8 Sie
2018

519 w chińskim futbolu

Mieszkam w Chinach, więc wypadałoby coś napisać o futbolu chińskim. O ich przeinwestowanej lidze, z której nic nie wynika i która, uwierzcie mi na słowo, znacznie bardziej emocjonują czy interesują się obcokrajowcy i generalnie kibice poza Azją niż sami Chińczycy, pisać nie chcę. O tym, że pomimo, że są najludniejszym krajem na świecie i generalnie w miarę interesują się piłką (na pewno bardziej niż Hindusi) a i tak nie mogą niczego osiągnąć na arenie reprezentacyjnej też nie.

Zostaje więc wyjaśnienie, dlaczego większości Chińczyków najbardziej kojarzy się z piłką nożną liczba 519 i dlaczego nie jest to miłe skojarzenie.

519

19 maja (stąd „519”- Chińczycy zawsze najpierw podają rok, potem miesiąc, potem dzień, jeśli przypadkiem nie daj Boże poda się inaczej, automatycznie robią się „confused”) 1985 roku miała miejsce jedna z największych sensancji w historii azjatyckiej piłki. W meczu decydującym o mistrzostwie grupy eliminacyjnej w eliminacjach do Mundialu ’86 na Stadionie Robotniczym w Pekinie, w obecności 80 tysięcy widzów Chiny przegrały u siebie z Hong Kongiem i odpadły z dalszych rozgrywek. Przed meczem tabela wyglądała tak, że dzięki bodajże 6 bramkom więcej wbitym takim potęgom jak Brunei i Makao, oraz remisowi 0-0 w Hong Kongu, Chinom do awansu wystarczył remis. Zupełnie niezgodnie z wszystkimi oczekiwaniami drużyna Hong Kongu wygrała w Pekinie 2-1 i awansowała do następnej rundy (gdzie odpadła z Japonią).

Trzeba na ten mecz spojrzeć w trochę szerszym kontekście. W Chinach od niedawna rządził wtedy Deng Xiaoping, przywódca który wyprowadził kraj z naprawdę głębokiej izolacji. Dzisiaj takie miasto jak Shanghai można stawiać na równi z Londynem czy Nowym Jorkiem, ale wtedy to był dopiero początek drogi do tego. Chiny za czasów Mao nie brały udziału w żadnych piłkarskich rozgrywkach międzynarodowych, wróciły dopiero na eliminacje Mistrzostw Świata w 1982, kiedy wypadły naprawdę dobrze, odpadając na ostatniej prostej z dowodzoną przez Wyntona Rufera Nową Zelandią.

W drużynie chińskiej grali wtedy tacy zawodnicy jak Gu Guanming, skrzydłowy niemieckiego SV Darmstadt czy Zuo Shusheng, później zawodnik PEC Zwolle. Kluby może nie rzucają na kolana, ale mówimy o kraju, który jeszcze do niedawna był taką wielką „Koreą Północną”, niewiadomą na mapie świata, która dopiero zaczynała pokazać nieograniczony potencjał, który widać dziś (chociaż nie w piłce, xD).

Pamiętny pojedynek

Hong Kong też był wtedy innym krajem niż jest teraz. Flaga państwowa podobna jeszcze wtedy była do brytyjskiej, a o połączeniu z mainlandem nikt nawet nie myślał. Animozje między Hong Kongiem a Chinami, które widać jeszcze bardzo dobrze dziś, przypominają taki miks konfliktu między północą a południem (HK to Kantończycy, z inną kulturą i innym językiem) z ciągle wszędzie chyba obserwowanym dziś problemem konserwatystów i liberałów. Ludzie w Hong Kongu na niektóre chińskie zachowania reagują często już nawet nie alergicznie, co agresywnie, natomiast Chińczycy nie pozostają dłużni i lubią pokazać, kto tak naprawdę jest szefem. Widziałem kiedyś w jednym drogim sklepie awanturę między obsługą, mówiącą (0czywiście specjalnie) tylko po kantońsku a Chinką, która odgrażała się, że wróci z tatą, który wykupi cały ten sklep i wtedy nauczą się mandaryńskiego. Wbrew pozorom mogły to nie być puste groźby…

Wracając do meczu, po pięknym rzucie wolnym Cheung Chi Taka i bramce obrońcy Ku Kam Faia Hong Kong odniósł chyba największy sukces w swojej futbolowej historii. Po meczu miał miejsce pierwszy w historii Chińskiej Republiki Ludowej incydent chuligański związany z meczem piłki nożnej. 127 rozrabiających kibiców trafiło do aresztu.

Do dzisiaj każdy Chińczyk w wieku powiedzmy 40+ wie co znaczy „Incydent 519”. Młodsi mogą nie wiedzieć, bo prawie zupełnie nie interesują się krajową piłką.

Komentarze
Udostępnij: