Bramkarz który został potworem

Sportowa emerytura to dla wielu piłkarzy temat tabu. Co tydzień występujesz dla dziesiątek tysięcy kibiców, ludzie rozpoznają Cię na ulicy, całym twoim życiem jest piłka nożna, a za chwilę odchodzisz w zapomnienie. Brakuje Ci sławy, emocji, coś się nieodwracalnie kończy. Są tacy którzy będąc jeszcze czynnymi zawodnikami, starają się wyrobić mocne kontakty, tak żeby po zakończeniu kariery od razu rzucić się w wir pracy trenera, menedżera czy też dyrektora sportowego. Części z nich udaje się przenieść boiskowe doświadczenie na dalsze sukcesy zawodowe, ale wielu z nich się po prostu do tego nie nadaje. Wielu nie potrafi powiedzieć sobie „dość” i kopie w jakichś półamatorskich niższych ligach, byleby nie kończyć przygody z futbolem.

Co jakiś czas słyszymy o piłkarzach którzy kiedyś byli bohaterami pierwszych stron gazet, a dziś muszą ciężko pracować w „normalnych zawodach”, żeby zarobić na codzienne życie. Z tego schematu piłkarza-emeryta wybija się były bramkarz Werderu Brema i reprezentacji Niemiec, Tim Wiese. Nie został trenerem, komentatorem czy ekspertem telewizyjnym, ale do szarego życia też nie chciał wracać. Kilka lat temu internet obiegły jego zdjęcia z siłowni, na których szokował swoją metamorfozą. 30 kilogramów cięższy, przypominający bardziej kulturystę niż piłkarza, oznajmił że chce związać swoją przyszłość z wrestlingiem i powalczy o angaż w WWE. Skąd u stosunkowo młodego bramkarza (miał wówczas 31 lat, dla porównania Gigi Buffon wciąż broni mimo 40-stki na karku) tego typu pomysł?

Zdolny talent

Kariera piłkarska Tima Wiese pełna była wzlotów i upadków. Niestety z przewagą tych drugich. Po transferze do Werderu Brema w 2005 roku, wydawało się że trafi na wąską listę potencjalnych następców Olivera Kahna i Jensa Lehmanna w reprezentacji Niemiec. Zresztą sam Kahn chwalił go sugerując że przypomina mu swoją młodszą wersję. Młody, szalony, nieprzewidywalny. Bez problemu wygryzł ze składu Andreasa Reinke i stał się podstawowym bramkarzem drużyny która dzielnie radziła sobie w Lidze Mistrzów.

Po pierwszym spotkaniu 1/8 finału w całej Bremie zapanowała euforia. Niemiecki klub sensacyjnie pokonał Juventus 3:2 i przed rewanżem w Turynie był pełen nadziei na awans do kolejnych rund. Kiedy na początku spotkania Johan Micoud dał prowadzenie Werderowi, Stara Dama stanęła pod ścianą. Włosi przez długi czas bili głową w mur, skruszony jedynie trafieniem Davida Trezegueta, ale wynik był wciąż korzystny dla gości. 2 minuty przed końcem spotkania Tim Wiese w niegroźnej sytuacji sprezentował bramkę Emersonowi, wypuszczając futbolówkę z rąk pod nogi brazylijczyka. W ten sposób Niemiec zniweczył starania kolegów, a awans przeszedł koło nosa. Wielka kariera rozsypała się jak domek z kart, bo żaden z poważnych klubów nie chciał dać szansy kolesiowi który wiwinął takiego klopsa.

Znudzony futbolem

Tim stopniowo odbudowywał zaufanie kibiców Werderu, a za szczyt formy można uznać sezon 2008/09 gdy obronił z rzędu trzy rzuty karne. W maju 2012 postanowił zmienić otoczenie podpisując kontrakt z Hoffenheim, w którym podobnie jak cała drużyna nie radził sobie najlepiej, a po sprowadzeniu Heurelho Gomesa z Tottenhamu, wylądował na ławce rezerwowych. Bez żadnych szans na regularną grę tracił ochotę do kontynuowania kariery, aż w końcu rozwiązano z nim kontrakt. O ile piłkarze z pola nawet przy słabszej dyspozycji mogą wchodzić z ławki, o tyle bramkarz numer dwa to zawsze niewdzięczna rola. Klub potrzebuje ciebie, żeby mieć kogoś „jakby co”, ale na boisku nie pojawiasz się nawet na minutę.

Na krótko zrobiła się wokół Tima cisza, przerwana szokującymi zdjęciami z siłowni. Wiese znudzony sytuacją w klubie, spędzał coraz więcej czasu „pakując”. Chwilowy relaks zmienił się w jego codzienność. Po medialnym rozgłosie odezwało się do niego WWE, proponując kontrakt w rosterze NXT. Co to w ogóle za skróty? Zdaje sobie sprawę że wielu z Was na sam dźwięk słowa „wrestling” czuje niesmak. „Udawane zapasy” to ogromny biznes który co roku generuje miliardowe dochody i którego popularność na całym świecie od lat jest na bardzo wysokim poziomie. Mimo że aktorzy tego widowiska jedynie odgrywają wymyślone role, to wielu z nich użyło wrestlingu jako trampoliny do świata showbiznesu.

Najlepsze przykłady to The Rock i Batista. Pierwszy z nich mimo początkowych problemów wyrobił sobie nazwisko w filmach akcji i od kilku lat jest rozpoznawalnym aktorem. Czy dobrym? Nie bardzo, ale jego twarz kojarzy pewnie co drugi mieszkaniec tej planety. Batista w ostatnich latach poszedł śladami kolegi, dzięki czemu dostał angaż m.in. przeciwnika Jamesa Bonda w filmie „Spectre”, oraz rolę Draxa w przygodach „Strażników Galaktyki”. Obaj co jakiś czas wracają do ringu, szczególnie gdy chcą wypromować jakiś film.

Marzenia o WWE

Jak to możliwe że były bramkarz zainteresował sobą tego typu organizacje? WWE szuka nowych rynków w których mogliby sprzedawać swoje gale. W podobny sposób działają zresztą topowe kluby piłkarskie. Nawet w ostatnich dniach możemy podziwiać Real, Chelsea czy Manchester grające spotkania w Chinach, USA czy Singapurze. Ktoś zapyta się, po jakiego grzyba? Ano po to żeby „podbijać” tamtejsze gospodarki. Wystarczy że przy okazji nieistotnego sparingu o złote kalesony taka Barcelona sprzeda gdzieś w Azji swoje gadżety i zaciekawi jakiegoś możnego sponsora, a klubowy budżet odczuje ogromny zastrzyk gotówki. Nie inaczej jest w przypadku WWE.

Od dłuższego czasu organizują oni „live eventy” w Europie, na które przychodzi wielu fanów. Ktoś widać wpadł na pomysł że warto ściągnąć do siebie takiego Wiese, który będzie mógł później promować gale w Niemczech. Ba! Promocja sama się nakręci, bo przecież media na całym świecie pisały o „byłym bramkarzu który chce zostać wrestlerem”. Samo nakręcająca się machina.

Tim „Monster” Wiese

W listopadzie 2016 podczas lokalnej gali WWE we Frankurcie, Wiese pojawił się w ringu, wygrywając swój debiutancki pojedynek. Widownia żywiołowo przywitała swojego rodaka, oklaskując go przez długie minuty. Dla wszystkich stron związek piłkarza z wrestlingiem wydawał się opłacalny. Sam zawodnik znów mógł cieszyć się ogromnym wsparciem ze strony kibiców, a WWE miało wielką szansę rozgłosu w całych Niemczech. Paul Levesque odpowiadający za podpisywanie kontraktów z talentami (znany też jako zawodnik pod pseudonimem Triple H) ogłosił że były bramkarz dostanie swoją szansę i trafi do rosteru NXT (czyli grupy utalentowanych zawodników, którzy dopiero aspirują do poważniejszych występów).

Dodatkowo Wiese miał zostać zaproszony do treningów w Performance Center, czyli ośrodku szkoleniowym w Orlando, gdzie młodzi adepci szkoleni są na przyszłych wrestlerów. Tego typu pomysł… nie przypadł do gustu Niemcowi. Co prawda przeszedł „kurs na wrestlera”, ale nie uśmiechało mu się zaczynać wszystkiego od zera. Tym bardziej że w Niemczech miał już wyrobione nazwisko.

Jak się później okazało, występ we Franfurcie był pierwszym i ostatnim jaki stoczył. Decydując się na karierę wrestlera oczekiwał że ze względu na swoją rozpoznawalność, droga do świata gwiazd tego biznesu zostanie skrócona, a przez władze WWE został potraktowany jak zwykły amator który musi swoje wypracować. Szkoda mu było czasu na naukę i przebijanie się przez NXT. Kilka dni temu Tim pytany o dalszą karierę wrestlingową, stwierdził że to już dla niego przeszłość. Co prawda istnieją organizacje poza WWE, które z miejsca zaproponowałyby Niemcowi kontrakt, ale jak sam przyznał nie lubi robić rzeczy na pół gwizdka. A skoro WWE nie zależy, to nie zamierza nikogo o nic prosić.

Zapał Niemca do wrestlingu błyskawicznie zmalał. Rok temu wrócił na jeden mecz w ósmej lidze niemieckiej, po którym ostatecznie zakończył karierę piłkarską. Obecnie pracuje nad show telewizyjnym w którym miałby być główną gwiazdą. Co ciekawe, pod swoimi wpisami w mediach społecznościowych podpisuje się jako „Monster”, czyli pseudonimem nadanym mu podczas krótkiego romansu z WWE. Kto wie czy pewnego dnia nie zapragnie spełniać się chociażby w MMA? Tim Wiese był niezłym bramkarzem, który znalazł sobie pomysł na życie i co jakiś czas jest o nim głośno.

Facebook Comments