Moje 20 lat z wirtualnym futbolem, czyli od ISS Pro 98 do FIFY Mobile

Pierwszy raz na konsoli w piłkarską grę zagrałem jakieś 20 lat temu. Wtedy jako młody chłopak odpaliłem krążek z demami jakie dołączano do magazynu „Play Station” i zakochałem się w International Superstar Soccer Pro 98. Ależ to była gierka! Z jednej strony Francja, z drugiej Brazylia. Na boisku zawodnicy typu „Ziderm”, „Ronarid” i „Rioneld”, bo ówczesne Konami nie wykupiło nawet licencji na prawdziwe nazwiska. Katowałem tamte demo ile się dało. Niedługo później udało mi się zdobyć pełną wersję ISS Pro 98, potem w mojej kolekcji znalazły się również Euro 2000, UEFA Champions League, Viva Football czy też Sensible Soccer. Przez ostatnie 20 lat częściej lub rzadziej zagrywałem się w wielu tytułach, dziś gram jedynie w grę Fifa Mobile. Jak przez te 20 lat zmienił się wirtualny futbol? Postaram się Wam to subiektywnie opowiedzieć.

ISS Pro 98 było grą niezwykłą. Jak to często mówią eksperci od gier „łatwą do grania, trudną do wymasterowania”. Ogranie reprezentacji Danii z mocnym Peterem Schmeichelem było cholernie ciężkim wyzwaniem, z kolei przeciwko reprezentacji Iranu można było bić rekordy strzeleckie. Głównie skupiona na piłce reprezentacyjnej, a i to bez potrzebnych licencji. Kogoś takiego jak R.Carls i Ronarid odróżnił jedynie wzrost. Nie trzeba było wielkiej wiedzy żeby domyślić się oczywiście kto jest kim. Therum to Thuram, Barres to Barthes itd. Do dnia dzisiejszego pamiętam jak obok nazwisk graczy przy wyborze składu pojawiały się minki.

Uśmiechnięta-gracz w super formie. Smutna? Forma fatalna. Bądźmy szczerzy, po rozegraniu dziesiątek tysięcy spotkań mogę śmiało stwierdzić że te ikonki były bezwartościowe. Działały bardziej na wyobraźnię niż rzeczywiście zmieniały to jak się tym zawodnikiem grało. Nie raz widziałem jak koleś z szarą minką jest lepszy od tego z czerwoną. Seria ISS Pro znana w Japonii jako Winning Eleven systematycznie się rozwijała. Z czasem zmieniła nazwę na ISS Pro Evolution… Tak, jak zapewne się domyślacie obecnie zwie się po prosto Pro Evolution Soccer. Czy ktoś z Was zdawał sobie sprawę jakie są początki PESa? Teraz zapewne już tak.

UEFA Champions League

Seria UEFA Champions League była również moją perełką. Co tam się działo… Bramkarze wpuszczali gole z połowy boiska kopnięte delikatnie po ziemi, sędziowie dawali czerwone kartki za najmniejsze popchnięcie. Nie było żadnego problemu żeby bramkarzami zdobywać hat-tricki. W polskiej wersji magazynu „Play Station” było demo z meczem Chelsea-Manchester United, w niemieckiej wersji „Borussia-Bayern”. Zdobycie oryginalnej pełnej wersji było cholernie ciężkie. Zresztą nawet same magazyny kosztowały po 25-30 złotych. Teraz mamy czasy gdy chcesz kupić gierkę, to kupujesz przez neta, ściągasz i grasz. Wtedy takiej opcji nie było. Seria którą wydawała UEFA przetrwała tylko kilka lat. Szkoda, bo miała fajny potencjał. Okrzyki trybun pamiętam do tej pory. Z czasem prawa do Ligi Mistrzów sprzedano PESowi.

Viva Football to też był dziwny wynalazek. Grałem kilkadziesiąt spotkań, zdobyłem może z 10 bramek. No nie szło w to grać. Sterowanie z kosmosu, rywale którym nie sposób zagrozić bo zwyczajnie wjeżdżają z piłką do bramki, podczas gdy ty musisz dokonywać cudów żeby wyminąć chociaż jednego rywala. Do dnia dzisiejszego z sentymentem wspominam Ronaldo robiącego tricki przy utworze Bellini „Samba De Janeiro”. Łezka w oku się kręci…

A co z Fifą?

Pierwszy mecz jaki rozegrałem w Euro 2000, a który był starciem Anglia-Niemcy zakończył się wysokim zwycięstwem z mojej strony. Twórcy gry postawili na banalność i frajdę ze zdobywania bramek. Wyniki typu 18-0 można było uzyskać przy niewielkim wysiłku. Generalnie jakiś ekspert od play station zażartował kiedyś że jedyne utrudnienie jakie można sobie w tej grze zrobić to zamknąć oczy. Jako młody chłopak zrobiłem taki eksperyment i grałem nie patrząc na ekran, jedynie słuchając dźwięków publiki. Wygrałem 2-0. Euro 2000 było grą na silniku Fify, właściwie niczym nie różniło się od ówczesnych wersji tamtej gry. Banalność, banalność i jeszcze raz banalność. Gole z rożnych, przewrotki bramkarzami, czy lobowanie z połowy boiska to była normalność w tej gierce.

Po 2003 roku miałem kilkanaście miesięcy przerwy z konsolowym futbolem. Wróciłem do niego w 2005 roku, z Fifą na PC. Mój dobry kumpel polecił mi żebym spróbował piłki na komputerze. Byłem sceptycznie nastawiony, bo wcześniej przez lata byłem konsolowym graczem, nie czułem jak można grać w piłkę na klawiaturze. Było dziwnie, ale lepiej niż się spodziewałem. Przez kolejne lata co roku jarałem się nową Fifą. No wiecie, dla kogoś dla kogo kiedyś wielkim szczęściem było oglądanie pikselów w ISS Pro, oglądanie dobrych graficznie spotkań już było czymś niezwykłym. Nie będę pisać ile spotkań rozegrałem w Fifę bo nie jestem w stanie tego zliczyć. Ileż to razy było „jeszcze jeden mecz”. Jutro egzamin? Okej, to jeszcze ostatni mecz… Ooo, to już 4 w nocy?

Football Manager

Moje „jaranko” Fifą zmniejszyło się gdy przerzuciłem się na Football Managera. Jako miłośnik taktyk, transferów i całej tej futbolowej otoczki wsiąkłem w świat FMa. Niektórymi klubami doszedłem do 2050 roku, ta gra działa jak narkotyk. Kto grał ten wie. Pro Evolution jakoś uciekało mi przez te wszystkie lata. Nie mogłem się zebrać żeby dać mu szansę. Dopiero w 2012 roku podczas spotkania Polska-Grecja na Euro, gdy przy zimnym piwie zgadaliśmy się u kumpla na meczyk, skusiłem się na PESa. Piękne czasy. Gra przeciwko sztucznej inteligencji to jest świetna zabawa, ale przeciwko kumplowi? Coś niesamowitego ile może dać emocji.

Wróciłem do FIFy, ale coraz bardziej zacząłem narzekać. Co roku nowa gra, bez większych poprawek… Wywalanie kasy w błoto… Kiedyś potrafiłem jarać się pikselami z ISS Pro, teraz narzekam na jakieś pierdoły w znakomicie dopracowanych gierkach? Mimo to, zrobiłem sobie przerwę od zakupu nowych wersji FIFy. Na nowe części FMa skusiłem się jeszcze wiele razy, ale czułem że daję się nabijać twórcom w butelkę. Wydanie nawet tych 15 euro na tytuł różniący się zaledwie nowszymi danymi i kilkoma kosmetycznymi poprawkami? Wkurzało mnie coraz częstsze pakowanie mikrotransakcji do gierek. To choroba współczesnego przemysłu gier.

Kasa Misiu…

O ile taki hitowy polski Wiedźmin jest grą fenomenalną, to gracz kupi raz i ma do końca życia. Producenci wolą jednak co roku dawać nową wersję gierki, żeby zarobek był cały czas a nie jednorazowy. Dodatkowo wymyślili że przecież można wyciągać kasę od graczy na inny sposób. Pierwszy przykład jest nawet w samym FMie. Przed ważnym spotkaniem Twój kluczowy gracz łapie kontuzje. Co robisz? Ano gra podsuwa Ci rozwiązanie „kup za 0.99 euro magiczną gąbkę która wyleczy uraz”. Co za gówno! Jeśli to ma być realne, to po jaką cholerę taki badziew? Jak to mówił słynny holender „For Money”.

Z biegiem lat mam coraz mniej czasu na granie. Zarwanie nocki na pykanie w Fifę nie ma już szans. Jakiś rok temu zainstalowałem sobie na telefonie gierkę taką jak „FIFA Mobile”. Pomyślałem sobie że na telefonie to można pograć nawet gdy się ma te 5 minut wolnego czasu. Od razu gra mnie cholernie zaciekawiła. Budujesz swój skład, masz te słynne karty z zawodnikami, specjalne eventy na których możesz zdobyć unikatowe karty, rozwijasz drużynę… Grając niepełny ostatni sezon miałem jedenastkę z OVR 100. Całkiem nieźle moim zdaniem. Oczywiście byli tacy którzy mieli i po 120, ale co tam.

Nowy sezon, nowe szanse… Początek rozgrywek, ja ze znakomitym na dzień dobry poziomek 88, zerkam na najlepszych a tam ziomki z OVR 140! Myślę sobie „Co u diabła?”. Ano najzwyklejsza w świecie gier monetaryzacja zabawy. Ty nie pakujący w grę kasy musisz grać godzinami żeby coś ugrać z „wygranej dnia”. Rozegraj 100 spotkań żeby zdobyć żeton. Zdobądź 4 żetony żeby zdobyć Ramosa z poziomem 90. Trudzisz się, zmagasz, w końcu Ci się udaje… A w tym samym czasie ktoś kupuje za prawdziwą kasę kolesia z klasę lepszymi statami.

Mikrotransakcje. Wszędzie.

Pewnie kiedyś jeszcze wrócę do FIFY i PESa zarówno na pc jak i na konsolę. Nie chce mi się bawić w wyścig szczurów więc nie będę pakować w nie realnej kasy. Po jaką cholerę? Nie kumam jak możną wydać 300 złotych żeby dostać kartę jakiegoś piłkarza. Przypominam że kartę która po zakończeniu sezonu… i tak zniknie. FIFA Mobile co krok przegina granicę przyzwoitości. Niektórzy byli na tyle sprytni, że zbierali „Fifa Points”, czyli walutę którą można kupić za prawdziwe pieniądze, ale czasem zdobyć za jakieś osiągnięcia. Teraz żeby wykupić udział w jakimś wydarzeniu musisz… wydać prawdziwą kasę. Serio. Po prostu podaje Ci się komunikat „wydaj 29 złotych żeby mieć dostęp”. I chociaż fora pełne są hejtów i ludzie opowiadają że miarka się przebrała, to i tak dalej będą grać.

Gdzieś tu zatarła się granica między zabawą, a wyciąganiem kasy od ludzi. Przez lata grałem też w takie tytuły jak Counter-Strike czy League of Legends. Tam twórcy też zarabiają miliony na swoich graczach. Tylko że każdy jest równo wobec każdego. Może Cię pokonać koleś który dopiero zaczyna grę, a możesz też pojechać kogoś kto jest pro playerem. Autentycznie. W takiej League of Legends potrafiłem przegrywać z jakimiś totalnymi fajtłapami, a za chwilę na innym serwerze niczym nie odstawać od ludzi grających na wielkich turniejach. Wszyscy są równi i to jest mega. Nie ma „magicznej broni” dzięki której wygrywasz.

Równi i równiejsi

Gdyby taka Fifa Mobile miała np „skórki” dla piłkarzy, dzięki którym dany piłkarz wygląda nieco inaczej, to byłoby nawet spoko. Stwarzanie bonusów tylko dla elit jest chore. Zresztą już pod koniec poprzedniego sezonu było niesmaczne gdy kilku youtuberów dostało własne karty. Dlaczego? Bo są znani i mają kasę. Poziom rozsądku i sprawiedliwości zerowy.

Te 20 lat minęło błyskawicznie. Pamiętam jak dziś te godziny rozegrane w ISS Pro. Nie wracam do tych gier, bo nie chcę sobie psuć wspomnień. Zrobiłem już tak z kilkoma grami i mocno się zawiodłem. Wiecie o czym mówię? Jeśli hitem był dla Ciebie Gothic, to po przejściu Skyrima będzie już dla Ciebie jakąś pikselozą. Jeśli grałeś Wiedźmina i wrócisz do Skyrim, to i to będzie dla Ciebie już za słabe. Oczekiwania są coraz większe im lepsze produkty widzisz. Mimo wszystko, zabawa to nie tylko sama grafika. Czasem odnoszę wrażenie że te stare produkcje miały duszę. Były pokraczne, miały sporo wad i bugów, ale ze względu na brak konkurencji ludzie kochali je bezwarunkowo. Teraz gdy tytułów jest mnogo, wszędzie panują mikrotransakcje a żeby być na bieżąco, musisz właściwie grać codziennie, gdzieś brakuje tego klimatu. Nie sądzę że to się zmieni, bo producenci przede wszystkim chcą zarabiać. Czas płynie. Może kiedyś historia zatoczy koło i za 20 lat gry piłkarskie będą znowu zupełnie odmienione?

Facebook Comments