14 Kwi
2018

„Biała czekolada”

Pamiętacie serię „NBA Ankle Breakers Vol.1” prowadzoną przez Stephona Marbury’ego? Popularny „Starbury” przedstawiał widzom najlepszych łamaczy kostek. Wśród nich byli m. innymi Allen Iverson, Steve Francis, Steve Nash, „Magic” Johnson i on, numer 55 z Sacramento Kings. Kiedy trafił do NBA oczarował swoją znakomita grą większość kibiców na świecie. Nikt nie potrafił podawać tak jak on. Wyglądał raczej jak koszykarz z AND1. Nieszablonowy styl, fenomenalny ball-handling, asysty za plecami czy podania łokciem. Takich sztuczek nie robił nawet David Copperfield na swoich pokazach. Dziś naukowcy z Centrum Nauki Kopernik powinni zając się analizą jego stylu podań. Gość był zjawiskowy i przypomniał NBA czasy genialnego Pete’a Maravicha. Być może nawet go przebił. Jego asysty lądowały systematycznie w Top 10 magazynu NBA Action, a Grant Napear w każdym meczu powtarzał następujące słowa: „If you don’t like that, you don’t like NBA basketball!”. Przed Wami Jason Williams, pseudonim „Biała czekolada”.

Początki

Jason Chandler Williams urodził się 18 listopada 1975 roku w Belle, mieście w stanie Wirginia Zachodnia w USA.

Swoją przygodę z basketem rozpoczął w szkole średniej DuPont w mieście Belle. Kochał grać w kosza i zawsze chciał być najlepszy. W 1994 roku poprowadził DuPont Panthers do finału mistrzostw stanu Wirginia Zachodnia. Jako jedyny gracz w historii szkoły DuPont zanotował 1000 punktów i 500 asyst, a magazyn „USA Today” wybrał go graczem roku 1994 w stanie Zachodnia Wirginia. Jako ciekawostkę można dodać fakt, że Randy Moss był jego kolegą z drużyny (NFL Hall of Fame).

NCAA

Zdeterminowany J-Will chciał podbić świat koszykówki akademickiej. Problem tkwił w tym, że koszykarz często zmieniał zdanie. Na początku trafił do uczelni Providence, ale błyskawicznie z niej zrezygnował i wybrał Marshall University. Na Uniwersytecie Marshalla grał w latach 1994-1996. Trener Billy Donovan był z niego bardzo zadowolony i wróżył mu wielką karierę. Jason notował w swoim pierwszym sezonie w barwach Marshall Thundering 13.4 pkt. i 6.4 ast. Latem 1996 roku trener Billy Donovan przeniósł się na Florydę. Williams był wpatrzony w niego jak w obraz i przeprowadził się na Florydę. Zmieniał uczelnie jak rękawiczki. Po roku przerwy spowodowanej przepisami transferowymi w NCAA wrócił do gry. Rozegrał 20 meczów w koszulce Florida Gators notując średnio 17.1 pkt. i 6.7 ast. na mecz. Dlaczego rozegrał tylko 20 spotkań? Jason lubił palić trawkę, a tego trener Florida Gators nie akceptował.

Sacramento Kings

Pewny siebie Jason Williams postanowił przystąpić do draftu. Był na tyle dobry, że został wybrany z numerem 7 przez Sacramento Kings.

J-Will trafił do ciekawej drużyny. Trenerem Kings był wtedy Rick Adelman. To była mieszanka rutyny z młodością. Doświadczony Vlade Divac, silny Chris Webber i skuteczny Peja Stojaković. Sacramento było silne, a trener Adelman umiejętnie rotował składem. Jason Williams był showmanem i podbił serca kibiców Kings swoimi nietuzinkowymi zagraniami. Bardzo szybko znalazł wspólny język z Chrisem Webberem. Panowie rozumieli się na parkiecie bez słów. Podawał Williams, a wsadem kończył Webber, tak to najczęściej wyglądało. Królowie grali niezwykle efektowny basket. To była koszykówka miła dla oka, szybka i jednocześnie zabójcza. W sezonie 1998/1999 Kings zakończyli rozgrywki z bilansem 27-23 i zajęli 3. miejsce w Pacific Division i 6. w Konferencji Zachodniej. Debiutant Jason Williams zaliczył niezły pierwszy sezon notując średnio 12.8 pkt., 3.1 zb. i 6 asyst na mecz. Ponadto jego koszulka z numerem 55 sprzedawała się znakomicie (Top 5 najlepiej sprzedających się koszulek w NBA).

„Biała czekolada”

Wiecie skąd wziął się pseudonim Williamsa? Otóż, Stephanie Shepard, która pracowała wtedy jako asystentka w telewizji pokazującej mecze Sacramento Kings powiedziała: „Wpadłam na pomysł tego pseudonimu ze względu na jego styl gry. Miał błysk i rozmach. To co robił było dla mnie niesamowite. Przypominał mi dzieciaków grających uliczną koszykówkę w Chicago”. Tak właśnie Jason Williams zyskał przydomek „White Chocolate”.

Faktycznie, Williams był iluzjonistą parkietów NBA. Potrafił zaczarować każdego przeciwnika. Mijał jak tyczki takich graczy jak John Stockton czy Gary Payton. Robił rzeczy, które nawet dziś trudno sobie wyobrazić. Był mistrzem kozła i jednym z najlepszych artystów w swoim fachu. Łamacz kostek z Zachodniej Wirginii był magikiem, ale nie dogadywał się z trenerami. Rick Adelman prosił, żeby J-Will grał bardziej ułożoną koszykówkę. On jednak był spontaniczny. Zachowywał się jak wolny elektron. Efekty? Systematycznie trafiał do dziesiątki najlepszych zagrań tygodnia, problem w tym, że drużyna nie osiągała sukcesów.

Memphis Grizzlies

Jego przygoda z Sacramento zakończyła się w 2001 roku. Kings oddali Nicka Andersona i Jasona Williamsa do Vancouver Grizzlies (później Memphis) i w zamian pozyskali Mike’a Bibby’ego oraz Brenta Price’a. Pierwszy sezon w Memphis miał dobry. Notował średnio 14.8 pkt. (najwięcej w karierze) i 8 asyst na mecz. Natomiast gdzieś zniknęła jego magia. Nie było chemii między nim, a nowym zespołem. W dodatku „Niedźwiadki” często zmieniały trenerów.

Miami Heat i mistrzostwo NBA

W 2005 roku Jason Williams trafił do Miami Heat. J-Will znalazł się w drużynie Pata Rileya, legendarnego trenera. Skład Heat był mocny: Shaquille O’Neal, Alonzo Mourning, Dwyane Wade, James Posey, Gary Payton i Udonis Haslem. W sezonie 2005/2006 był trzecim najlepszym strzelcem Heat, rzucał średnio 12.3 pkt. na mecz. Miami zakończyło sezon zasadniczy na 2. miejscu w Konferencji Wschodniej. Popularne „Żary” rozpoczęły marsz po mistrzostwo NBA. W pierwszej rundzie ograli 4:2 Chicago Bulls, w drugiej poradzili sobie z New Jersey (4:1), a w finale Konferencji Wschodniej pokonali 4:2 Detroit Pistons. W finałach spotkali się z Dallas Mavericks. Mavs wygrali dwa pierwsze mecze, ale później Heat odwrócili losy rywalizacji i ostatecznie wygrali finały 4:2. Jak natchniony grał wtedy Dwayne Wade (MVP finałów). Był to pierwszy tytuł mistrzowski w historii klubu z Miami. Gary Payton wreszcie zdobył upragniony mistrzowski pierścień. Shaq O’Neal dołożył także swoją cegiełkę do tamtego sukcesu. J-Will notował w finałach średnio 8.8 pkt. i 4.7 ast., także nie miał się czego wstydzić. Pat Riley kolejny raz udowodnił, że potrafi poukładać wszystkie klocki i stworzyć mistrzowską ekipę. Tak właśnie „Miami miracle” przeszło do historii NBA.

Końcówka kariery

Po mistrzowskim sezonie J-Will grał jeszcze dwa lata w Miami. Prezentował się przyzwoicie zarówno w sezonie 2006/2007 jak i 2007/2008. Nie było już miejsca na popisy. Liczyło się przede wszystkim dobro drużyny. We wrześniu 2008 roku Williams ogłosił zakończenie kariery. Rozbrat z koszykówką nie trwał długo. W 2009 roku „Biała czekolada” zdecydowała się na powrót do NBA. Williams podpisał kontrakt z Orlando Magic. Grając w Magic dotarł do finału Konferencji Wschodniej, w którym jego drużyna przegrała z Boston Celtics w sześciu meczach (2010 rok). Pod koniec stycznia 2011 roku opuścił Orlando. Próbował jeszcze grać w Memphis Grizzlies. Ostatecznie karierę zakończył 18 kwietnia 2011 roku.

Podsumowanie

Dlaczego o nim wspominam? Nie przeszedł do historii jako rekordzista pod względem liczby punktów czy asyst. Był wielkim indywidualistą. Grając w NBA nie chciał zwyciężać za wszelką cenę. Wolał zabawiać publiczność swoimi zagraniami. Jednak tacy gracze jak on pojawiają się w NBA raz na 20 lat. Był absolutnym fenomenem. Zgłębił wszystkie tajniki panowania nad piłką. Jego styl był unikatowy. Jak często widzicie gościa, który podaje do kolegi z drużyny łokciem? Właśnie. Ten facet wyprawiał cuda z piłką. Robił sztuczki, które można porównać do akrobatycznych popisów Harry’ego Houdiniego. Kochał grać widowiskowo i potrafił wyłamywać się ze schematów. Uwielbiałem oglądać go w akcji. Był nieprzewidywalny, szybki i znakomicie wyszkolony technicznie. Prawdziwy łamacz kostek. Nic dziwnego, że Stephon „Starbury” Marbury umieścił go w gronie swoich faworytów w „NBA Ankle Breakers Series Vol.1”. Gość miał magnez w rękach. Rozdawał piłki swoim kolegom z ogromną siłą i chirurgiczną precyzją. Dzięki jego grze Kings grali najbardziej widowiskową koszykówkę jaką widziałem. W latach 1998-2001 kibice zapełniali Arco Arenę głównie dzięki niemu. Valde Divac, Chris Webber, Peja Stojaković i Jason Williams, cóż to była za drużyna! Byłem szczęściarzem, że w czasach liceum mogłem zarywać nocki i oglądać ich na żywo. Jasona Williamsa zapamiętam jako gracza, który przede wszystkim kochał basket. Być może za kilka lat na parkietach NBA zobaczymy jego syna. Niewątpliwie Jaxon Williams odziedziczył talent po ojcu. White Chocolate Junior? Nie mam nic przeciwko!

Komentarze
Udostępnij: