Amerykańskie sny o potędze

Przemysław Frankowski, Bastian Schweinsteiger oraz Nemanja Nikolics kontra Zlatan Ibrahimović i bracia dos Santos? Wbrew pozorom nie jest to wymysł jakiegoś szalonego gracza Football Managera, a realny scenariusz który już w niedzielną noc będzie można zobaczyć na boisku w Los Angeles. Rozgrywki amerykańskiej Major League Soccer wracają z kolejnym sezonem i trójką Polaków którzy mają realne szanse gry. Czego się po nich spodziewać? Dla jednych MLS jest nic niewartą przechowalnią emerytów, inni traktują ją jako ciekawą alternatywę dla europejskiej piłki, znajdą się pewnie też tacy którzy zarwą niejedną noc żeby podziwiać Zlatana i spółkę. Do której grupy Wy się zaliczacie? Być może moja analiza pozwoli Wam wyrobić własne zdanie.

Za najciekawsze wydarzenie ostatnich tygodni w MLS wypada uznać sprowadzenie przez Orlando City Portugalczyka Naniego, który ma za sobą świetną rundę w Sportingu Lizbona, ale każdy z nas pamięta go najlepiej z czasów gry w Manchesterze United. Ze znajomych twarzy mamy także Zdenka Ondraska który wzmocnił Dallas, ale w Stanach więcej euforii wywołały takie nazwiska jak Gonzalo Martinez, Alexandru Mitra oraz Mathias Jorgensen. Ten pierwszy to świeżo upieczony reprezentant Argentyny, który na niedawnych klubowych mistrzostwach świata zdobył dwie bramki, Mitra ma za sobą znakomitą rundę w lidze rumuńskiej (12 bramek w 16 spotkaniach), transferu Jorgensena sam nie do końca rozumiem (rezerwowy Odense kosztował 2 miliony euro). Przeciwny kierunek obrał Miguel Almiron, który od niedawna jest piłkarzem Newcastle. W MLS zabraknie również Sebastiana Giovinco, który skorzystał z oferty arabskich szejków z Al-Hilal. Sportowo poziom powinien pozostać bez zmian.

Umówmy się jednak, czy Nani to nazwisko dla którego ktoś w Europie zarwałby nockę? Nie sądzę. Bramki Wayne’a Rooneya i Zlatana Ibrahimovicia również ogląda się głównie w skrótach następnego dnia. Średnia frekwencja w 2018 roku dla zespołu Los Angeles Galaxy wynosiła 25 tysięcy widzów. Bez szału. MLS nie ma argumentów by przyciągnąć uwagę zagranicznej widowni, a lokalna wyżej stawia koszykówkę i hokej. To swego rodzaju błędne koło, bowiem potężne wydatki na głośne nazwiska nie poprawiły wizerunku ligi, a inwestycja w zdolnych Argentyńczyków czy Meksykanów przechodzą kompletnie bez echa. Tak jak kibic koszykówki w Polsce najprawdopodobniej skusi się na nocne seanse z NBA, bo zdaje sobie sprawę że to inny poziom niż liga w naszym kraju, tak amatorów futbolu za oceanem nie ma zbyt wielu i to jest naturalna kolei rzeczy.

Na oficjalnej stronie ligi, pojawiło się wczoraj zestawienie pięciu klubów które w ostatnich tygodniach dokonały najciekawszych wzmocnień. Redaktor Greg Seltzer pochwalił Chicago Fire, Colorado Rapids, Houston Dynamo, LA Galaxy, oraz Minnesotę United. Co ciekawe, w tej pierwszej poświęcił uwagę Przemkowi Frankowskiemu, który jego zdaniem ma „rozruszać skrzydła i stwarzać wiele okazji dla Nemanji Nikolicsa. Inny dziennikarz uchodzący za eksperta od MLS – Bobby Warshaw, pokusił się o zestawienie jedenastu piłkarzy na których warto zwrócić uwagę w najbliższych miesiącach. Na liście znaleźli się:

1. Tim Melia (USA – Kansas City)
2. Harrison Afful (Ghana – Columbus Crew)
3. Aaron Long (USA – New York Red Bulls)
4. Chad Marshall (USA – Seattle Sounders)
5. Kemar Lawrence (Jamajka – New York Red Bulls)
6. Diego Chara (Kolumbia – Timbers)
7. Felipe Gutierrez (Chile – Kansas)
8. Nico Lodeiro (Urugwaj – Sounders)
9. Pity Martinez (Argentyna – Atlanta United)
10. Ignacio Piatti (Argentyna – Montreal Impact)
11. Josef Martinez (Wenezuela – Atlanta United)

Żadnego zawodnika z Europy, ledwie trzech piłkarzy rodem z USA, za to sześciu z Ameryki Południowej. Myślę że to jest właśnie kierunek którym coraz śmielej podążają kluby MLS. Dotychczas doskonale znany był model w którym czołowi piłkarze z Argentyny, Brazylii czy Urugwaju wyławiani byli przez europejskie kluby, a dopiero pod koniec kariery wyruszali do USA, Chin czy Arabii Saudyjskiej żeby solidnie zarobić. Schemat ten jest coraz mniej aktualny, a spore zasługi mają w tym działacze zespołów ze Stanów Zjednoczonych. Jeszcze przed rokiem w rozgrywkach występowało 16 Anglików, dziś ich liczba została zmniejszona o połowę, za to Argentyńczyków, Brazylijczyków i Kolumbijczyków mamy łącznie 62! Idąc dalej tym tropem, z 28 Argentyńczyków w MLS, zaledwie 7 ma powyżej 30 lat. Bardzo rozsądna droga. Młodzi zawodnicy z Ameryki Południowej mają opcję, w której zamiast od razu wyjeżdżać do Europy, mogą wypromować się na boiskach MLS. Z każdym zawodnikiem któremu uda się taka ścieżka, renoma rozgrywek powinna wzrastać. Miguel Almiron to perfekcyjny przykład, wystarczyły mu dwa lata na amerykańskich boiskach by jego wartość wzrosła trzykrotnie, a grając pod okiem Gerardo Martino miał okazję rozwinąć swe umiejętności.

Amerykanom marzy się „wchłonięcie” rozgrywek ligowych Meksyku. Rywalizacja z tym narodem to jeden z najciekawszych smaczków trwającej Ligi Mistrzów CONCACAF. W ćwierćfinałach dojdzie bowiem aż do trzech rywalizacji klub MLS – klub ligi MX. Media w USA starają się podkręcać temat, szczególnie że dotychczas to Meksykanie sprawiali tęgie lanie swoim sąsiadom. Wyobraźcie sobie że odkąd w 2008/09 powołano rozgrywki mające rozstrzygnąć kto jest najlepszą drużyną Ameryki Północnej, ZA KAŻDYM RAZEM wygrywała je ekipa z Meksyku! Ba, siedmiokrotnie w finale mierzyły się dwa zespoły z tej nacji. Potężny policzek dla Amerykanów, którzy chcą promować MLS na silną ligę.

Co z Polakami? Frankowski i Tytoń wydają się pewniakami do gry w podstawowych składach swoich drużyn, kto wie czy Kacper Przybyłko nie przebije się w Philadelphi? Dochodzimy tu do kolejnej cechy typowej dla MLS. Z jednej strony świat Zlatana, Rooneya i Naniego, z drugiej taka Philadelphia, w której brakuje jakichkolwiek gwiazd, a znaczna część zawodników miałaby problemy z grą na poziomie polskiej pierwszej ligi. Absolutnie poważnie traktuje słowa Ibrahimovicia, który zapowiedział że w tym sezonie chce pobić wszelkie rekordy jeśli chodzi o liczbę zdobytych bramek. Ma na to ogromne szanse, bo w wielu spotkaniach mierzyć się będzie ze świeżo zerwanymi ogórkami. Dlatego zawsze gdy usłyszycie że jakiś znany piłkarz popisał się hat-trickiem w MLS, radzę sprawdzić przeciwko komu wystąpił. Często to niestety żaden powód do dumy.

Zdaniem mediów, faworytem do tytułu będzie obrońca tytułu, Atlanta United. Śmiem wątpić, szczególnie że klub opuścili Almiron (sprowadzono za to Florentina Pogbę, tak z tych Pogbów), oraz trener Martino który objął posadę selekcjonera reprezentacji Meksyku. Jego miejsce zajmie Frank de Boer, o którym nie mam najlepszej opinii, bo od kilku lat zawodził w kolejnych klubach. Przemysław Frankowski po transferze do Chicago stwierdził że liga amerykańska jest słabo wypromowana w Europie, ale to coraz lepszy kierunek dla młodszych piłkarzy. Mam mieszane uczucia co do takiej oceny sytuacji. Rzeczywiście, kluby MLS starają się odejść od usilnego ściągania emerytów, ale na palcach jednej ręki można policzyć tą zdolną młodzież która wypromowała się w Stanach, a następnie podbiła mocniejsze ligi. Mogę Wam ściemniać że czekam z zaciekawieniem na start MLS, ale mimo wszystko nie sądzę żebym zarywał dla niej noce. Przed tymi rozgrywkami jeszcze bardzo długa droga. Myślę że idą w dobrą stronę, ale najpierw muszą zdobyć zainteresowanie kibiców na swoim kontynencie, a dopiero później walczyć o europejskiego widza. Na ten moment nie mają argumentów.

Facebook Comments