Cichy bohater finałów z 1997 roku

Jego doświadczenie z mistrzowskiej ekipy Chicago Bulls okazało się w tegorocznych rozgrywkach playoffs bezcenne. Jako trener Golden State Warriors odbył krótką rozmowę z Kevinem Durantem w meczu numer 5 z Houston Rockets. Silniki Rakiet pracowały na wysokich obrotach dzięki Jamesowi Hardenowi i Chrisowi Paulowi. Lider Wojowników rzucił 29 punktów, ale jego drużyna przegrała z Rockets 98:94 i była o krok od porażki w serii finałowej w Konferencji Zachodniej. W następnych meczach Durant wyciągnął wnioski z rozmowy z trenerem. Był niczym Luke Skywalker słuchający Mistrza Yody w „Powrocie Jedi”. Zaczął częściej dostrzegać swoich kolegów na parkiecie. Ostatecznie Warriors ograli Rockets, awansowali do finałów, a w nich rozgromili Cavs LeBrona Jamesa. Historia meczów Michaela Jordana w playoffs pomogła Durantowi i Warriors w obronie mistrzowskiego tytułu, a trenerowi „Dubs” zapewniła miejsce w panteonie najlepszych szkoleniowców w NBA. Panie i Panowie, przed Wami Steve Kerr, cichy bohater finałów NBA z 1997 roku.

Steve Kerr to zabawny i inteligentny gość, ale jego młodość wcale nie była usłana różami. Kiedy miał 18 lat jego ojciec, Malcolm Kerr został zamordowany przez islamskiego fundamentalistę w Bejrucie. Świętej pamięci profesor Malcolm Kerr był historykiem i jednym z najlepszych specjalistów w USA w tematyce Bliskiego Wschodu. To właśnie w Libanie poznał swoją żonę Ann, z którą miał 4 dzieci. Steve był ich trzecim dzieckiem. Pasją Malcolma Kerra była historia. Całe życie poświęcił nauce. Poza nią interesował się jeszcze… koszykówką. Kerr junior postanowił, że będzie grać w basket. Swoją przygodę z koszykówką rozpoczął w 1983 roku, kilka miesięcy przed śmiercią ojca.

Gra w koszykówkę nie wypełniła mu luki po ojcu. Doświadczenie było traumatyczne. Mimo wszystko Steve odnalazł spokój właśnie dzięki grze w kosza.

W 1983 roku Steve Kerr dostał się na Uniwersytet w Arizonie. Pięć lat później doprowadził drużynę Arizona Wildcats do „Final Four” w NCAA. W swoim ostatnim sezonie gry pobił rekord NCAA w celności rzutów za trzy punkty (114 celnych trójek na 199 rzutów – 57.3%). Już wtedy Steve dziurawił siatki z chirurgiczną precyzją.

Po karierze akademickiej wziął udział w drafcie do NBA. Został wybrany w 2. rundzie z numerem 50 przez Phoenix Suns. Cała rodzina była z niego dumna. Jednak początki w najlepszej lidze świata były dla niego trudne. Słońca praktycznie od razu oddały go do Cleveland Cavaliers w 1989 roku. Pobyt w najbardziej przygnębiającym mieście Stanów Zjednoczonych według magazynu Forbes mu nie służył. Kerr spędził 3 lata w stanie Ohio i walił głową w mur. Nie grał więcej niż 21 minut na mecz i nie przekraczał 7 punktów. W 1993 roku karta się odwróciła. Steve Kerr opuścił Cleveland, zaliczył epizod w Orlando Magic, by ostatecznie podpisać kontrakt z Bulls. Chicago było dla niego powiewem świeżości. Byki dwukrotnie sięgały po mistrzostwo NBA w latach 1991, 1992, miały w składzie fenomenalnego Michaela Jordana i wszechstronnego Scottiego Pippena. Lepszej motywacji do gry w koszykówkę Steve Kerr mieć nie mógł.

Sytuacja w Chicago w sezonie 1993/1994 zmieniła się diametralnie. Michael Jordan zrobił sobie przerwę od gry w kosza i postanowił spróbować swoich sił w baseballu. Osłabione brakiem swojego lidera Byki grały w playoffs, ale nie potrafiły dotrzeć do finałów zarówno w 1994 jak i 1995 roku.

Sezon 1995/1996 Chicago rozpoczęło z Jordanem w składzie. MJ wrócił do gry, którą kochał. Napędzani pozytywną energią Jordana Bulls ustanowili rekord sezonu zasadniczego NBA 72-10 (pobity przez GSW w 2016 roku, 73-9). Steve Kerr zdobył mistrzowski pierścień w swoim 9 sezonie na parkietach NBA.

Blondwłosy koszykarz z numerem 25 był doświadczony. Wyróżniał się przede wszystkim rzutami za trzy. Dziurawił siatki w koszach NBA niczym Eugene Tackleberry tarcze na policyjnych strzelnicach. Czegoś mu jednak brakowało. Steve chciał się zapisać na kartach historii NBA. Ten cel zrealizował w sezonie 1996/1997. Najpierw wystąpił w mocno obsadzonym konkursie rzutów za trzy punkty podczas Weekendu Gwiazd w Cleveland (Rice, Legler, Williams), który wygrał w cuglach. Scottie Pippen bawił się doskonale podczas popisów strzeleckich Kerra. Później odegrał znaczącą rolę w finałach z Utah Jazz. W dniu 13 czerwca 1997 roku oddał najważniejszy rzut w całej swojej karierze. Wyobrażacie sobie Michaela Jordana z… decydującą asystą meczu? Wtedy mało kto spodziewał się takiego scenariusza, ale na 28 sekund przed końcem meczu Bulls remisowali z Jazz 86:86. W przerwie Michael Jordan powiedział do Kerra: „To Twoja szansa. Bądź gotowy, bo Stockton Ci nie odpuści”. Kerr odpowiedział: „Będę gotowy.”. Co było dalej? MJ otrzymał piłkę i został osaczony przez Byrona Russella oraz Johna Stocktona. Michael zrobił zwód, zamarkował rzut i podał do Steve’a, którego nie pilnował żaden koszykarz Utah. Kerr trafił bez problemu i wyprowadził Bulls na prowadzenie 88:86. Ostatnia akcja meczu należała do graczy Jazz. Koszykarze Utah koncertowo ją zmarnowali, Scottie Pippen popisał się przechwytem, podał piłkę do Toniego Kukoca, który wsadem zakończył mecz numer 6 finałów w United Center. Publiczność zgromadzona w United Center eksplodowała z radości. Jordan zdobył w tym meczu 39 punktów, ale najważniejszy był rzut Kerra.

Później Steve Kerr został jeszcze trzykrotnie mistrzem NBA, raz z Bulls i dwa razy z San Antonio Spurs, w 1999 oraz 2003 roku. Zabawne w tym wszystkim jest to, że Kerr spędził na parkietach NBA 16 sezonów, a tylko 30 meczów rozpoczynał w pierwszej piątce. Nigdy nie był wielką gwiazdą, ale rzucał z bardzo wysoką skutecznością. Do perfekcji opanował rzuty za trzy i w tym elemencie był jednym z najlepszych specjalistów w historii NBA (skuteczność na poziomie .454 w całej karierze i .524 w sezonie 1994/1995).

Po zawieszeniu butów na kołku został ekspertem TNT. Jego głos był wykorzystywany w grach NBA Live EA Sports. Próbował swoich sił także jako komentator sportowy. Swoje miejsce na ziemi znalazł w Oakland. Został trenerem Golden State Warriors. Doświadczenie z czasów gry w Chicago Bulls przekazał zawodnikom Warriors i odniósł sukces już w swoim pierwszym sezonie na ławce trenerskiej „Dubs”. Jako pierwszy trener-debiutant w historii NBA zdobył mistrzostwo. Najszybciej odniósł 250 zwycięstw jako trener w NBA i pobił legendarne 72-10 Chicago Bulls, których był częścią. Fantastyczna historia. Dziś jego Golden State Warriors to potwór, który na swojej drodze roznosi wszystkich przeciwników.

Steve Kerr to ciekawy przypadek. Jako osiemnastolatek przeżył śmierć ojca. Koszykówka pomogła mu pokonać smutne chwile. Gra wzmocniła go psychicznie i doprowadziła do sukcesów. Po trudnych początkach w lidze odnalazł się w Chicago Bulls. Tam jego mistrzem był MJ. Razem z Jordanem świętował three-peat Chicago Bulls w latach 1996-1998. Koledzy i trenerzy z NBA zapamiętali go z celnych rzutów za trzy punkty oraz poczucia humoru. Steve był niezłym dowcipnisiem. Potrafił bawić tłumy. Opowiadał kawały przed setkami tysięcy kibiców. Po finałach w 1997 roku popłynął i wypowiedział następujące słowa: „Ludzie pytają mnie o ten dzisiejszy rzut, dlatego chcę wyjaśnić sprawę. Podczas przerwy Phil powiedział do Michaela, chcę, żebyś oddał ostatni rzut. Michael odpowiedział, wiesz co Phil, ja nie czuję się komfortowo w takich sytuacjach. Scottie wskazywał, że Michael mówił o swoich 26 niecelnych rzutach w jednej z reklam, więc może zaufamy Steve’owi? Powiedziałem, będę musiał ponownie wyręczyć w tej sytuacji Michaela”. Taki właśnie był jako koszykarz Bulls. Wielkość Michaela go nie przytłoczyła, wręcz przeciwnie. W swojej najważniejszej próbie w NBA dostał piłkę od Jordana i nie zawiódł. W kluczowych momentach zawsze można było na nim polegać. Uwielbiam jego karierę oraz to w jaki sposób przeszedł do historii NBA, zarówno jako koszykarz jak i trener.