na jednym froncie spowoduje odrodzenie podopiecznych Dyche’a. Myślałem jednak, że potrwa to krócej. Mamy listopad, a Burnley okupuje 15. lokatę, ma na koncie 2 zwycięstwa, 2 remisy oraz 7 porażek, a jego bilans bramkowy wynosi -13. Gdzie podziała się drużyna, która zachwycała prostotą w osiąganiu celów? Gdzie ekipa, która cechowała się skutecznym minimalizmem i pragmatyzmem?

Chwila, chwila… Przecież The Clarets znajdują się obecnie w naturalnym dla siebie środowisku. Nigdy nie byli nawet ligowym średniakiem, nigdy na dłuższą metę. Zawsze walczyli o utrzymanie, momentami wegetowali. Dlaczego więc podświadomie oczekuje się od nich, iż wskoczą na wyższy poziom? Dlaczego zeszłosezonowy sukces miałby przełożyć się na zmianę statusu klubu?

Nie widzę racjonalnej odpowiedzi. Owszem, szkoleniowiec udowodnił wszystkim, że zna się na swoim fachu, umie w taktykę i w wyciąganie maksimum ze swoich graczy. Pamiętajmy jednak, że wciąż są to zawodnicy przeciętni, a ich siłą i głównym atutem jest kolektyw. Umówmy się, nie było szans, iż przystosują się do regularnych występów w 3-dniowym cyklu. To nie mogło się udać. Początek kampanii nie wpłynął korzystnie ani na morale, ani na fizyczność piłkarzy.

Osiągnięcie z poprzedniej kampanii było swoistym cudem, na który rzecz jasna drużyna rzetelnie zapracowała. Jesteśmy jednak chyba zgodni co do tego, że i wtedy, i teraz w stawce rywalizują zespoły o zdecydowanie większych umiejętnościach, możliwościach oraz potencjale. Sytuacja Burnley nie powinna więc specjalnie dziwić.

Świetnie, że udało się sprawić sporo radości kibicom. Miło, że udało się przeżyć swój moment chwały i wdrapać się na osobisty szczyt. Trzeba jednak spojrzeć prawdzie w oczy, powrócić na Ziemię, do szarej rzeczywistości. The Clarets powinni mierzyć w spokojne pozostanie w Premier League i nie rozpamiętywać straconej szansy. Muszą grać na miarę swoich możliwości.

Jedna jaskółka wiosny nie czyni, jeden sukces klasy klubu nie zmienia. Takie są fakty. Stwierdzenie, że Burnley zawodzi mija się z prawdą. Burnley jest w adekwatnym dla siebie miejscu.